19.10.2026, 12:17 ✶
— Tych samych ludzi, którzy ci opowiadają o czarnych panterach spacerujących po walijskich dolinach? — zapytała uszczypliwie.
Zgraję nazywaną przez Garetha ludźmi, których zna Helloise wyobrażała sobie w najordynarniejszym kształcie. W dzieciństwie patrzyła na pijaków i prostaków ze wstrętem. Bała się jako dziewczynka takich samych typów, do jakich teraz zaliczał się jej brat. Gdy podrosła, został lekki wstręt dla mętów i ciche pobłażanie dla Garetha, który w zabawowym towarzystwie tylko się obracał, prawda? I było to pobłażanie ciche nie dlatego, że sama obróciła się swego czasu w towarzystwie jeszcze gorszym, co wkładało mu w ręce ostrą kontrę. Z pewnością nie dlatego.
— Lis — wysiliła się na najbardziej chamski walijski akcent, aby go przedrzeźnić w odpowiedzi. — Będziesz to słyszeć do grobowej deski. — Uśmiechnęła się pod nosem, zorientowawszy się, że to jest to, czego jej brakowało, aby się upewnić, że nic w niej nie zostało fundamentalnie zmienione. Wiele rzeczy w pozach czarownicy było wyuczonych, lecz przekora i zaczepki między rodzeństwem były naturalne jak oddychanie. Przekonała się więc, że wciąż oddycha. — A czym miał być? Nie jestem na tyle dobra w transmutacji, żeby kury w króliki pośmiertnie zamieniać.
Była bardziej do Garetha podobna, niż chciałaby to przyznać. Zapewne bardziej niż do Seisylla, mimo że była z Seisyllem jak papużki-nierozłączki. Gary w przeciwieństwie do Helloise nigdy nie zdradził paktu przegrywów, jakim oboje żyli w dzieciństwie, nienawidząc napuszonego, głupiego świata, bardziej niż ten świat nienawidził ich. Brat siedział tu przed nią, wciąż mając pozornie wszystko w poważaniu, i czasami siostra czuła się jak zdrajca, że nie wtórowała mu w ogólnym zniechęceniu, a zamiast tego stanęła po drugiej stronie i wyświęciła się na świętszą od papieża.
Nie potrafiła już wielu wartości ignorancko odtrącać. Dopóki trzymała się ideałów i spełniała je sumiennie, miała moralną wyższość i mogła występować z pozycji pouczenia, tak jak kiedyś pouczano ją. Trzymała się ich kurczowo, zamiast stanąć obok Garetha i chichotać. Stawała się surowa i nieubłagana jak kat przy szubienicy, gdy temat był ważnym i niegodnym żartu. Dźwigała przecież teraz na swoich barkach ciężar prawd objawionych w liściach oraz prawidła przedwiecznego kosmicznego porządku zapisanego w trzewiach ziemi. A Gary wciąż był tylko Garym.
Gdyby Helloise nie oddaliła się od domu rodzinnego, pewnie skończyłaby tak jak on. Żadne z nich nie było dziedzicem, więc tyrałaby z nim albo została wypchana jakiemuś trzeciorzędnemu kuzynowi z bocznej linii zaprzyjaźnionego rodu. Bo kim niby była ta jego Celina Slughorn? Symptomów słabości charakteru również nie trzeba było u Helloise daleko szukać. Wystarczyło ją najść, gdy tonęła akurat w opium, mamrocząca bez ładu, rozwleczona po kanapie z oddechem lichym jak u aspirującego trupa. Łajdaczyła się i każdą sytuację potrafiła zmienić w obrzydliwe zaproszenie do łóżka, wiecznie niezaspokojona, kładąca łapy na ślicznych dziewczęcych buźkach, przeczesująca brudnymi palcami z żałobą pod pazurem ich skręcone na papilotach złociste loczki. Uchodziło jej to płazem częściej niż Garethowi tylko dlatego, że była kobietą.
Urzeczywistnienie jej dziecięcego snu o pozostaniu do końca życia w rezerwacie siedziało teraz okrakiem na stołku w jej kuchni: Gareth nie miał nic własnego, gotów był śmignąć do najgorszej roboty na komendę Lazarusa.
Helloise nie chciała być jak Gareth, mimo że byli nieodrodnym rodzeństwem.
On zareagował nerwowo. Ona też.
— Coś jest z tobą nie tak? — wyrzuciła z siebie przestraszona na jednym tchu. Zaplątała się w zbyt wielką paranoję, żeby w pierwszej chwili zauważyć u niego ironię.
Zrobiło jej się słabo. Dobra Matko, czy u niego też był Czarny Pan? Czy u Seisylla…? Czy on im wszystkim poprzedniego dnia przeszedł przez głowę?
Wtedy zobaczyła, gdzie brat patrzy. Schowała ręce jak oparzona. Rypnął krzesło na ziemię i nagle nie patrzyła już na niego z góry, a musiała patrzeć w górę. Trzask upadającego mebla eksplodował w głowie czarownicy. Rozjątrzył ją. Nabrała czujności osaczonego zwierza.
— Co? Nie możesz tak zmieniać zdania — sapnęła oburzona, jakby od zatrzymania go teraz w miejscu zależał jej honor. — Albo jemy, albo idziemy. Gdzie chcesz teraz iść, jak już wyjęłam?
Zatelepały drzwi szafek. Czarownica zrywała z kuchennych półek słoiczki przypraw. Jeden po drugim waliły o twardy blat szklane spody. Łup, łup, łup. Uderzały z pogłosem jak stemple pocztowe, siła odrzutu szła jej w nadgarstek. Poderwał się rój muszek znad jabłek gnijących w koszyczku na stole.
Nie mogła znaleźć rozmarynu. Straciła rytm, lecz nie impet. Miotała się chwilę przed szafą, po czym jej złość zmieniła wektor. Spódnica szaty w pędzie zawirowała, gdy Helloise sadziła w podłogę ciężkie jak na drobną kobietę kroki. Zatrzymała się przed nosem Garetha.
— Nienawidzę ich, Gary — syknęła gorączkowo. — Wszystkich ich bym pozarzynała. — Zżerała ją frustracja, bo nic nie mogła i nic by nie zrobiła. — Ty i ja wpadliśmy przez nich w to chore bagno. Przez Lazarusa, przez Leviathana, przez… — Oskarżenie kochanego Seisylla przychodziło jej z trudnością, ale oboje wiedzieli, kogo Helloise przemilczała. — Voldemort tu był. Mam na myśli tu. Był tu w chacie i był w… — Zacisnęła pięści. — Kurwa mać!
Zgraję nazywaną przez Garetha ludźmi, których zna Helloise wyobrażała sobie w najordynarniejszym kształcie. W dzieciństwie patrzyła na pijaków i prostaków ze wstrętem. Bała się jako dziewczynka takich samych typów, do jakich teraz zaliczał się jej brat. Gdy podrosła, został lekki wstręt dla mętów i ciche pobłażanie dla Garetha, który w zabawowym towarzystwie tylko się obracał, prawda? I było to pobłażanie ciche nie dlatego, że sama obróciła się swego czasu w towarzystwie jeszcze gorszym, co wkładało mu w ręce ostrą kontrę. Z pewnością nie dlatego.
— Lis — wysiliła się na najbardziej chamski walijski akcent, aby go przedrzeźnić w odpowiedzi. — Będziesz to słyszeć do grobowej deski. — Uśmiechnęła się pod nosem, zorientowawszy się, że to jest to, czego jej brakowało, aby się upewnić, że nic w niej nie zostało fundamentalnie zmienione. Wiele rzeczy w pozach czarownicy było wyuczonych, lecz przekora i zaczepki między rodzeństwem były naturalne jak oddychanie. Przekonała się więc, że wciąż oddycha. — A czym miał być? Nie jestem na tyle dobra w transmutacji, żeby kury w króliki pośmiertnie zamieniać.
Była bardziej do Garetha podobna, niż chciałaby to przyznać. Zapewne bardziej niż do Seisylla, mimo że była z Seisyllem jak papużki-nierozłączki. Gary w przeciwieństwie do Helloise nigdy nie zdradził paktu przegrywów, jakim oboje żyli w dzieciństwie, nienawidząc napuszonego, głupiego świata, bardziej niż ten świat nienawidził ich. Brat siedział tu przed nią, wciąż mając pozornie wszystko w poważaniu, i czasami siostra czuła się jak zdrajca, że nie wtórowała mu w ogólnym zniechęceniu, a zamiast tego stanęła po drugiej stronie i wyświęciła się na świętszą od papieża.
Nie potrafiła już wielu wartości ignorancko odtrącać. Dopóki trzymała się ideałów i spełniała je sumiennie, miała moralną wyższość i mogła występować z pozycji pouczenia, tak jak kiedyś pouczano ją. Trzymała się ich kurczowo, zamiast stanąć obok Garetha i chichotać. Stawała się surowa i nieubłagana jak kat przy szubienicy, gdy temat był ważnym i niegodnym żartu. Dźwigała przecież teraz na swoich barkach ciężar prawd objawionych w liściach oraz prawidła przedwiecznego kosmicznego porządku zapisanego w trzewiach ziemi. A Gary wciąż był tylko Garym.
Gdyby Helloise nie oddaliła się od domu rodzinnego, pewnie skończyłaby tak jak on. Żadne z nich nie było dziedzicem, więc tyrałaby z nim albo została wypchana jakiemuś trzeciorzędnemu kuzynowi z bocznej linii zaprzyjaźnionego rodu. Bo kim niby była ta jego Celina Slughorn? Symptomów słabości charakteru również nie trzeba było u Helloise daleko szukać. Wystarczyło ją najść, gdy tonęła akurat w opium, mamrocząca bez ładu, rozwleczona po kanapie z oddechem lichym jak u aspirującego trupa. Łajdaczyła się i każdą sytuację potrafiła zmienić w obrzydliwe zaproszenie do łóżka, wiecznie niezaspokojona, kładąca łapy na ślicznych dziewczęcych buźkach, przeczesująca brudnymi palcami z żałobą pod pazurem ich skręcone na papilotach złociste loczki. Uchodziło jej to płazem częściej niż Garethowi tylko dlatego, że była kobietą.
Urzeczywistnienie jej dziecięcego snu o pozostaniu do końca życia w rezerwacie siedziało teraz okrakiem na stołku w jej kuchni: Gareth nie miał nic własnego, gotów był śmignąć do najgorszej roboty na komendę Lazarusa.
Helloise nie chciała być jak Gareth, mimo że byli nieodrodnym rodzeństwem.
On zareagował nerwowo. Ona też.
— Coś jest z tobą nie tak? — wyrzuciła z siebie przestraszona na jednym tchu. Zaplątała się w zbyt wielką paranoję, żeby w pierwszej chwili zauważyć u niego ironię.
Zrobiło jej się słabo. Dobra Matko, czy u niego też był Czarny Pan? Czy u Seisylla…? Czy on im wszystkim poprzedniego dnia przeszedł przez głowę?
Wtedy zobaczyła, gdzie brat patrzy. Schowała ręce jak oparzona. Rypnął krzesło na ziemię i nagle nie patrzyła już na niego z góry, a musiała patrzeć w górę. Trzask upadającego mebla eksplodował w głowie czarownicy. Rozjątrzył ją. Nabrała czujności osaczonego zwierza.
— Co? Nie możesz tak zmieniać zdania — sapnęła oburzona, jakby od zatrzymania go teraz w miejscu zależał jej honor. — Albo jemy, albo idziemy. Gdzie chcesz teraz iść, jak już wyjęłam?
Zatelepały drzwi szafek. Czarownica zrywała z kuchennych półek słoiczki przypraw. Jeden po drugim waliły o twardy blat szklane spody. Łup, łup, łup. Uderzały z pogłosem jak stemple pocztowe, siła odrzutu szła jej w nadgarstek. Poderwał się rój muszek znad jabłek gnijących w koszyczku na stole.
Nie mogła znaleźć rozmarynu. Straciła rytm, lecz nie impet. Miotała się chwilę przed szafą, po czym jej złość zmieniła wektor. Spódnica szaty w pędzie zawirowała, gdy Helloise sadziła w podłogę ciężkie jak na drobną kobietę kroki. Zatrzymała się przed nosem Garetha.
— Nienawidzę ich, Gary — syknęła gorączkowo. — Wszystkich ich bym pozarzynała. — Zżerała ją frustracja, bo nic nie mogła i nic by nie zrobiła. — Ty i ja wpadliśmy przez nich w to chore bagno. Przez Lazarusa, przez Leviathana, przez… — Oskarżenie kochanego Seisylla przychodziło jej z trudnością, ale oboje wiedzieli, kogo Helloise przemilczała. — Voldemort tu był. Mam na myśli tu. Był tu w chacie i był w… — Zacisnęła pięści. — Kurwa mać!
dotknij trawy