• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia [12.06.1972] Walia || The death of a bachelor

[12.06.1972] Walia || The death of a bachelor
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#11
23.11.2023, 05:20  ✶  
Zareagował dokładnie tak, jak mogła zareagować osoba, która wcale nie chciała aż tak sprawiać wrażenia rozluźnionej, ale gdzieś na drodze do tego powinęła jej się noga. Zmarszczył więc brwi, ale w jakiś dziwny sposób był to wyraz karykaturalny, który w tym momencie wcale obok powagi nie był w stanie stać. Chyba to wyczuł, bo westchnął, uśmiechając się do niej krótko, ale dało się zauważyć, że boleje nad swoimi brakami w zachowaniu się tak, jak by sobie tego życzył.
- Mógłbym cię próbować zapewniać, że daleko mi do drętwego buca, ale zwykle tego obietnice okazują się rozczarowujące - mrugnął. W ten nienaturalny dla człowieka, gadzi sposób, który był udziałem działającej na niego klątwy. Kiedy tak stawiała sprawę pojawienia się, bo wysłała list - kiedy te słowa wybrzmiały wreszcie w powietrzu, w jego głowie pojawiła się myśl, że w pewien sposób mogło to być traktowane aż nazbyt optymistycznie. Kiedy sobie takie przybycie umyślił, w jego głowie wyglądało w pewien sposób impertynencko, bo przecież ani jej na list nie odpisał, ani w inny sposób się nie zapowiedział, tylko smętnie zapukał do drzwi jej domku.
Uśmiechnął się do niej z zadowoleniem, bo nie miał zamiaru krzywo patrzeć na rzucony komplement, nawet taki będący powtórzeniem słów kogoś innego. Stary Macmillan zapewne chciał dobrze przedstawić córce przyszłego męża, jednocześnie licząc na to, że był chociaż odrobinę podobny do ojca.
Spełnił też jej oczekiwania, kiedy podzieliła się z nim anegdotką na temat jej spotkania z Lazarusem, bo uśmiechnął się, kręcąc przy tym lekko głową.
- Tak, to brzmi jak on - podsumował, bo niezbyt skory był do dyskutowania na temat swojego drogiego rodzica. W pewien sposób też chyba był pod wrażeniem, że w ogóle się do niego odezwała, domagając się rzekomych przeprosin, bo Lazarus, przynajmniej w mniemaniu syna, potrafił onieśmielać ludzi bardziej od niego.
Miała rację, ale ten fakt jakoś dotkliwie go ranił i uderzał w nieprzyjemny punkt. Małżeństwo było kompromisami, ale nie był w stanie o nich myśleć, kiedy w głowie górowała myśl, że wszystko to zostało dla niego zaplanowane za jego plecami. Słyszał głos ojca, który powtarzał mu, że powinien wziąć się w garść, ale on bardzo tego nie chciał. Skrzywił się więc, ale w tym momencie nie patrzył na nią, a gdzieś w bok, jakby nagle zawiniła mu czymś ściana. W tym momencie poczuł, że bardzo chętnie by się jednak napił z nią tej pigwówki, nie dla towarzystwa, a dla chociaż odrobiny znieczulenia, jakie mogłaby mu zapewnić w tym momencie.
Tak samo też jak ona mówiła, tak on milczał, raczej kiwając na jej słowa głową i w ten sposób dając jej znać, że mimo wszystko jej słucha i jakoś przetwarza to wszystko co miała mu do powiedzenia, nawet jeśli szło mu to trochę opornie. W końcu jednak odchrząknął, kiedy padło pytanie, do którego zadania z resztą sam ją zachęcił.
- Nie wiem - odpowiedział niemal machinalnie, tylko po to, żeby zaraz podrapać się po policzku w zastanowieniu. - To chyba nie jest coś, na co człowiek zwraca uwagę. Z jednego z moich smoczogników, próbującego upolować drugiego z mało zadowalającym skutkiem? - w jego głowie pobrzmiewała wyraźna nuta powątpiewania, kiedy wyprostował się nieco, spojrzeniem szukając inspiracji gdzieś na suficie, a myślami mimowolnie uciekając do Snowdonii i woliery tych małych stworzeń właśnie.
- To w takim razie, jeśli mogę; powiedziałaś, że będziesz siedzieć to tu, to tam i pić między innymi drink w którym topią się gwiazdy. Czy może to znaczy, że wiesz jak go przyrządzić? - zapytał, absolutnie w tym momencie poważny, niezbyt też zainteresowany tym, jak cudownie musiał w tym momencie wypaść, kiedy wyglądał jakby z całej rozmowy wyłapał przede wszystkim to. - A i, hm, jakich rzeczy byś nie zniosła? W małżeństwie w sensie.
moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#12
04.12.2023, 04:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2023, 04:44 przez Sarah Macmillan.)  
Niezależnie od tego, w jaki sposób reagował, Macmillan obserwowała go z niewymuszoną uwagą. Mruganie jak jaszczurka, śmianie się to cicho, to głośno, uśmiechanie się, kiwanie głową, krzywienie się, odchrząkanie - nie wszystko było pozytywne, ale wszystko składało się na jakiś obraz człowieka, a ona chciała go poznać. Kim był ten Leviathan Rowle? Kimś dobrym? Kimś, kogo w ogóle warto było tutaj zapraszać?

- Oh, magiczne stworzenia. - To był jakiś silny punkt wspólny. Jej mali i duzi przyjaciele. - Ale ty ewidentnie lubisz te latające, a ja zawsze byłam selcem przy samej ziemi.

Przy wężach. Ale czy on by się tego domyślił? Gdyby wiedział, że jest w połowie Gauntówną, skojarzenie byłoby oczywiste, chociaż symbolika węży nie przeplatała się przez to wnętrze ani jej aparycję ani trochę. Pytał ją o to, czy potrafiła przyrządzić drink. Wiedział w ogóle, czym się zajmowała? To było nawet ciekawe. Badanie tego, jak niewiele o sobie wiedzieli, a jednak zgodzili się na taki układ...

- Oczywiście, że wiem. Chcesz go splóbować? - Odpowiedź wydała jej się być oczywista, czym innym były te słowa jeżeli nie sugestią, więc po prostu wstała i ruszyła w kierunku szafek. - Lozgość się, Leviathanie. - Zaoferowała, raz jeszcze wskazując na wnętrze. Na tę kanapę, na stołki. Wydawało jej się, że już to dzisiaj mówiła. A może nie? Może jej się tylko wydawało? - Nie, nie lubię jak ktoś patrzy mi się na lęce.

Jeżeli nie ona sama, to być może zagoniła go tam cisza, jaka pomiędzy nimi zapadła, kiedy Sarah zajęła się szukaniem odpowiedniej szklanki i jej trajkotanie nie oferowało już utonięcia w potoku słów. Mógł przerwać to sam, ale przecież rzucił jej pytanie, na które nie odpowiedziała. Miał jej mówić coś innego? Na pewno oczekiwała tego, żeby wszedł głębiej do pomieszczenia, więc być może zrobił to, a tam czekało na niego wiele rzeczy do zawieszenia na nich oczu. Jej stół do pracy, gdzie szyła i haftowała. Jej absurdalna ilość garnków i patelni. Stosy kwiatów od Menodory, kadzideł, świec, dzwonków rytualnych i... pamiątek! Bo oprócz przydatnych rzeczy, Macmillan kolekcjonowała też po prostu bibeloty, obrazki, zdjęcia i takie nietypowe dzieła sztuki jak na przykład wiszące nad kanapą makramy. Bardziej niż te makramy uwagę przyciągała jednak galeria wspomnień - światełko tego miejsca - szereg wykonanych czarodziejskim aparatem fotografii poprzyklejanych do ściany w bardzo chaotycznym, ale wesołym kolażu ujęć, które chwytały za serce (oczywiście zależy kogo). Można tam było dostrzec po pierwsze jej rodziców. Po drugie - resztę jej rodziny na czele z bratem, którego na co drugim ujęciu ściskała mocno. No ale nie tylko brata miała. Miała też masę kuzynek, na przykład Agathę, Septimkę, Eugenię, z którymi zasiadała przy biesiadnym stole i machała do obiektywu. Septimka i jej tata przebrani za mopa i wiadro (stroje autorstwa Sary oczywiście). Załapał się tutaj też Perseus z tym swoim blond „kolegą”. Po trzecie - przyjaciół. A tych przyjaciół miała sporo. Z Hogwartu - tylko jedno zdjęcie, ona stojąca na błoniach w szacie Slytherinu i Charles robiący głupią minę. Wszystko inne już poza szkołą. Menodorka robiąca w szklarni, wyciągająca z doniczki mandragorę. Michael (koń) żujący jej włosy. Ona i Effimery umalowane i poprzebierane na różne imprezki. Charlie z garnkiem kapusty na głowie. Cameron z zamkniętymi oczami. Całowanie Laurenta w policzek. Sarah na koncercie Faye Longbottom z gościnnym udziałem palca Menodory zasłaniającego obiektyw. Lorraine w kusym stroju liżąca siekierę. Sauriel zasłaniający twarz i mówiący „nie rób mi kurwa zdjęcia”. I wiele, wiele, wiele innych.

Jak się człowiek na to zapatrzył, to nawet nie zauważał kiedy twoja przyszła żona podchodziła do ciebie z gotowym drinkiem.

- Sandman dla pana Lowle. - Powiedziała, próbując podać mu ten drink w tak fajensiarski sposób, że o mały włos i by go upuściła na podłogę, a byłaby to wielka strata, bo umiała robić takie drinki naprawdę dobrze. I nie żartowała. Ciemny jak niebo, rozświetlony migoczącymi drobinkami... piasku (?), wyglądał jak sklepienie pełne spadających gwiazd. I pachniał winogronem, jeżeli to miało jakieś większe znaczenie.

- Nie zlobię ci pełnej listy, ale są rzeczy, któle nasuwają mi się na myśl od razu: niepotrzebne kłamstwa. Żaltowanie sobie z bliskich za ich plecami. Blak szacunku do mnie i mojej lodziny. Ale to są chyba oczywiste rzeczy? Rzeczy, które lozumieją wszyscy lozumni ludzie. Nikt nie lubi tkwić w rhelacjach, któhe nie dają mu poczucia bezpieczeństwa.

Zamrugała.


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#13
10.01.2024, 03:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2024, 00:58 przez Leviathan Rowle.)  
Gdyby zapytać go wprost, kim jest Leviathan Rowle, pewnie tylko by się skrzywił z niesmakiem. Nie chciał o tym rozmawiać, ale miał wrażenie, że wynikało to z jakiejś wątłej myśli, ze sam nie wiedział kim był. A to nie było specjalnie przyjemne uczucie.

- Zdecydowanie - przyznał jej rację. - Smoki to moja pasja, zdecydowanie, ale jeśli chodzi o magiczne stworzenia, żadnych nie dyskryminuję - zapewnił ją z delikatnym uśmiechem przyklejonym do warg, który wydawał się całkiem szczery. - Jakie masz na myśli, wspominając o tych przy samej ziemi?

Czy się domyślał? Nie, bo i czemu miałby. Nie włożył w to spotkania chociaż odrobiny wysiłku, jeśli chodziło o rozeznanie swojej przyszłej partnerki. No, może jednak trochę się zainteresował, ale jego wiedza była bardzo powierzchowna. Zanim ją dzisiaj zobaczył, wiedział przynajmniej jak wygląda, a i Septima postanowiła mu chłodno wytknąć pokrewieństwo z Sarah. Tyle mu wystarczyło. Że miał wziąć za żonę kuzynkę swojej najbliższej przyjaciółki.

- Oczywiście - ożywił się nawet nieco, jak jaszczurka, na którą nagle padło nieco więcej promieni słonecznych i mogła się wygrzać, wracając tym samym do życia. Wstał też nawet, ni to w odpowiedzi na jej słowa, ni to z faktycznej potrzeby poruszenia się przez otulającą go ciszę. Chociaż czy tak bardzo mu ona przeszkadzała? Chyba nie, ale zwyczajnie też zapraszała do rozejrzenia się nieco bardziej po miejscu gdzie mieszkała.

Jego spojrzenie przesunęło się po całym wnętrzu, uważnie zatrzymując na każdym nieco bardziej charakterystycznym elemencie. Na miejscu gdzie pracowała, na stosach kwiatów i dzwonkach, które nawet trącił od niechcenia palcem, kiedy do nich podszedł. W końcu jednak jego kroki zostały skierowane w stronę ściany, gdzie porozwieszała fotografie. Mimowolnie uśmiechnął się, widząc tę Septimę na tych zdjęciach, szczególnie przy tym gdzie razem z ojcem przebrani byli za mopa i wiadro.

Obejrzał się na nią, kiedy wreszcie podeszła do niego, wyraźnie wyrwany z własnych myśli. Bo nawet jeśli uśmiechał się na widok Timmny na tym głupim zdjęciu, to wcale nie był ani trochę szczęśliwy. Ciążyło mu to nawet bardziej niż powinno, dlatego szybko odwrócił się od ściany, zwracając uwagę na Sarkę i uśmiechając się krótko.
- Dzięki - przyjął od niej napitek, może trochę nerwowo, bo wyglądała jakby zaraz miała go rozlać po całej podłodze. W pierwszej chwili uniósł go ku górze, spoglądając na kręcący się w szkle płyn, po chwili kiwając głową z uznaniem. - Wygląda bardzo ładnie - podsumował, a potem spróbował, upijając parę łyków i dając sobie chwilę, żeby faktycznie go posmakować, a nie wchłonąć na raz. - I bardzo dobrze smakuje - uznał, obdarowując ją wesołym uśmiechem. - Znasz Laurenta? - zagadał trochę nieporęcznie, wskazując na zdjęcia, jednak na nie patrząc. - Nie spodziewałem się w sumie, że zobaczę go tutaj. Bardzo się przyjaźnicie? - a może raczej jak bardzo.

- Żartowanie prosto w twarz już nie jest problemem? - prychnął, może nawet chcąc ubrać to w żart, bo się przy tym uśmiechnął, ale zaraz złapał się na tym, że chyba mogło jej to nie przypaść do gustu. - Przepraszam. W każdym razie brzmi rozsądnie. Normalnie, że tak to powiem. - spojrzał w tego swojego rozgwieżdżonego drinka, poruszając nim i patrząc, jak się mieni.

- Mówiłaś o pigwówce, pinacoladzie i tym - uniósł szkło ku górze. - A co lubisz pić najbardziej?
moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#14
02.02.2024, 00:13  ✶  
Miłośnik zwierząt. Od razu było widać, że w jej oku coś... błysnęło! Od początku była zaangażowana w to spotkanie, w rozmowę, z lekkim dołem zaliczonym po otarciu się o jego drętwość, ale teraz uśmiechnęła się szerzej. Ciekawskie spojrzenie badało jego twarz, kiedy sam unosił kąciki swoich ust w górę. Magiczne stworzenia i generalnie twory Matki Natury, miały w jej sercu wyjątkowe miejsce. Ojciec ciągle mówił jej, że powinna wrócić do jedzenia mięsa, ale... miałaby zjadać swoich najlepszych przyjaciół? Nie, wcale nie musiały tego robić. Wiedziała - prawa przyrody były okrutne i jedzenie mięsa nie było niczym, od czego powinna się wzdrygać - ona jednak w przeciwieństwie do istot żyjących w dziczy miała wybór. No i podjęła decyzję.

- Myślałam, że sam zgadniesz. - To nie była trudna zagadka, szczególnie jeżeli wiedziało się cokolwiek o jej rodzinie. O wielkiej posiadłości, w której Gauntowie od pokoleń hodowali przepiękne, wielkie węże i jaszczurki. A jak się nie wiedziało, to wciąż można było strzelać. I wydawało jej się, że to wcale nie był trudny strzał. - Węże. - Uśmiechnęła się szerzej. W domku, w jakim się teraz znajdowali, nie było żadnych węży. W klatce na dworze wypoczywał teraz biały szczur złapany w kuźni zamieszkujących Dolinę Islandczyków. Prawdę mówiąc, zabrała go tutaj ze sobą właśnie po to, żeby Orchidea nie wpadła na pomysł nakarmienia nim któregoś ze swoich pupili... Niby się ostatnio nie pokłóciły, ale kobieta lubiła robić córce na złość. - Lubimy się ze sobą już długo, odkąd byłam małym dzieckiem. - Właściwie, to nie pamiętała czasów, w których węże by jej nie lubiły. Wiele zwierząt reagowało na nią próbą ataku, bo się przy nich stresowała, ale one zawsze ją rozumiały. Ale to nie był wewnętrzny czar Macmillanówny, tylko... no cóż, prawdopodobnie jedyne pozytywne znamię, jaka nadała jej klątwa.

Uśmiech dziewczyny poszerzył się, kiedy skomplementował podany mu alkohol. Powiedziała nawet zgrabnie „dziękuję”, bujając biodrami na boki i spoglądając do góry, teatralnie pozorując taką „fałszywą skromność”. To jednak była tylko gra - przyjęła ten komplement i zapisała go sobie w sercu. Na zadane pytanie pokiwała głową twierdząco, upijając łyk ze swojego kieliszka.

- Nie? - Zapytała. No bo czemu się tego nie spodziewał? Nie do końca rozumiała, dlaczego to miałoby być dziwaczne i uzewnętrzniła tę myśl, chociaż nie bezpośrednio. - Częściej biolą mnie za lodzeństwo z nim, niż z moim rhodzonym bhratem. - Oboje aż zbyt zgrabni, wysocy, o platynowych włosach i jasnych oczach. Urodziwi, ale w swojej urodzie chłodni. Jak toń wodna. Jak jaskinia pachnąca solą morską, pełna wody i piasku srebrzącego się w świetle księżyca. A obok Murtagh. Smutny, cholernie przystojny, ale niesamowicie ludzko i brytyjsko wyglądający urzędnik. - Nazwałabym go moją bhratnią duszą. Jestem jedną z największych fanek New Fohest... a tym samym jestem baldzo ciekawa Snowdonii. - A później skinęła od niego głową, na taki znak, że chciała usłyszeć powód tego pytania, poznać źródło wątpliwości...

- Okej. - Wydawała się być rozbawiona jego przeprosinami. Nie drwiła konkretnie z nich, ani nie rozbawił jej ten żart. Ale powiedział „normalnie” opisując coś, co powiedziała. Normalność Sary wyglądała tak, że wszyscy uważali ją za nienormalną.

- Helbatę. - Uniosła te jasne brwi w górę. - Zlozumiesz to jeżeli kiedyś odwiedzisz mnie na sabacie. O ile nie zakażą nam ich olganizować. - Alkohol był alkoholem. Po nim człowiek czuł się różnie, natomiast mieszanki ziół z domieszkami eliksirów... Cóż, Macmillan była wirtuozką wymyślania połączeń mieszających innym w głowach.


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#15
02.02.2024, 02:34  ✶  
- Cóż... nie powiedziałaś, żebym to zrobił - wzruszył ramionami. Jeśli tylko by chciała, to pewnie nawet chętnie pobawiłby się z nią w tego typu zgadywanki, nawet jeśli w pewnym sensie odpowiedź na nie była oczywista. W pewnym sensie, bo praca domowa na temat Sarah w jego wykonaniu, bardziej powierzchowna chyba być nie mogła. Matka z rodziny Gauntów? Może i taka informacja padła w jego obecności, najpewniej ze strony Lazarusa, ale powiedzmy sobie szczerze - na tamtym etapie Levi już rwał włosy z głowy umartwiając się nad faktem, że sama jego przyszła narzeczona miała na nazwisko Macmillan. - Masz jakieś swoje własne? Jak się nazywają? - Tak, jakby był gotowy spamiętać imiona, jeśli by je wymieniła. Chociaż właściwie gdyby rzuciła jakieś dwa, albo trzy, to czemu nie? On sam czasem gubił się w imionach zwierząt, które zamieszkiwały w rezerwacie, ale prowadzona przez niego chociażby hodowla smoczogników nie kończyła się na paru domowych egzemplarzach.

Spojrzał na nią znad Sandmana, z pewną rezerwą obracając w głowie myśl, że była ładna. Tak jakby wcześniej nad tym w ogóle nie myślał, ale prawda byłą taka, że zwyczajnie próbował udawać, że go to nie obchodziło. Szczególnie kiedy tak ładnie się uśmiechała, coś wewnątrz poruszało się niespokojnie, ale z pewnym rozleniwieniem, bo wciąż jeszcze przygniecione przez wszystkie inne wątpliwości i urazy.

- W sumie coś w tym jest, jak się tak przyjrzeć to faktycznie jesteście do siebie podobni - skonstatował, po tym jak przyjrzał się jej w o wiele bardziej przemyślany i uważny sposób, upijając jednocześnie łyk z kieliszka. - Sam nie wiem czemu, zwyczajnie... człowiek czasem zapomina jak mały może być świat, szczególnie kiedy mieszka się na odludziu - wzruszył ramionami, na moment odwracając spojrzenie ponownie na zaklejoną zdjęciami ścianę. - Można powiedzieć, że z Laurentem się... przyjaźnimy - chociaż to słowo brzmiało na języku nieco obco w jej obecności. Fałszywie. Kiedyś zdecydowanie nazwałby Prewetta swoim przyjacielem, ale nie tylko i gdzieś w tym tkwił problem. Nie widzieli się już tyle czasu, że sam nie był pewien na czym ich znajomość stała i czy Laurent podchodziło do tego tak samo jak on, sądząc że czas zwyczajnie zatrzymał się w miejscu i kiedy zobaczą się następnym razem, jak gdyby nigdy nic zaczną od momentu na którym stanęli. - Minęło już nieco czasu, od momentu kiedy się z nim ostatnio widziałem, ale też bywałem swego czasu w New Forest, wspaniałe miejsce. W każdym razie, czuj się zaproszona do Snowdonii, kiedy tylko będziesz miała ochotę - uśmiechnął się do niej lekko, unosząc lekko roziskrzonego drinka i zaraz upijając z niego znowu.

- Słyszałem, że dodajecie do tej herbaty czasem amortencji, to prawda? I czy to w ogóle legalne?
moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#16
06.02.2024, 15:04  ✶  
- A gdzie w tym zabawa? - Zapytała, ale przy tym wzruszyła ramionami. To tak naprawdę było zupełnie nieistotne. - Oooh, moja matka tszyma w kowenie pytona khólewskiego, ale ja nie mam własnych. Pszesiaduję z nimi w posiadłości w Little Hangleton, a zajmują się nimi Quillelowie. - Odpowiedziała mu, nie tracąc przy tym serdecznego, nieco rozmarzonego uśmiechu.

Posiadłość Gauntów była straszna. Przypominała o tak wielu sprawach, o których nikt nie chciał pamiętać. Zniszczona fasada budynku popękała już lekko, ale jego wnętrze wciąż żyło. Wielkie sale, w tym ta największa - z oszkloną kopułą, pod którą zawsze latały jakieś zagubione ptaki - wszystkie wypełnione klatkami i terrariami, w których Gauntowie nazbierali tak wiele rzadkich okazów, że ciężko było znaleźć w Europie inne miejsce cieszące się tak obszerną listą gatunków. To wszystko w otoczce legend o upadłej rodzinie, o tym jak nisko da się upaść, aby zachować czystą linię krwi, jak wiele szaleństwa potrafi tkwić w głowach pozornie normalnych ludzi...

Ale dla Macmillan to był przecież drugi dom. Te smutne, puste korytarze, nosiły niegdyś jej śmiech. Odbijał się echem po pustych pokojach i wracał do jej uszu, tworząc wspomnienia z dzieciństwa.

- Haa, mówiłam. Zawsze uważałam, że jest w nas coś melancholijnego, jakby Matka spędziła nad nami zdecydowanie za dużo czasu, aby upodobnić nas do siebie. - Do księżyca. - Choć niewątpliwie bardziej nad nią. Albinizm, ze wszystkimi swoimi wadami, bardzo łatwo wpisywał człowieka w narrację bycia wybrańcem Pani Księżyca. - W małym świecie istniałyby odludzia? - Zapytała. Tylko czy na to pytanie istniała odpowiedź? - O... okej? - Jakoś dziwnie powiedział to słowo przyjaciel, ale niektóre rzeczy chyba wypadało puścić mimo uszu. Skoro przyjaciel, to się nie pokłócili, a dlaczego się tak zawahał... To głupie, ale prędzej zapytałaby o szczegóły Laurenta, niż Leviathana. No bo Laurentowi ufała niemal bezgranicznie. - Coś mi mówi, że smoki nie polubią mnie tak jak węże. - Zachichotała. - Ale zawsze lubiłam Walię - jakby to nie było oczywiste... przecież spotkali się na jej wybrzeżu, w domu, który kazała sobie postawić - więc chętnie zobaczyłabym krajobrazy tego lezelwatu...

Czy to było możliwe? Wystarczyło będąc pogrążoną w głębokim smutku za facetem, dla którego najwyraźniej nigdy, nawet po najsilniejszym rytuale w historii świata, nie będzie tą jedyną, z którą wziąłby ślub... powiedzieć ojcu tak? Zgodzić się na spotkanie z tajemniczym jegomościem, który nagle okazywał się nie być kimś kochającym zwierzęta, kimś z kim dzieliła serdecznych przyjaciół, kimś... kto się pojawił się, żeby z nią porozmawiać i pokonywał... nieśmiałość? Jej policzki zrobiły się czerwone. Nie dało się tego ukryć, bo przecież jej skóra była blada jak ściana. Od alkoholu, czy od jego obecności?

Oczywiście, że zaraz coś się zepsuje, przecież nic nigdy nie układało się po jej myśli, więc...

Dlaczego tak bardzo chciała w to wierzyć?

Stuknęli się kieliszkami, pogrążeni w rozmowie.

Koniec sesji


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Leviathan Rowle (3294), Sarah Macmillan (4097)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa