25.10.2026, 19:45 ✶
— Zawsze robię, co w mojej mocy, żeby o ciebie zadbać. — I choć sposób, w jaki wypowiedziała te słowa, zlał się z żartobliwym tonem całej wymiany, żartem nie był. Nie do końca. Nie było możliwości, aby o Leviathanie zapomniała, a tak długo, jak pamiętała, nie mogła przejść obok niego obojętnie.
Dziwnie śpiewała ta krew, lecz Helloise nie miała powodów się jej stawiać. Co też do tego mężczyzny domieszali Parkinsonowie? Czy to gen ogniodoporności tak pociągał smoki, aby próbowały swoich sił w spopieleniu ich? Tak, Leviathan bywał obojętny jak skała, na której żaden ogień nie mógł przetrwać. W każdej skale jednak były szczeliny, w które zgrabne roślinne korzonki potrafiły wpełznąć i skruszyć ją od środka.
— Nie stajesz się mądrzejszy dlatego, że odrzucasz niezrozumiałe, nie spróbowawszy mu nawet dać szansy. — Rowle był zawsze tak samo sceptyczny; zawsze ślizgał się po powierzchni, po tym, co proste i pewne; nie próbował wniknąć głębiej. Tak samo odrzucał wróżby, jak i odrzucał bogów. Wybierał ignorancję, zamiast obserwować pilnie nieznaną sobie sztukę, zamiast próbować poznać wiarę i czerpać z niej to, co czerpać można było, choćby nie rozumiejąc jej tajemnic… — Ty nigdy nie chcesz wiedzieć więcej, Leviathanie! — wybrzmiało oskarżycielską krytyką. Helloise występowała naprzeciw niemu z pozycji wyższości, jak sędzia łajający skazańca.
Ona sama zawsze chciała wiedzieć więcej. Zajrzeć pod podszewkę wszystkiego, wszystko zbadać palcami i żywotnym umysłem. Nieraz niestety przy tych dociekliwych badaniach wpadała w ziejącą otchłań teorii spiskowych i swój wyostrzony intelekt przepalała na godziny odkrywania spisków wierchuszki oraz najdrobniejszych detali mugolskiej inwazji.
Czarownica roześmiała się z niedowierzaniem, gdy jej zarzucono, że to ona zdradziła sekret, celowo na domiar złego.
— Po co bym to miała robić? Żeby sobie z tobą pogrywać? — Uniosła spódnicę, żeby przejść przez grząską, podmokłą część obranej przez nich ścieżki. — Nie potrzebuję żadnej innej kobiety, żeby na ciebie zadziałać. — Uśmiechnęła się do czarodzieja sugestywnie. Wmaszerowała bez chwili zawahania wprost w grząski odcinek, który mogła ominąć bokiem przez trawy. Podeszwy jej butów zamlaskały. Kozaczki stały się ciężkie od rozmokłej ziemi, która odkleiła się od bagna i pozostała na nogach Helloise. Wydostawszy się na suchy ląd, kobieta stanęła w snopie światła tam, gdzie zimne, październikowe słońce przebijało się przez wyrwę w baldachimie drzewnych koron. — A może ja po prostu nie umiem na ciebie spojrzeć inaczej? — Aby dać dowód tej przekornej tezie, Helloise przesunęła po Leviathanie lubieżnym spojrzeniem.
Spuściła suknię, pozwalając jej ocierać się o ubłocone kozaki.
Dziwnie śpiewała ta krew, lecz Helloise nie miała powodów się jej stawiać. Co też do tego mężczyzny domieszali Parkinsonowie? Czy to gen ogniodoporności tak pociągał smoki, aby próbowały swoich sił w spopieleniu ich? Tak, Leviathan bywał obojętny jak skała, na której żaden ogień nie mógł przetrwać. W każdej skale jednak były szczeliny, w które zgrabne roślinne korzonki potrafiły wpełznąć i skruszyć ją od środka.
— Nie stajesz się mądrzejszy dlatego, że odrzucasz niezrozumiałe, nie spróbowawszy mu nawet dać szansy. — Rowle był zawsze tak samo sceptyczny; zawsze ślizgał się po powierzchni, po tym, co proste i pewne; nie próbował wniknąć głębiej. Tak samo odrzucał wróżby, jak i odrzucał bogów. Wybierał ignorancję, zamiast obserwować pilnie nieznaną sobie sztukę, zamiast próbować poznać wiarę i czerpać z niej to, co czerpać można było, choćby nie rozumiejąc jej tajemnic… — Ty nigdy nie chcesz wiedzieć więcej, Leviathanie! — wybrzmiało oskarżycielską krytyką. Helloise występowała naprzeciw niemu z pozycji wyższości, jak sędzia łajający skazańca.
Ona sama zawsze chciała wiedzieć więcej. Zajrzeć pod podszewkę wszystkiego, wszystko zbadać palcami i żywotnym umysłem. Nieraz niestety przy tych dociekliwych badaniach wpadała w ziejącą otchłań teorii spiskowych i swój wyostrzony intelekt przepalała na godziny odkrywania spisków wierchuszki oraz najdrobniejszych detali mugolskiej inwazji.
Czarownica roześmiała się z niedowierzaniem, gdy jej zarzucono, że to ona zdradziła sekret, celowo na domiar złego.
— Po co bym to miała robić? Żeby sobie z tobą pogrywać? — Uniosła spódnicę, żeby przejść przez grząską, podmokłą część obranej przez nich ścieżki. — Nie potrzebuję żadnej innej kobiety, żeby na ciebie zadziałać. — Uśmiechnęła się do czarodzieja sugestywnie. Wmaszerowała bez chwili zawahania wprost w grząski odcinek, który mogła ominąć bokiem przez trawy. Podeszwy jej butów zamlaskały. Kozaczki stały się ciężkie od rozmokłej ziemi, która odkleiła się od bagna i pozostała na nogach Helloise. Wydostawszy się na suchy ląd, kobieta stanęła w snopie światła tam, gdzie zimne, październikowe słońce przebijało się przez wyrwę w baldachimie drzewnych koron. — A może ja po prostu nie umiem na ciebie spojrzeć inaczej? — Aby dać dowód tej przekornej tezie, Helloise przesunęła po Leviathanie lubieżnym spojrzeniem.
Spuściła suknię, pozwalając jej ocierać się o ubłocone kozaki.
dotknij trawy