Przez te lata zdążyła się już nauczyć, w jaki sposób działał Atreus Bulstrode: czyli że nie lubił dokładności, gardził czymś takim jak mundur, który nosił z własnej woli, a gdyby potrzebował zostać gdzieś na noc, to musiałby wynająć od razu dwa pokoje w hotelu – jeden dla siebie, a drugi dla swojego ego. Chwalenie go było więc prostą drogą do bólu głowy całego otoczenia, a chyba jednak wolała, by ta bolała jego, a nie ją. Pomijając jednak to wszystko, Victoria wiedziała, że można było na nim polegać (gdy akurat nie myślał o sobie) i gdy odkryła, że wydoroślał już ze szczeniackich lat, okazało się, że całkiem go lubiła… To znaczy, kiedy akurat się nie popisywał – a jego czar ewidentnie na nią nie działał, prawdopodobnie przez to, że widziała, jak jej kuzyn robi dokładnie to samo, a potem te wszystkie dziewczęta wzdychają jak głupie.
– Rzeczywiście, kto by się spodziewał poranku po nocy. To zupełnie jak śnieg, który co roku zaskakuje latających na miotłach przy lądowaniu – i mugoli, słyszała już kilka razy, że śnieg i zima zaskoczyła tych tam, co jeżdżą tymi metalowymi puszkami. Victoria zmierzyła sobie teraz uważnie Atreusa wzrokiem, od dołu do góry i potem od góry do dołu. Cmoknęła przy tym cicho i pokręciła głową, bo był jeszcze bardziej „niepoukładany” niż zazwyczaj. – Czyli przestały dobrze iść, skoro się skończyły? – zapytała, ale już sobie to wyobrażała: najpierw kilka godzin i galeony przetracone na kartach, a potem dalsze balowanie w mieście, bez przerw od alkoholu. Cichutko westchnęła. – To ile wypiłeś? – zapytała cicho.