24.10.2026, 16:09 ✶
Zamówienie zostało przyjęte i opłacone, mężczyzna dłużej nie zatrzymywał czarodziejów przy ladzie, lecz nie odganiał ich bynajmniej od siebie. Ewidentnie sprawiało mu przyjemność rozmawianie z klientami. Zawsze była to jakaś rozrywka, skoro w tej chwili nie był potrzebny na kuchni, a obsługiwał salę.
— Ee tam, nic mu po Spalonej Nocy nie było. Chodził jeszcze do pracy jakiś czas, chociaż na koniec to taka była praca, że… — znów się chyba poczciwcowi na usta cisnęła jakaś klątwa — że lepiej może jednak, że już nie przychodzi. — Jak się nazywał? Odpowiedź, która padła, musiała zapalić lampki w głowie funkcjonariuszy: — Dante Gabaro.
Następne ich słowa zapaliły z kolei coś w oczach rozmówcy: błysk ciekawości spod czarnych, grubaśnych brwi. Oho, przychodziło do niego Ministerstwo i chciało rozmawiać o zaginionych. Właściciel restauracji mógł być człowiekiem sympatycznym, ale nie był odporny na plotki, więc ożywiła go taka wizyta. Łasił się na nowinki, które mógł od urzędników usłyszeć.
— Czyli jednak ktoś zgłosił zaginięcie chłopaka. Rozumieją, państwo, ja się nie chciałem do tego mieszać, bo mi nie trzeba kłopotów, a oni z Falco tacy byli… a wiedzą, państwo, jak jest. Tacy trochę… no, źle z oczu, nie? To z jakiej służby państwo jesteście, jeszcze raz?
Czarodziej pogłaskał swoją długą, czarną brodę; pokręcił z niesmakiem głową w geście demonstrującym jego potępienie dla czegokolwiek, w co wplątali się jego zdaniem poszukiwani, po czym pochylił się przez ladę i rzekł konspiracyjnie:
— Ja myślę, że chodzi o nokturńskie porachunki. Falco raz przyszedł i capił jak fura czarnoksiężników. — Wyprostował się i pokiwał z namaszczeniem głową, na wypadek gdyby Atreus i Brenna jeszcze wątpili, że Dante i Falco należeli do gangu z Podziemnych Ścieżek.
Wyglądało na to, że nie będzie problemów z pociągnięciem restauratora za język, ale… z odróżnieniem faktów od jego osobistych opinii i teorii już prędzej. Ministerstwo jest bowiem prawie pewne, że Falco do żadnego gangu z Nokturnu nie należał.
— Ee tam, nic mu po Spalonej Nocy nie było. Chodził jeszcze do pracy jakiś czas, chociaż na koniec to taka była praca, że… — znów się chyba poczciwcowi na usta cisnęła jakaś klątwa — że lepiej może jednak, że już nie przychodzi. — Jak się nazywał? Odpowiedź, która padła, musiała zapalić lampki w głowie funkcjonariuszy: — Dante Gabaro.
Następne ich słowa zapaliły z kolei coś w oczach rozmówcy: błysk ciekawości spod czarnych, grubaśnych brwi. Oho, przychodziło do niego Ministerstwo i chciało rozmawiać o zaginionych. Właściciel restauracji mógł być człowiekiem sympatycznym, ale nie był odporny na plotki, więc ożywiła go taka wizyta. Łasił się na nowinki, które mógł od urzędników usłyszeć.
— Czyli jednak ktoś zgłosił zaginięcie chłopaka. Rozumieją, państwo, ja się nie chciałem do tego mieszać, bo mi nie trzeba kłopotów, a oni z Falco tacy byli… a wiedzą, państwo, jak jest. Tacy trochę… no, źle z oczu, nie? To z jakiej służby państwo jesteście, jeszcze raz?
Czarodziej pogłaskał swoją długą, czarną brodę; pokręcił z niesmakiem głową w geście demonstrującym jego potępienie dla czegokolwiek, w co wplątali się jego zdaniem poszukiwani, po czym pochylił się przez ladę i rzekł konspiracyjnie:
— Ja myślę, że chodzi o nokturńskie porachunki. Falco raz przyszedł i capił jak fura czarnoksiężników. — Wyprostował się i pokiwał z namaszczeniem głową, na wypadek gdyby Atreus i Brenna jeszcze wątpili, że Dante i Falco należeli do gangu z Podziemnych Ścieżek.
Wyglądało na to, że nie będzie problemów z pociągnięciem restauratora za język, ale… z odróżnieniem faktów od jego osobistych opinii i teorii już prędzej. Ministerstwo jest bowiem prawie pewne, że Falco do żadnego gangu z Nokturnu nie należał.