22.03.2023, 02:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2023, 02:41 przez Julien Fitzpatrick.)
Nie był pewien czego spodziewać się po tym jak ponownie dotknął nogami ziemi, tym razem w triumfie, z szelmowskim uśmiechem wyrysowanym na twarzy pociągnięciami przepełniającej go euforii. Wszystkie zmartwienia wydały się za grubą szybą, wciąż z nim były, ale ich obecność nikła z każdym kolejnym płomieniem i ruchem tańczących dookoła pala kobiet. Jedna z nich była tą wyjątkową, to z nią skrzyżował spojrzenia zanim ich ciała, wtórując prowadzonym przez rytuał miłości duszom, połączyły się w słodkim pocałunku.
Zwiewny materiał sukienki Sary układał się zgrabnie pod naciskiem dotyku, przyciągnięcia, które sprawiło że byli jeszcze bliżej siebie; pachniała kwiatami, pykającym w ogniskach drewnem i słodkimi aromatami serwowanych na stoisku herbat, które teraz spijał też z jej ust.
W miłości wydawał się zawsze zagubiony, oddając się tandetnemu flirtowi i czerpiąc bliskość ze zbliżeń, ignorując wewnętrzną satysfakcję i euforię, która powinna płynąć z pokrewieństwa dusz. Troszczył się o bliskich, wynosił ich na piedestał, stawiał ich życia ponad swoim, uważając, że istnieje po to, aby to im żyło się dobrze, wygodnie i przyjemnie. Szczęście było zazwyczaj obopólne, lubił być potrzebny, potrzebował aby inni na nim polegali, aby chcieli obdarzać go czymś, czego brakowało w domu rodzinnym - uczuciami.
Zaczerpnął oddechu, ale żałował, że ich usta nie były ze sobą już złączone.
Chciał być bliżej, intensywniej, bardziej - przelać na nią wszystkie te pozytywne uczucia, które uderzyły go ze zdwojoną siłą.
W oczach tańczyły mu ogniki podekscytowania, podjudzane gorącą pasją.
Pozwolił jasnym kosmykom jej włosów przesmyknąć się zgrabnie przez palce.
- Twoje włosy migoczą jak tysiące gwiazd na tle nocnego nieba - wciąż łapał oddech.
Złapał ją za dłoń i pociągnął sugestywnie w stronę zagajnika znajdującego się nieopodal zagajnika. Czyżby tego samego, o którym wcześniej wspominała ludziom przy straganie? Drzew było dużo, a las był gęsty.
Zwiewny materiał sukienki Sary układał się zgrabnie pod naciskiem dotyku, przyciągnięcia, które sprawiło że byli jeszcze bliżej siebie; pachniała kwiatami, pykającym w ogniskach drewnem i słodkimi aromatami serwowanych na stoisku herbat, które teraz spijał też z jej ust.
W miłości wydawał się zawsze zagubiony, oddając się tandetnemu flirtowi i czerpiąc bliskość ze zbliżeń, ignorując wewnętrzną satysfakcję i euforię, która powinna płynąć z pokrewieństwa dusz. Troszczył się o bliskich, wynosił ich na piedestał, stawiał ich życia ponad swoim, uważając, że istnieje po to, aby to im żyło się dobrze, wygodnie i przyjemnie. Szczęście było zazwyczaj obopólne, lubił być potrzebny, potrzebował aby inni na nim polegali, aby chcieli obdarzać go czymś, czego brakowało w domu rodzinnym - uczuciami.
Zaczerpnął oddechu, ale żałował, że ich usta nie były ze sobą już złączone.
Chciał być bliżej, intensywniej, bardziej - przelać na nią wszystkie te pozytywne uczucia, które uderzyły go ze zdwojoną siłą.
W oczach tańczyły mu ogniki podekscytowania, podjudzane gorącą pasją.
Pozwolił jasnym kosmykom jej włosów przesmyknąć się zgrabnie przez palce.
- Twoje włosy migoczą jak tysiące gwiazd na tle nocnego nieba - wciąż łapał oddech.
Złapał ją za dłoń i pociągnął sugestywnie w stronę zagajnika znajdującego się nieopodal zagajnika. Czyżby tego samego, o którym wcześniej wspominała ludziom przy straganie? Drzew było dużo, a las był gęsty.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you