earth below
and peace within
Czemu on w ogóle o tym myślał? Chciał najwyraźniej zabić zalążki stresu, kiedy idąc z córką przez wydeptaną ścieżkę, zobaczył rysujące się w oddali kamienie Stonehenge. Wyglądały inaczej niż w czasach jej młodości... wyjazd w te okolice wspólnie z jej matką należał do jednych z wyraźniejszych wspólnych wspomnień wakacyjnych w jego głowie, ale czy Septima to pamiętała? Była taka mała, ta malutka, że musiał ją podsadzić, żeby mogła rozejrzeć się wokół i obejrzeć kamienny krąg w całej jego okazałości.
- To pewnie nierozsądne, że tak myślę, ale trochę cieszy mnie ten tłum - powiedział niespodziewanie, widząc tłoczących się wokół czarodziejów. - Bałem się, że ludzie dadzą się im już kompletnie zastraszyć.
Staruszek nie krył oczywistej niechęci do popleczników Voldemorta. Mógł wyglądać jak z innej epoki i budować wokół siebie wrażenie kogoś, kto zatrzymał się w czasach, kiedy takie postulaty były jeszcze w modzie, ale każdy kto go przynajmniej odrobinę znał wiedział dobrze jak dumny był posiadania matki mugolki i w jak głębokim poważaniu miał takie dokumenty jak Skorowidz.
- Oooh, jest i Larry! - Rzucił, widząc rysującą się w oddali sylwetkę Selwyna. Momentalnie przyspieszył kroku, kierując ich tam, gdzie stał, zupełnie jakby miał zaraz odbiec z umówionego miejsca.
no flowers.
Ambition tearing out the heart of you,
Carving lines into you
Tych samych emocji, pod tym samym niebem, ale w innych szerokościach geograficznych, szukała na całym świecie. Pod pustynnym niebem, prześcieradłem gwiazd rozpostartym nad jej lichawym namiotem.
Nie wypędzono jej z domu siłą - nikt nie wypychał przez okno, nie ciągnął za włosy, ani nie dopuszczał się gróźb słownych. Z własnej, dobrowolnej woli chciała wybrać się na Lithę, poświęcając nawet sporo czasu, jak na siebie, na przygotowania. Wygładziła starannie włosy, powpinała w nie kwiatuszki, a na siebie przywdziała białą, letnią sukienką, którą najpewniej niedługo miała ubrudzić.
Z kolorowej, ciasno zwartej, niemalże tanecznej plejady wyłonili się z ojcem, w sercu przyszywając sobie łatę postaci przykrej i smętnej, choć dygające kąciki ust zdawały się wskazywać na coś zupełnie innego. Wstęga silnego ścisku zdawała się oplatać jej trzewia, gdy tylko w polu widzenia wyłoniły się przed nimi gromady szczebioczących ptaszynek, tęczowych, radosnych laleczek rozognionych wizją pogańskiej zabawy wyprawianej corocznie przez zakon Whitecroft. Wśród nich na pewno miała zobaczyć dzisiejszego dnia Sarę, ale o tym jeszcze nie chciała myśleć.
Chwilę potem wręczono jej wianek, któremu przyjrzała się niepewnie przez założeniem.
— Pewnie połowa z nich liczy na to, że coś się znów stanie — nie bała się powiedzieć tych słów na głos, lecz nie ciągnęła tematu. Ojciec zdawał się być już w pełni skupiony na przyjacielu, którego wyłapał wśród tłumu. Nie upodobała sobie jakoś szczególnie przybrania roli cholernego trzeciego koła u wozu, ale póki co nie widziała żadnego sensownego planu ucieczki.
!wianki
Sosna
Under the water I'll be sharpening my knife
Elaine ucieszyła się, że wybiera się na Lithe właśnie z Felixem. Uwielbiała z nim spędzać czas, był to zawsze przyjemny i odpowiedni partner do psocenia oraz nie nudzenia się. Sama Elaine lubiła Lithe, lubiła lato i uwielbiała kwiaty. Sama zawsze miała na tę porę roku w swojej przyczepie ogrom bukietów polnych kwiatów. Lubiła je stawiać na stoliczku w wazonie, czy też zasadzać w dużych donicach stawiając je przed wejściem do swojej przyczepy. Ubrała się dzisiaj na biało, miała odkryte ramiona i długie przewiewne rękawy, sukienka sięgała jej niżej kolan, na stopach miała wygodne pantofle. Nigdy nie krępowała się odkrywaniem swojej skóry, nie czuła wstydu z tego powodu, bo nikt jej tego wstydu nie nauczył. W cyrku występowała w obcisłych strojach, które nie krępowały jej ruchów, więc nie czuła potrzeby w taką pogodę zasłaniać swoje ciało w jakieś czarodziejskie szaty. Lubiła w lato ubierać sukienki różnego rodzaju, kolorowe, białe, kwieciste, zwiewne i odkrywające, aby było jej odpowiednio luźno. Jej rude włosy falowały i opadały luźno na plecy, część z nich spięła niewielką spinką z białym kwiatkiem, a kilka kosmyków niesfornie i tak opadały jej po bokach jej twarzy.
Tłumy ludzi sprawiały, że Elaine oglądała się dookoła nie bardzo uważając na to gdzie stąpa, więc z przyjemnością uchwyciła jego dłoń, gdy odciągnął ją ratując przed niechybnym wpadnięciem na jakiegoś czarodzieja. Przysunęła się do niego uśmiechając się szeroko na jego słowa, ba! Nawet zachichotała.
– Nie pozbędziesz się mnie dzisiaj za szybko – wytknęła do niego język nie przestając się nawet na moment szczerzyć. Elaine pachniała dzisiaj olejkiem ze stokrotek i pomieszanym z jakimś słodkim owocem, który nie był jakoś szczególnie określony. Ostatnio zwinęła flakonik takich perfum jednej kobiecie podczas występów jej rodzeństwa.
Gdy nałożył na głowe wianek pokiwała na jego słowa energicznie i przyjęła dla siebie jeden z wianków.
– A ja?! – zapytała puszczając jego dłoń i okręcając się wokół własnej osi, aby się lepiej zaprezentować.
!wianki
Lawenda
Of the sane world of men
Now I question all that I have seen
Is this is a spectre or a dream
Na tegoroczną Lithę Leon zaprosił swoją przyjaciółkę Olivię. Zgodnie z tym, co napisał do niej w liście, zobowiązał się do przyjścia po nią do jej domu, tak by razem mogli udać się na najbliższy świstoklik do Stonehenge. Tego dnia Leon założył białą koszulę z długim rękawem, który zawsze mógł podwinąć do łokci gdyby zrobiło mu się za gorąco, szarą marynarkę i pasujące do niej spodnie. Pomimo, że ten letni dzień okazał się być wystarczająco ciepły, wolał zabrać ze sobą tę marynarkę na wypadek, gdyby zaczął mu doskwierać powiązany z jego chorobą chłód.
Radość z uczestniczenia w tym wydarzeniu w towarzystwie Olivii trochę przyćmiewało odczuwane przez niego przewlekłe zmęczenie, osłabienie organizmu i to, że nie będzie w stanie poszaleć podczas tego sabatu. Uzdrowiciele zalecali mu prowadzenie spokojnego trybu życia i do tego starał się stosować najlepiej jak potrafił, chcąc ograniczyć do minimum ryzyko wystąpienia u siebie duszności. Liczył na to, że nie doświadczy podczas tego wydarzenia krwotoku z nosa.
Po dotarciu na miejsce, zapukał do drzwi mieszkania, w którym pomieszkiwała Olivia. Gdy dołączyła do niego, uśmiechnął się na jej widok i wyciągnął ku niej ramiona, aby objąć ją na powitanie.— Cześć. Ładnie wyglądasz. To dla ciebie. — Przywitał się z przyjaciółką, po tym jak wypuścił ją z objęć. Wygłoszony przez niego komplement był w pełni uzasadniony. Wyciągnął ku niej dłoń, w której trzymał niewielki bukiecik. Na kwiatach to się nie znał, jednak idąc po nią mijał kwiaciarnię i postanowił wstąpić po jakiś bukiecik dla przyjaciółki.
— Gotowa? — Pytając wyciągnął ku niej rękę, za którą mogła go chwycić, jeśli chciała. Musieli dotrzeć na najbliższy świstkoklik. Po jego użyciu dotarli na miejsce, w którym odbywał się sabat. kamienny krąg zrobił na nim ogromne wrażenie. Zwłaszcza, że został odpowiednio udekorowany. Rozpalone w centrum kręgu ognie przykuwały jego spojrzenie, tak jak tańczące wokół ognisk kapłanki. Wsłuchiwał się w rozbrzmiewającą muzykę. Zamierzał także przejść się od straganu do straganu, zakupić coś do zjedzenia i przyjrzeć się sprzedawanym tutaj wyrobom rzemieślniczym. Oddychał zapachem kwiatów, wonią ziół oraz dymem z ogniska.
— Weźmy sobie po wianku. — Zaproponował przyjaciółce, uśmiechając się zachęcająco. Nie wiedział, jaki ten wianek mu się trafi, jednak wierzył że będzie dopasowany do niego.
!wianki
Sosna
- Nie przestajesz mnie zaskakiwać - była autentycznie zdziwiona, gdy wypuścił ją z objęć i wręczył bukiet. Uśmiechnęła się radośnie, a w podziękowaniu za komplement pocałowała go w policzek. - Przestań, bo się zarumienię i nie wyjdę z domu przez miesiąc. Dziękuję ci, wsadzę je do wody, bo znając mnie zaraz je zgubię. I już idę!
Przeczuwała, że może być chłodno, szczególnie w cieniu, dlatego ubiór dobrała adekwatnie do pogody, która lubiła płatać psikusy. Zwiewna, błękitna sukienka do kolan była wykonana z oddychającego materiału, miała także krótkie rękawy, żeby skóra mogła oddychać. Wiedząc jednak, jak to w życiu bywa, wzięła ze sobą torebkę (nie taką małą, ale też nie taką, którą nosiła na co dzień - w końcu to nie był zwyczajny dzień) i do niej wpakowała czarny, długi i rozpinany sweter. Ujęła Leona pod rękę i ruszyli w stronę świstoklika. To miało być pierwsze wydarzenie, w którym Olivia miała uczestniczyć od dawna. Po cichu liczyła na to, że nic strasznego się nie stanie - ale plotki o tym, co się stało na Beltane, trochę uwierały ją w serce. Starała się jednak o tym nie myśleć i po prostu cieszyć towarzystwem przyjaciela.
Gdy dotarli na miejsce, jej oczy jak zaczarowane chłonęły każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Kramy, ludzi, ogniska, kapłanki... Niebieskie oczy Olivii zaiskrzyły - kochała taką atmosferę.
- Będziesz wyglądał jeszcze piękniej niż do tej pory - roześmiała się w odpowiedzi na propozycję wzięcia wianków i odebrała wianek od jednej z kobiet, by ostrożnie ułożyć go na swoich rudych, rozpuszczonych włosach. Chwyciła potem Leona za rękę i lekkim pociągnięciem dała mu znak, że dobrze by było zobaczyć kramy. Olivia była trochę jak sroka - uwielbiała wszystko, co piękne i się błyszczy.
!wianki
Paproć
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości