22.10.2026, 19:23 ✶
Brynja nie przepadała za wrześniem. Kończyło się lato, a perspektywa coraz krótszych dni i chłodniejszych wieczorów napawała ją melancholią, której nie potrafiła pozbyć się nawet przy najlepszej pogodzie. Do tego dochodził północny wiatr, bezczelny drań, który wciskał się pod ubranie, plątał włosy i przypominał jej, że ląd nigdy nie nauczył się obchodzić z nią z taką łagodnością jak morze.
Mimo to wracała nad wodę, ilekroć tylko mogła. Być może rzeczywiście chodziło o krew, tj. prastary instynkt, który odzywał się w niej niezależnie od miejsca pobytu i rozsądku, nakazując szukać bliskości tego, co znała najlepiej. Być może był to jedynie nawyk, że z biegiem lat przestała odróżniać własne pragnienia od dziedzictwa matki. Przynajmniej tak zamierzała sobie tłumaczyć, gdy po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch tygodni znalazła pretekst, aby opuścić Londyn oraz wrócić na wybrzeże Anglesey.
W rzeczywistości wcale nie planowała zapuszczać się w okolice otwartego morza. Znała siebie dostatecznie dobrze, aby wiedzieć, co działo się z jej myślami, gdy zbyt długo przebywała nad brzegiem. Woda potrafiła ukoić ją lepiej niż cokolwiek innego, a zarazem obudzić tęsknotę, z którą nie umiała sobie poradzić. Wystarczyło kilka chwil spędzonych wśród szumu fal, aż nie pozostawało jej nic poza bezsilnym wpatrywaniem się w horyzont…
Przybyła rano. Najpierw pociągiem, później autobusem, a ostatni odcinek pokonała pieszo. Nie widziała powodu, żeby korzystać z teleportacji, kiedy w środku niej wszystko było tak mętne. Wystarczyłoby, żeby pomyślała o niewłaściwym miejscu, żeby skończyć w jakimś rowie pod Cardiff.
A to wszystko przez to, że…
Przez wszystkie te miesiące nic nie potrafiło wypełnić pustki, która rozgościła się w jej piersi. Próbowała pracować, podróżować, śpiewać w portowych tawernach, palić, ćpać, pracować. Zdarzało jej się nawet śmiać tak szczerze, że przez krótką chwilę zapominała o wszystkim. Żadna z tych rzeczy nie przynosiła jednak ukojenia na długo, ponieważ jak reszta kobiet w jej rodzinie, urodziła się, aby kochać to, czego nigdy nie mogła posiąść.
Była istotą wody, związaną z oceanem tak nierozerwalnie, jak ten związany był z Księżycem — swoim odwiecznym, niedoścignionym kochankiem. Księżyc przychodził i odchodził, uwodził go srebrnym światłem, poruszał jego głębinami, wywoływał przypływy, a potem znikał za horyzontem, pozostawiając po sobie jedynie tęsknotę. Morze za każdym razem podnosiło się ku niemu, mimo że doskonale wiedziało, że nigdy go nie dosięgnie. Brynja rozumiała tę miłość od chwili, w której nauczyła się rozpoznawać własne pragnienia. Dopiero… Pani Księżyca pokazała jej jednak, jak straszliwe potrafiło być piękno, kiedy nie można było go zatrzymać, bo jeśli ocean cierpiał przy każdym odpływie, ona cierpiała przy każdym rozstaniu. Jeśli fale nieustannie wracały ku brzegowi, ona wciąż wracała myślami do kobiety, która nigdy nie obiecała jej, że zostanie.
Idąc wzdłuż brzegu, dostrzegła smukłą sylwetkę rysującą się na tle szarego nieba. Sądziła, że to tylko złudzenie, kolejny figiel pamięci, która od dwóch lat podsuwała jej twarz Lany w tłumie, odbiciach szyb i przypadkowych przechodniach o podobnym kolorze włosów. Potem wiatr poruszył ciemnym płaszczem nieznajomej, a Brynja rozpoznała znajomy kształt ramion.
Znała tę kobietę. Było to nieznośne, ponieważ ocean kochał Księżyc, nie mogąc nigdy spojrzeć mu w oczy, Brynja zaś patrzyła kiedyś w oczy Lany i właśnie dlatego nie potrafiła pogodzić się z ich utratą.
Serce zrobiło coś głupiego. Przyspieszyła kroku zanim zdążyła pomyśleć, czy był to mądry pomysł, bo selkie rzadko myślały nad wodą, a Lana stała dokładnie tam, gdzie fale dochodziły jej do kostek.
— Lana?
Wiatr hulał między nimi, wciągając w szczelinę, która nie zamknęła się przez dwa lata.
Dwa lata temu stała w tym samym punkcie, trochę dalej na wschód, tam gdzie skały tworzą naturalną osłonę przed wiatrem. Lana miała na sobie coś ciemnego wtedy też, ale to była inna ciemność, taka dobrana z dumy. Wówczas Brynja nie wiedziała jeszcze, że przyjdzie jej kiedyś tęsknić nawet za tamtym widokiem. Jak miała pogodzić się z myślą, że Lana mogła być jej morzem, jej przypływem i jej księżycowym światłem, a jednocześnie pozostawać tak daleko, że nie mogła dosięgnąć jej nawet wyciągniętą dłonią? Powinna była odejść. Przecież sama wybrała to, aby nie być tam, gdzie ona mogłaby ją znaleźć.
Mimo to wracała nad wodę, ilekroć tylko mogła. Być może rzeczywiście chodziło o krew, tj. prastary instynkt, który odzywał się w niej niezależnie od miejsca pobytu i rozsądku, nakazując szukać bliskości tego, co znała najlepiej. Być może był to jedynie nawyk, że z biegiem lat przestała odróżniać własne pragnienia od dziedzictwa matki. Przynajmniej tak zamierzała sobie tłumaczyć, gdy po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch tygodni znalazła pretekst, aby opuścić Londyn oraz wrócić na wybrzeże Anglesey.
W rzeczywistości wcale nie planowała zapuszczać się w okolice otwartego morza. Znała siebie dostatecznie dobrze, aby wiedzieć, co działo się z jej myślami, gdy zbyt długo przebywała nad brzegiem. Woda potrafiła ukoić ją lepiej niż cokolwiek innego, a zarazem obudzić tęsknotę, z którą nie umiała sobie poradzić. Wystarczyło kilka chwil spędzonych wśród szumu fal, aż nie pozostawało jej nic poza bezsilnym wpatrywaniem się w horyzont…
Przybyła rano. Najpierw pociągiem, później autobusem, a ostatni odcinek pokonała pieszo. Nie widziała powodu, żeby korzystać z teleportacji, kiedy w środku niej wszystko było tak mętne. Wystarczyłoby, żeby pomyślała o niewłaściwym miejscu, żeby skończyć w jakimś rowie pod Cardiff.
A to wszystko przez to, że…
Przez wszystkie te miesiące nic nie potrafiło wypełnić pustki, która rozgościła się w jej piersi. Próbowała pracować, podróżować, śpiewać w portowych tawernach, palić, ćpać, pracować. Zdarzało jej się nawet śmiać tak szczerze, że przez krótką chwilę zapominała o wszystkim. Żadna z tych rzeczy nie przynosiła jednak ukojenia na długo, ponieważ jak reszta kobiet w jej rodzinie, urodziła się, aby kochać to, czego nigdy nie mogła posiąść.
Była istotą wody, związaną z oceanem tak nierozerwalnie, jak ten związany był z Księżycem — swoim odwiecznym, niedoścignionym kochankiem. Księżyc przychodził i odchodził, uwodził go srebrnym światłem, poruszał jego głębinami, wywoływał przypływy, a potem znikał za horyzontem, pozostawiając po sobie jedynie tęsknotę. Morze za każdym razem podnosiło się ku niemu, mimo że doskonale wiedziało, że nigdy go nie dosięgnie. Brynja rozumiała tę miłość od chwili, w której nauczyła się rozpoznawać własne pragnienia. Dopiero… Pani Księżyca pokazała jej jednak, jak straszliwe potrafiło być piękno, kiedy nie można było go zatrzymać, bo jeśli ocean cierpiał przy każdym odpływie, ona cierpiała przy każdym rozstaniu. Jeśli fale nieustannie wracały ku brzegowi, ona wciąż wracała myślami do kobiety, która nigdy nie obiecała jej, że zostanie.
Idąc wzdłuż brzegu, dostrzegła smukłą sylwetkę rysującą się na tle szarego nieba. Sądziła, że to tylko złudzenie, kolejny figiel pamięci, która od dwóch lat podsuwała jej twarz Lany w tłumie, odbiciach szyb i przypadkowych przechodniach o podobnym kolorze włosów. Potem wiatr poruszył ciemnym płaszczem nieznajomej, a Brynja rozpoznała znajomy kształt ramion.
Znała tę kobietę. Było to nieznośne, ponieważ ocean kochał Księżyc, nie mogąc nigdy spojrzeć mu w oczy, Brynja zaś patrzyła kiedyś w oczy Lany i właśnie dlatego nie potrafiła pogodzić się z ich utratą.
Serce zrobiło coś głupiego. Przyspieszyła kroku zanim zdążyła pomyśleć, czy był to mądry pomysł, bo selkie rzadko myślały nad wodą, a Lana stała dokładnie tam, gdzie fale dochodziły jej do kostek.
— Lana?
Wiatr hulał między nimi, wciągając w szczelinę, która nie zamknęła się przez dwa lata.
Dwa lata temu stała w tym samym punkcie, trochę dalej na wschód, tam gdzie skały tworzą naturalną osłonę przed wiatrem. Lana miała na sobie coś ciemnego wtedy też, ale to była inna ciemność, taka dobrana z dumy. Wówczas Brynja nie wiedziała jeszcze, że przyjdzie jej kiedyś tęsknić nawet za tamtym widokiem. Jak miała pogodzić się z myślą, że Lana mogła być jej morzem, jej przypływem i jej księżycowym światłem, a jednocześnie pozostawać tak daleko, że nie mogła dosięgnąć jej nawet wyciągniętą dłonią? Powinna była odejść. Przecież sama wybrała to, aby nie być tam, gdzie ona mogłaby ją znaleźć.
Destiny can't be earned or returned
I feel when I question, my skin starts to burn
Why does my skin start to burn?
Love was the law and religion was taught, I'm not bought
Feel when we argue, our skin starts to rot
I feel when I question, my skin starts to burn
Why does my skin start to burn?
Love was the law and religion was taught, I'm not bought
Feel when we argue, our skin starts to rot