— Przecież dbasz o to wystarczająco — zauważył, tonem gdzieś pomiędzy żartem a prawdą. Ich relacja zdecydowanie ani nie była prosta, ani łatwa. Zdaniem Leviathana była niezwykle wyboista, ale chyba dlatego w ogóle była w stanie zaistnieć i nie rozpadła się już dawno. Coś ciągnęło ich do siebie, nawet jeśli się potykali. Coś śpiewało cicho w ich krwi, kiedy znajdowali się bliżej siebie.
— A co ty wiesz o wróżbitach? — odbił pytanie, przyglądając jej się z pewną dezaprobatą. — Egocentrycy, którzy użalają się nad swoim darem. Wielki ciężar, wielka zagadka, którą zamiast rozwiązać, to zachowują się niczym ślepcy — skrzywił się wyraźnie. Wszyscy z nich byli mądrzy po fakcie, jakby nagle doznali niezwykłego olśnienia. Ale najwyraźniej nie trudno było zinterpretować znaki, kiedy miało się przed sobą wszystkie karty. Szkoda tylko, że marnowali dzięki temu czas wszystkich, a swój własny najbardziej.
— Skąd? Pewnie zrobiłaś coś dziwnego. Powiedz, zrobiłaś coś, Helloise, wchodząc do tego szałasu? Spojrzałaś na nią sugestywnie? Na mnie? — uniósł lekko brew.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast