11 godzin(y) temu ✶
Woody potarł twarz dłonią, krzywiąc ryj, jakby coś gorzkiego właśnie wziął przełknął. Wiedzieli, kogo i jak krzywdzić. No wiedzieli. Przekonał się, że wiedzieli.
— I co my mamy, kurwa, na to poradzić, hę? — zdenerwował się tym, jak mu wytknięto bezradność.
Że w ogóle doszło do Spalonej Nocy, to już se poczytywał za porażkę. Że tak celnie trafili w niego i jego rodzinę, jedynie tę porażkę potęgowało. Po tym wszystkim Woody Tarpaulin dziś wciąż siedział i czekał, aż się Śmierciożercy ponownie objawią. Żałosne. Paliło go do zemsty, ale nie wiedział, gdzie ją kierować. Kierował więc swoją złość wewnątrz samego siebie.
— Pokażesz mi Śmierciożercę, to pójdę jaja urwę. — Uderzył otwartą dłonią w blat chybotliwego stołu. Szczuroszczet uciekł, kufel po piwie zadrżał. — Tylko jak ich z nor wywabić?
Woody był na tyle pijany, że gdy kolejny raz usłyszał o żonie i dzieciach Lewisa, już mu się wszystko w głowie pomieszało. Ciągle ktoś mu mówił o żonie i dzieciach Lewisa. Tak często, że ci zaczynali w jego wyobraźni przybierać materialne kształty. Kośćce zaczęły przebijać przez papierowe wizerunki nakreślone w wysyłanych mu dla draki listach o rodzinie McKinnonów, obrastały w mięśnie, powlekały się skórą. Tak! Tak! Teraz widział. Wynurzały się z pijackiego zamglenia: żona w fartuszku z dzieciątkiem na ręku. Dobra Matko, jakiś szkrab chyba zakrzyknął: wuju!
Z perspektywy Edge’a to objawienie musiało wyglądać, jakby na moment Tarp złapał alkoholową odcinkę i zapomniał o bożym świecie. Mogło się zdawać, że słowa Crowa utonęły bezpowrotnie w czarnej dziurze — lecz nie!
Zmarszczyły się brwi starego. Odpowiedział bełkotliwie pod nosem:
— Taaa? Przyjdą dzieci, się pokażą, to Lewis dostanie świąteczną premię na cukierki.
Mieli potencjał go nabierać, bo Woody to nic nie wiedział. Ani o tej wyimaginowanej rodzinie, ani o tym, jakie lale się zakradają do Rejwachu. Woody’ego Tarpaulina interesowało, jak szedł biznes i kto z kim na Podziemnych Ścieżkach się kumał. Oo, uszami strzygł, ledwie posłyszał coś o jakiejś dużej transakcji albo gdzie liczbę patroli zwiększyli. Osobistymi perypetiami swoich młodych znajomych się mało interesował, bo przecież ostatnie, czego tamci potrzebowali, to czerwony nos szefa węszący za ich prywatą.
Chyba że mu kto przychodził wprost powiedzieć: jak Crow o swoim lokatorskim mariażu z prostytutką z Rose Noir. Męską prostytutką. Żigolo. Trochę się Woody’emu cofnęło, ale może to wina alkoholu. Wiedział, jak osobliwe oblicza miewa margines społeczny i jakie fantazje realizują ludzie w podziemiu, ale zawsze doznawał poczucia dyskomfortu, gdy wyobrażał sobie w takich okolicznościach kogoś znajomego. Niby wiedział, jaki jest Crow, ale…
— A idź ty! Pogoń go w cholerę, chłopie, jak ci takie numery robi. Cyrk aż tak ucierpiał, że tam iść nie możesz?
Woody też miał uczucia. Każdy facet musiał czasem uronić łzę, to i płacz Crowa, choć zupełnie niespodziewany, nie wzdrygnął go. Zmiękło mu serce, gdy się zorientował, że z Cainem to Crow się musiał bardzo lubić. Bardzo lubić. Zaczęło się staremu w głowie kluć podejrzenie… właściwie stał się całkiem przekonany, lecz pozostawiał sobie przestrzeń na pomyłkę.
— Hej, hej, hej, spokojnie. — Czarodziej zszedł nieco z byle-jakiego tonu, którym prowadził dotychczas konwersację. Widać było, że przejął się sprawą i próbuje jakoś do Crowa dotrzeć. — Nie słyszałem, żeby jakieś śledztwo było. Bardzo byliście blisko?
Zawsze w takich sytuacjach czuł się rozbrojony. Jeszcze nie znalazł uniwersalnej odpowiedzi na pytanie, co ludziom w rozsypce mówić. Czy powinien poklepać Crowa po ramieniu? Przynieść mu chusteczkę? A może polewać mu, aż zapomni?
— Cain był chłopak z sercem po dobrej stronie. Chcesz iść na górę, Crow? Tam do mnie? Strzelimy coś mocniejszego za jego pamięć i powspominasz z dala od tych tu. — Powiódł lekką, kołyszącą się głową po tych kilku klientach Rejwachu zgromadzonych w piwnicy. — Albo nie powspominasz. W milczeniu też można, nie?
@The Edge
— I co my mamy, kurwa, na to poradzić, hę? — zdenerwował się tym, jak mu wytknięto bezradność.
Że w ogóle doszło do Spalonej Nocy, to już se poczytywał za porażkę. Że tak celnie trafili w niego i jego rodzinę, jedynie tę porażkę potęgowało. Po tym wszystkim Woody Tarpaulin dziś wciąż siedział i czekał, aż się Śmierciożercy ponownie objawią. Żałosne. Paliło go do zemsty, ale nie wiedział, gdzie ją kierować. Kierował więc swoją złość wewnątrz samego siebie.
— Pokażesz mi Śmierciożercę, to pójdę jaja urwę. — Uderzył otwartą dłonią w blat chybotliwego stołu. Szczuroszczet uciekł, kufel po piwie zadrżał. — Tylko jak ich z nor wywabić?
Woody był na tyle pijany, że gdy kolejny raz usłyszał o żonie i dzieciach Lewisa, już mu się wszystko w głowie pomieszało. Ciągle ktoś mu mówił o żonie i dzieciach Lewisa. Tak często, że ci zaczynali w jego wyobraźni przybierać materialne kształty. Kośćce zaczęły przebijać przez papierowe wizerunki nakreślone w wysyłanych mu dla draki listach o rodzinie McKinnonów, obrastały w mięśnie, powlekały się skórą. Tak! Tak! Teraz widział. Wynurzały się z pijackiego zamglenia: żona w fartuszku z dzieciątkiem na ręku. Dobra Matko, jakiś szkrab chyba zakrzyknął: wuju!
Z perspektywy Edge’a to objawienie musiało wyglądać, jakby na moment Tarp złapał alkoholową odcinkę i zapomniał o bożym świecie. Mogło się zdawać, że słowa Crowa utonęły bezpowrotnie w czarnej dziurze — lecz nie!
Zmarszczyły się brwi starego. Odpowiedział bełkotliwie pod nosem:
— Taaa? Przyjdą dzieci, się pokażą, to Lewis dostanie świąteczną premię na cukierki.
Mieli potencjał go nabierać, bo Woody to nic nie wiedział. Ani o tej wyimaginowanej rodzinie, ani o tym, jakie lale się zakradają do Rejwachu. Woody’ego Tarpaulina interesowało, jak szedł biznes i kto z kim na Podziemnych Ścieżkach się kumał. Oo, uszami strzygł, ledwie posłyszał coś o jakiejś dużej transakcji albo gdzie liczbę patroli zwiększyli. Osobistymi perypetiami swoich młodych znajomych się mało interesował, bo przecież ostatnie, czego tamci potrzebowali, to czerwony nos szefa węszący za ich prywatą.
Chyba że mu kto przychodził wprost powiedzieć: jak Crow o swoim lokatorskim mariażu z prostytutką z Rose Noir. Męską prostytutką. Żigolo. Trochę się Woody’emu cofnęło, ale może to wina alkoholu. Wiedział, jak osobliwe oblicza miewa margines społeczny i jakie fantazje realizują ludzie w podziemiu, ale zawsze doznawał poczucia dyskomfortu, gdy wyobrażał sobie w takich okolicznościach kogoś znajomego. Niby wiedział, jaki jest Crow, ale…
— A idź ty! Pogoń go w cholerę, chłopie, jak ci takie numery robi. Cyrk aż tak ucierpiał, że tam iść nie możesz?
Woody też miał uczucia. Każdy facet musiał czasem uronić łzę, to i płacz Crowa, choć zupełnie niespodziewany, nie wzdrygnął go. Zmiękło mu serce, gdy się zorientował, że z Cainem to Crow się musiał bardzo lubić. Bardzo lubić. Zaczęło się staremu w głowie kluć podejrzenie… właściwie stał się całkiem przekonany, lecz pozostawiał sobie przestrzeń na pomyłkę.
— Hej, hej, hej, spokojnie. — Czarodziej zszedł nieco z byle-jakiego tonu, którym prowadził dotychczas konwersację. Widać było, że przejął się sprawą i próbuje jakoś do Crowa dotrzeć. — Nie słyszałem, żeby jakieś śledztwo było. Bardzo byliście blisko?
Zawsze w takich sytuacjach czuł się rozbrojony. Jeszcze nie znalazł uniwersalnej odpowiedzi na pytanie, co ludziom w rozsypce mówić. Czy powinien poklepać Crowa po ramieniu? Przynieść mu chusteczkę? A może polewać mu, aż zapomni?
— Cain był chłopak z sercem po dobrej stronie. Chcesz iść na górę, Crow? Tam do mnie? Strzelimy coś mocniejszego za jego pamięć i powspominasz z dala od tych tu. — Powiódł lekką, kołyszącą się głową po tych kilku klientach Rejwachu zgromadzonych w piwnicy. — Albo nie powspominasz. W milczeniu też można, nie?
@The Edge
piw0 to moje paliwo