03.11.2026, 15:03 ✶
Świat byłby lepszym miejscem, gdyby policja miała nieograniczone zasoby i mogła pukać po kolei do drzwi każdego zakładu pracy i lokalu usługowego w mieście, aby zapytać, czy nie pracuje u nich może ktoś o takim i takim imieniu. Światu jednak w ogólności daleko do ideału, a w tej sprawie szczególnie wiele okoliczności było dziwnych.
Nieświadom wzburzenia brygadzistów — bo za tychże restaurator wziął oboje po ujrzeniu odznaki Brenny — głęboko przejął się tym, że oto on, skromny człowiek, uzyskuje właśnie najwidoczniej status świadka i policja chce od niego zeznań. Jego słowa mogły tu o czymś zaważyć i już się nie mógł doczekać, aby żonie po pracy opowiedzieć, co też go tego dnia spotkało. Zrobił coś ważnego, a być może uratował komuś życie. Tak miało być z pewnością!
Zastanowił się dłużej, kiedy zapytano go o daty. Z głowy to trudno było takie detale wyciągnąć.
— Może tydzień po Spalonej Nocy? Trochę więcej? — Podrapał się po głowie. — Nie chcę oszukać, ale mogę to sprawdzić, bo powysyłałem listy, jak szukałem za niego zastępstwa. Może ktoś dał na odpowiedzi datę.
Mężczyzna wyciągnął spod lady kartonowe pudełeczko z listami i zaczął przeglądać stosy kopert i karteluszek, odpowiadając w międzyczasie na kolejne pytania:
— Nikt o nich nie pytał, i dzięki niech będą bogom, że załatwiali takie swoje… sprawki poza moim lokalem, bo bym wziął i ich pogonił. Na dobre! — odgrażał się czarodziej, choć trudno ocenić, czy faktycznie by go było na to stać, skoro nie podobała mu się obecność Ketteridge'a, a jednak pozwalał mu u siebie jadać. — Dante to był kiedyś dobry chłopak, jeszcze jak u mnie zaczynał parę lat temu, to zupełnie inny. Bardzo mądry chłopiec, o tak, cichy, grzeczny. Chwalił się kiedyś, że skończył Beauxbatons z wyróżnieniem. Jak czasem mieliśmy wolniejszy dzień, to takie rysował… takie, wiecie państwo… — Przerwał na chwilę poszukiwania listów, żeby lepiej zebrać myśli. — Jakieś wykresy studiował. Znaki, runy. Ja nie wiem. Nie na moją głowę, ale widać, że łebski chłopaczyna. I w trzech językach płynny! To ja go któregoś dnia pytam, czemu on tu w ogóle u mnie siedzi, a nie w jakimś Ministerstwie. To mi mówi, że mu ojciec zabrania. Popukałem się w głowę. Co ty dorosły facet i się ojca będziesz słuchać? No strasznie się wykręcał, że nie może do Ministerstwa, nie i koniec. — Czarodziej pokręcił bezradnie głową i wrócił do przeglądania korespondencji. — Potem to już… — Machnął ręką. — Szkoda gadać. Z tym ojcem się poróżnił, chyba go z domu wyrzucili, wtedy zaczął się z Falco zadawać. Bardzo się zmienił. Ten skur… czybyk wszedł mu zupełnie na głowę. Jestem pewny, że to Falco na niego kłopoty ściągnął, cokolwiek się z nim dzieje. Było z nim źle dopóki Falco był, a jak przestał przychodzić? No to już w ogóle się Dante pogubił. Tak sobie myślę, że Falco uciekł i go zostawił ze swoimi problemami, i chłopak nie dał rady. — Mężczyzna westchnął boleściwie. Chwilę później trafił na właściwy list. — No, to będzie od dwudziestego września jak go nie widzieliśmy.
Nieświadom wzburzenia brygadzistów — bo za tychże restaurator wziął oboje po ujrzeniu odznaki Brenny — głęboko przejął się tym, że oto on, skromny człowiek, uzyskuje właśnie najwidoczniej status świadka i policja chce od niego zeznań. Jego słowa mogły tu o czymś zaważyć i już się nie mógł doczekać, aby żonie po pracy opowiedzieć, co też go tego dnia spotkało. Zrobił coś ważnego, a być może uratował komuś życie. Tak miało być z pewnością!
Zastanowił się dłużej, kiedy zapytano go o daty. Z głowy to trudno było takie detale wyciągnąć.
— Może tydzień po Spalonej Nocy? Trochę więcej? — Podrapał się po głowie. — Nie chcę oszukać, ale mogę to sprawdzić, bo powysyłałem listy, jak szukałem za niego zastępstwa. Może ktoś dał na odpowiedzi datę.
Mężczyzna wyciągnął spod lady kartonowe pudełeczko z listami i zaczął przeglądać stosy kopert i karteluszek, odpowiadając w międzyczasie na kolejne pytania:
— Nikt o nich nie pytał, i dzięki niech będą bogom, że załatwiali takie swoje… sprawki poza moim lokalem, bo bym wziął i ich pogonił. Na dobre! — odgrażał się czarodziej, choć trudno ocenić, czy faktycznie by go było na to stać, skoro nie podobała mu się obecność Ketteridge'a, a jednak pozwalał mu u siebie jadać. — Dante to był kiedyś dobry chłopak, jeszcze jak u mnie zaczynał parę lat temu, to zupełnie inny. Bardzo mądry chłopiec, o tak, cichy, grzeczny. Chwalił się kiedyś, że skończył Beauxbatons z wyróżnieniem. Jak czasem mieliśmy wolniejszy dzień, to takie rysował… takie, wiecie państwo… — Przerwał na chwilę poszukiwania listów, żeby lepiej zebrać myśli. — Jakieś wykresy studiował. Znaki, runy. Ja nie wiem. Nie na moją głowę, ale widać, że łebski chłopaczyna. I w trzech językach płynny! To ja go któregoś dnia pytam, czemu on tu w ogóle u mnie siedzi, a nie w jakimś Ministerstwie. To mi mówi, że mu ojciec zabrania. Popukałem się w głowę. Co ty dorosły facet i się ojca będziesz słuchać? No strasznie się wykręcał, że nie może do Ministerstwa, nie i koniec. — Czarodziej pokręcił bezradnie głową i wrócił do przeglądania korespondencji. — Potem to już… — Machnął ręką. — Szkoda gadać. Z tym ojcem się poróżnił, chyba go z domu wyrzucili, wtedy zaczął się z Falco zadawać. Bardzo się zmienił. Ten skur… czybyk wszedł mu zupełnie na głowę. Jestem pewny, że to Falco na niego kłopoty ściągnął, cokolwiek się z nim dzieje. Było z nim źle dopóki Falco był, a jak przestał przychodzić? No to już w ogóle się Dante pogubił. Tak sobie myślę, że Falco uciekł i go zostawił ze swoimi problemami, i chłopak nie dał rady. — Mężczyzna westchnął boleściwie. Chwilę później trafił na właściwy list. — No, to będzie od dwudziestego września jak go nie widzieliśmy.