11.11.2023, 21:22 ✶
– W razie potrzeby poświadczę więc im, że twój umysł wypełniają gęste ciemności i mortadela – odparł Cathal, takim tonem, że ciężko było powiedzieć, czy to żart, czy nie.
Sarah faktycznie nie wydawała się szczególnie miła. Tyle że Cathal też niekoniecznie był miłym człowiekiem. Nie zachowywał się jak na dżentelmena przystało, czemu więc ona miałaby postępować jak uprzejma dama? Poza tym nie znał jej, a raczej mógł ją widzieć jako dzieciaka, którego obraz utkwił gdzieś w głowie, ale nie wiązał się z żadnymi emocjami. Nie oczekiwał, że będzie przyjazna – ba, wręcz jak na Gauntównę wydawała się i z takim zachowaniem aż nazbyt sympatyczna, i to sugerowało mu, że mogła próbować pewne rzeczy ukrywać za niewinną buzią i żartobliwym sposobem wypowiadania się.
W jego opinii, może niesprawiedliwej, nie istnieli dobrzy potomkowie Gauntów.
– Niechęcią? Powiedziałbym raczej: pogardą – sprostował. A potem nagłe przeprosiny, i równie nagła zmiana zdania, sprawiły, że znów zwrócił na nią wzrok. Tym razem jakby uważniejszy niż wcześniej. Sarah Macmillan chyba po raz pierwszy podczas tej rozmowy faktycznie zdołała przykuć na chwilę jego uwagę: czymś go zaskoczyć. – Dobrze, nie wybaczę. Zresztą, dlaczego miałabyś potrzebować mojego wybaczenia? – skwitował w końcu jej słowa. Przestał ją obserwować dopiero, kiedy zaczęła opowiadać o roślinach, które szalały w Anglii…
Bo nie, nie wiedział. Spędzał ostatnio większość czasu w Walii, gdzie pewnie problem był albo mniejszy, albo on sam skupiony na innych rzeczach nie do końca go dostrzegał, od czasu do czasu wpadając do londyńskiego mieszkania. W Little Hangleton był ostatnio ze dwa razy, ale rozplenionymi chwastami w ogródku domu Isabelli Gaunt prawdopodobnie zajął się Ulysses Rookwood, Cathal nie zauważył więc niczego podejrzanego.
– Dolina Godryka – mruknął. To miejsce wywoływało bardzo konkretne skojarzenie. – Najwyraźniej pan Latajek albo popsuł tam coś bardziej niż się wydawało, albo sprowadził gniew bogów na nas wszystkich – odparł, odruchowo używając określenia, którym tak od dwóch lat szafowała Nell Bagshot w ich ekipie, że większość członków zespołu zaczęło przyjmować je za coś naturalnego.
Potrząsnął głową, dość odruchowo. Zdawało mu się, że słyszy syk, ale mogło to być tylko złudzenie. Czasem sam nie był pewny: czy w jego głowie odzywa się Salazar, duch ojczyma, czy jego własny głos. W każdym razie, trochę mimowolnie, uniósł różdżkę i wycelował w rośliny, szepcąc zaklęcie, mające wyciąć te najbliższe, które zaczynały już porastać ścieżkę, wiodącą do hodowli.
Do diabła z tym wszystkim, pomyślał.
@Sarah Macmillan
Sarah faktycznie nie wydawała się szczególnie miła. Tyle że Cathal też niekoniecznie był miłym człowiekiem. Nie zachowywał się jak na dżentelmena przystało, czemu więc ona miałaby postępować jak uprzejma dama? Poza tym nie znał jej, a raczej mógł ją widzieć jako dzieciaka, którego obraz utkwił gdzieś w głowie, ale nie wiązał się z żadnymi emocjami. Nie oczekiwał, że będzie przyjazna – ba, wręcz jak na Gauntównę wydawała się i z takim zachowaniem aż nazbyt sympatyczna, i to sugerowało mu, że mogła próbować pewne rzeczy ukrywać za niewinną buzią i żartobliwym sposobem wypowiadania się.
W jego opinii, może niesprawiedliwej, nie istnieli dobrzy potomkowie Gauntów.
– Niechęcią? Powiedziałbym raczej: pogardą – sprostował. A potem nagłe przeprosiny, i równie nagła zmiana zdania, sprawiły, że znów zwrócił na nią wzrok. Tym razem jakby uważniejszy niż wcześniej. Sarah Macmillan chyba po raz pierwszy podczas tej rozmowy faktycznie zdołała przykuć na chwilę jego uwagę: czymś go zaskoczyć. – Dobrze, nie wybaczę. Zresztą, dlaczego miałabyś potrzebować mojego wybaczenia? – skwitował w końcu jej słowa. Przestał ją obserwować dopiero, kiedy zaczęła opowiadać o roślinach, które szalały w Anglii…
Bo nie, nie wiedział. Spędzał ostatnio większość czasu w Walii, gdzie pewnie problem był albo mniejszy, albo on sam skupiony na innych rzeczach nie do końca go dostrzegał, od czasu do czasu wpadając do londyńskiego mieszkania. W Little Hangleton był ostatnio ze dwa razy, ale rozplenionymi chwastami w ogródku domu Isabelli Gaunt prawdopodobnie zajął się Ulysses Rookwood, Cathal nie zauważył więc niczego podejrzanego.
– Dolina Godryka – mruknął. To miejsce wywoływało bardzo konkretne skojarzenie. – Najwyraźniej pan Latajek albo popsuł tam coś bardziej niż się wydawało, albo sprowadził gniew bogów na nas wszystkich – odparł, odruchowo używając określenia, którym tak od dwóch lat szafowała Nell Bagshot w ich ekipie, że większość członków zespołu zaczęło przyjmować je za coś naturalnego.
Potrząsnął głową, dość odruchowo. Zdawało mu się, że słyszy syk, ale mogło to być tylko złudzenie. Czasem sam nie był pewny: czy w jego głowie odzywa się Salazar, duch ojczyma, czy jego własny głos. W każdym razie, trochę mimowolnie, uniósł różdżkę i wycelował w rośliny, szepcąc zaklęcie, mające wyciąć te najbliższe, które zaczynały już porastać ścieżkę, wiodącą do hodowli.
Do diabła z tym wszystkim, pomyślał.
@Sarah Macmillan