— No dokładnie! Pewnie pozwalają wygrać tym najbardziej świętoszkowatym, co przychodzą na każdy sabat, składają cześć Matce co wieczór i tak dalej! — Tak, to o to musiało chodzić! W końcu plebs nie mógł wygrać, kiedy na podium mogło pojawić się złote dziecko kowenu!
Uśmiechnął się uroczo, gdy Ruda się od niego oderwała. Nie trzeba go było długo namawiać do tego, aby dołączył do niej na trawie. Położył się na boku, podkulając lekko nogi dla wygody, spoglądając na dziewczynę, jakby była absolutnym cudem świata. Czy to resztki amortencji, niewchłonięte jeszcze przez organizm, dawały o sobie znać, podsycając jego uczucia?
Być może, jednak chłopak wiedział, że nie było w nich ani krzty sztuczności. Chciał być tutaj z nią. Życzyłby sobie, tylko żeby do tegorocznego Beltane doszło w innych okolicznościach, gdzie nie musieliby nieść na ramionach ciężaru wynikającego z majaczącego na horyzoncie konfliktu.
— A już myślałem, że będzie tak idealnie — wymamrotał, przewracając wymownie oczami. Wygiął głowę do tyłu, przez co strzyknęło mu coś w szyi. To wszystko od tego nadmiernego ruchu! Skrzywił się, a przez jego twarz przeszedł cień bólu. — Że mam sobie teraz iść? Po tym wszystkim, jak ci dałem całusa, wykazałem się odwagą... Wyczuwam spisek.
Ewidentnie siły wyższe chciały go odseparować od jego rudowłosej towarzyszki! Spojrzał na nią z troską. Tylko co takiego miałoby się wydarzyć? Na razie nie panował tu żaden chaos.
— P-powinienem gdzieś czekać... Na wszelki wypadek? Gdybyś potrzebowała jakiegoś wsparcia później? — Zmrużył oczy. Nie wysyłałaby go do domu tak znienacka bez żadnego powodu.