— Kiedy tak o tym mówisz, to brzmi trochę jak fragment baśni, który okazał się z gorzkim zakończeniem — uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem. W bajkach przecież księżniczki i książęta co i rusz zamieniali się się w żaby i ropuchy. Zwykle jednak można było ich jakoś odmienić, a tutaj? — Na zawsze — pokiwał głową, na moment kładąc jej pocieszająco dłoń na plecach, kiedy przeszedł ją dreszcz, jakby wiedząc że cała ta wizja mogła ją wyraźnie obrzydzić na swój sposób.
— Cóż, jest to klątwa. Z reguły wielopokoleniowa, aczkolwiek zawsze ktoś może ją na ciebie rzucić, a nie przyjdzie tylko z matki. W tym cały problem, że dotyka tylko kobiet — ciężko więc było mu dokładnie opisać to, co wtedy się działo, albo trawiło umysł takiej osoby. Nie był przecież kobietą, w której głowie tkwiła pradawna, czarnomagiczna istota. — Bestia, która zaszczepia się w świadomości takiej ofiary, zazwyczaj związana jest z regionem, gdzie taka osoba żyje. A może skąd pochodzi? Tu nie jestem pewien. I ta bestia powoli, ale nieuchronnie, pochłania umysł. Ta dziewczyna, którą spotkaliśmy we Włoszech, była jakąś żabą ale wydaje mi się, że coś czytałem kiedyś odnośnie azjatyckich, wyginiętych gatunków. A przynajmniej kiedy ją zobaczyłem, to właśnie przyszło mi na myśl… — próbował nieco lepiej wyjaśnić temat, ale kiedy zadała kolejne pytanie, mimowolnie roześmiał się i zaraz pokręcił głową. — Nie, nic na mnie nie przeszło — ujął ją za dłonie. — Nic mi nie jest pod względem klątw. Znaczy oprócz tej jednej, o której obydwoje wiemy.
— Jakie fuj? — prychnął, widząc jej reakcję. Niby mógł się tego spodziewać, ale i tak wyglądał, jakby się poczuł personalnie urażony. — Spójrz tylko na niego. A zabrałem go dlatego, że nie było co z nim zrobić, więc inny członek wycieczki mi go wcisnął. Zabrał go, bo wpadli do jakichś podziemi, które znajdowały się pod całym ośrodkiem. Podobno tego malucha opętały duchy i próbowały za jego pomocą zaszkodzić. Ale o to też nie musisz się martwić, już nie ma w sobie żadnej zgubionej duszy — niuchacz rozejrzał się czujnie dookoła. Małe, błyszczące oczka przetoczyły się po pomieszczeniu, po czym zrobił parę kroków na zewnątrz, węsząc i ewidentnie szukając jakichś skarbów. — Będzie mu tu dobrze. Zrobi mu się jakiś mały skarbiec, żeby znosił do niego rzeczy. — Czy miały być przydatne, to się natomiast miało okazać później.
— Przynajmniej dwa. Biorąc pod uwagę podróż, nie zawracałem sobie nią głowy w międzyczasie — mruknął, bo jeszcze tego brakowało by w całym pakowaniu i podróży świstoklikami przyszło mu myśleć o smarowaniu się maścią. — Możemy coś zjeść, czemu nie — odparł, a kiedy przyłożyła dłoń do jego czoła, kąciki ust drgnęły na moment w jakimś pełnym zrozumienia uśmiechu. Jego skóra nie była jednak ani gorąca, ani znacząco zimniejsza od jej dłoni. Wszystko wydawało się w normie. Tylko te plamy…
Zaraz postanowił sam zawołać skrzata, instruując go, by przygotował posiłek w jadalni. Czy mieli zasiąść akurat tam, nie miało w tym momencie większego znaczenia, tym bardziej że skrzacia magia mogła wszystko z łatwością przenieść.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast