21.03.2023, 09:13 ✶
Tym razem była już pewna, że Samuel jest na Beltane. Widziała wyraźnie jak dołączał się do korowodu tancerzy, rozmawiając z jakąś kobietą.
W dziwnym, rozedrganym świetle ognia, Jackie prawie nie poznała Danielle, z którą przecież łączyły ją serdeczne relacje, jeszcze z czasów szkolnych. Światła i cienie, które przemykały po twarzy kobiety i jej brata, kiedy puścili się w tany, wykrzywiały ciała i twarze w nienaturalne sposoby, nadając im momentami upiorny wyraz. Rudowłosa nie ośmieliła by się podejść do nich, bo widziała w ich ruchach i spojrzeniach coś intymnego. Tak jakby znajdowali się w świecie przeznaczonym tylko dla ich dwójki, a jakakolwiek intruzja sprawi, że czar Beltane pryśnie i z dwóch splątanych w tańcu leśnych duszków, zamienią się znów w dwójkę ludzi, ograniczonych konwenansami i ramami.
Tymczasem jej uwagę odwrócił mężczyzna, który wyrósł przed nią niemal jak spod ziemi, prosząc dość bezpardonowo o jej wianek. Właśnie otwierała usta, żeby powiedzieć gdzie może sobie włożyć pal, kiedy koło niej pojawił się kolejny amant, w dodatku wyraźnie pod wpływem… Czegoś.
- Nie, dziękuję, poradzę… - zaczęła mówić niepewnym głosem do Stanleya, ale kiedy ujął ją pod ramię i odprowadził na bok nawet się nie opierała.
- Lucy? Jaka Lucy?- powoli z jego gadaniny zaczęło docierać do niej, że to było jedno wielkie nieporozumienie, ale Stanley wydawał się tego kompletnie nie zauważać w swoim upojonym stanie.
Puls dziewczyny przyspieszył, jej policzki spąsowiały, ale póki co po prostu pozwalała mu mówić.
- Nie chcę żadnej chałwy… Mam alergię.- odpowiedziała na jego ofertę. Tak naprawdę lubiła chałwę, a już szczególnie pistacjową, ale obawiała się czy przysmak nie jest przypadkiem doprawiony tym samym eliksirem pod którego wpływem przebywał obecnie mężczyzna.
W dziwnym, rozedrganym świetle ognia, Jackie prawie nie poznała Danielle, z którą przecież łączyły ją serdeczne relacje, jeszcze z czasów szkolnych. Światła i cienie, które przemykały po twarzy kobiety i jej brata, kiedy puścili się w tany, wykrzywiały ciała i twarze w nienaturalne sposoby, nadając im momentami upiorny wyraz. Rudowłosa nie ośmieliła by się podejść do nich, bo widziała w ich ruchach i spojrzeniach coś intymnego. Tak jakby znajdowali się w świecie przeznaczonym tylko dla ich dwójki, a jakakolwiek intruzja sprawi, że czar Beltane pryśnie i z dwóch splątanych w tańcu leśnych duszków, zamienią się znów w dwójkę ludzi, ograniczonych konwenansami i ramami.
Tymczasem jej uwagę odwrócił mężczyzna, który wyrósł przed nią niemal jak spod ziemi, prosząc dość bezpardonowo o jej wianek. Właśnie otwierała usta, żeby powiedzieć gdzie może sobie włożyć pal, kiedy koło niej pojawił się kolejny amant, w dodatku wyraźnie pod wpływem… Czegoś.
- Nie, dziękuję, poradzę… - zaczęła mówić niepewnym głosem do Stanleya, ale kiedy ujął ją pod ramię i odprowadził na bok nawet się nie opierała.
- Lucy? Jaka Lucy?- powoli z jego gadaniny zaczęło docierać do niej, że to było jedno wielkie nieporozumienie, ale Stanley wydawał się tego kompletnie nie zauważać w swoim upojonym stanie.
Puls dziewczyny przyspieszył, jej policzki spąsowiały, ale póki co po prostu pozwalała mu mówić.
- Nie chcę żadnej chałwy… Mam alergię.- odpowiedziała na jego ofertę. Tak naprawdę lubiła chałwę, a już szczególnie pistacjową, ale obawiała się czy przysmak nie jest przypadkiem doprawiony tym samym eliksirem pod którego wpływem przebywał obecnie mężczyzna.