28.05.2024, 19:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2024, 17:48 przez Albert Rookwood.)
- O, naprawdę jesteś napruty? Nie widać po tobie - mówił rozbawiony, słowa z trudem wciskając między oblewaniem twarzy kolejnymi garściami zimnej wody. Ale to była prawda, że nie zauważył odurzenia Alexa. Może przez to, że tak rzadko widywał go trzeźwego, że już zapomniał, jak wtedy wygląda?
Milczał może dwie sekundy, patrząc na rękę Alexa wyciąganą w kierunku najbliższej kabiny. Nagle błysnął zębami w szerokim, niepokojącym uśmiechu, który zniknął z jego zesztywniałej od koksu twarzy tak szybko, jak się pojawił. Jakże mu się podobało, że ktoś go w końcu słucha z taką nabożnością, na jaką zasługiwał! Z Młodym nigdy nie marnował śliny.
- Takie niestabilne, uhh, takie niestabilne mają tendencję do zabierania facetowi wszystkiego. Obedrą cię z godności, z dobytku, z charakteru, najgorsze właśnie, że z charakteru, bo on nigdy nie wróci. I to wszystko po co? Po to, żeby w domu zawsze czekała na ciebie ciepła pizda do poruchania? Możesz sobie taką kupić za jebane pięćdziesiąt galeonów. Ba!, jak podbijesz do wystarczająco młodej, to możesz ją nawet dostać za samą obietnicę. Za darmo. Za ładne oczy, za siwe włosy, za znane nazwisko. A twoje nazwisko jest, kurwa, bardzo, bardzo znane - kontynuując monolog coraz głośniej i bardziej gniewnie, bezwiednie wsunął dłoń za pazuchę i począł obracać w rozedrganych palcach pióro wieczne, z którego chyba spadła skuwka. - Jesteś dziedzicem, zasranym dziedzicem. Cygański ślub to jeszcze chuj. Znaczy... - zmrużył oczy, jakby nagle postanowił zacząć ważyć swoje słowa. - Ja rozumiem, że to w twojej... kulturze ważne. Ale Departament Skarbu nie uznaje tego za pełne małżeństwo. I to ci jest na rękę.
Zaczynał czuć, jak tusz z pióra zalewa mu kieszeń. Odchrząknął gęstą flegmą, łzy niespodziewanie napłynęły mu do oczu.
- Wyobraź sobie, że wystarczy jeden jebany kaprys, żeby taka cycata mamałyga zrujnowała twój ród. I wierz mi kurwa, bo moją linię już chuj strzelił, wiesz? Z Heleną to orka na ugorze, pusta jak wydmuszka jest. Sucha jak wiór, za każdym jebanym razem. Już by n-... - Załamał mu się głos, na co zmarszczył groźnie brwi i wyrwał ociekające czernią pióro z marynarki. - Miałem dwóch chłopców. Jednego prawie doskonałego, a drugiego? Drugi wdał się w matkę. Ona go zniszczyła, pozwalała mu na wszystko. Zero, kurwa dyscypliny. Robił co chciał, niczym się nie przejmował i widzisz, co odpierdolił. A ja nic nie mogłem zrobić, ja nic nie mogłem zrobić. Musztarda po... musztarda, musztarda? - Urwał nagle, jakby zdziwiony, że to właśnie słowo ślina przyniosła mu na język.
Pokiwał głową, na krótki moment odrywając szeroko otwarte oczy od twarzy milczącego (zapewne w zmieszaniu) Alexa. Przez myśl przemknęło mu, że może powinien zamknąć mordę. Widowiskowo odpływał od tematu, dryfował niewprawnie jak gówniarz na swoim pierwszym kursie żeglarskim. Ale, ale? Mężczyzna powinien być pewny siebie, Albert nigdy się nie wstydził. Jak już wybrał kierunek, to musiał przeć do przodu. Bez cienia słabości.
- Szlajał się ze szlamami przez tyle lat, ruchał co popadnie, zniszczyło go to, przemieliło mu mózg na papkę. Wiesz, że go kurwa, wiesz, że go kurwa dalej nie znaleźli? - Pytaniu dał powisieć zdecydowanie zbyt krótko, żeby rozmówca w ogóle mógł zareagować. Widać było po nim wyjątkowo upiorną agitację, nie był w stanie się zatrzymać. - ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ!
Pogarda w jego głosie nie ujmowała mu smrodu desperacji, który kłuł go w wyżarty prochem nos na tyle, że musiał go porządnie potrzeć. A gdy już zaczął, nie mógł skończyć.
- Bo nie potrafił trzymać chuja w spodniach... - mamrotał niewyraźnie.
Milczał może dwie sekundy, patrząc na rękę Alexa wyciąganą w kierunku najbliższej kabiny. Nagle błysnął zębami w szerokim, niepokojącym uśmiechu, który zniknął z jego zesztywniałej od koksu twarzy tak szybko, jak się pojawił. Jakże mu się podobało, że ktoś go w końcu słucha z taką nabożnością, na jaką zasługiwał! Z Młodym nigdy nie marnował śliny.
- Takie niestabilne, uhh, takie niestabilne mają tendencję do zabierania facetowi wszystkiego. Obedrą cię z godności, z dobytku, z charakteru, najgorsze właśnie, że z charakteru, bo on nigdy nie wróci. I to wszystko po co? Po to, żeby w domu zawsze czekała na ciebie ciepła pizda do poruchania? Możesz sobie taką kupić za jebane pięćdziesiąt galeonów. Ba!, jak podbijesz do wystarczająco młodej, to możesz ją nawet dostać za samą obietnicę. Za darmo. Za ładne oczy, za siwe włosy, za znane nazwisko. A twoje nazwisko jest, kurwa, bardzo, bardzo znane - kontynuując monolog coraz głośniej i bardziej gniewnie, bezwiednie wsunął dłoń za pazuchę i począł obracać w rozedrganych palcach pióro wieczne, z którego chyba spadła skuwka. - Jesteś dziedzicem, zasranym dziedzicem. Cygański ślub to jeszcze chuj. Znaczy... - zmrużył oczy, jakby nagle postanowił zacząć ważyć swoje słowa. - Ja rozumiem, że to w twojej... kulturze ważne. Ale Departament Skarbu nie uznaje tego za pełne małżeństwo. I to ci jest na rękę.
Zaczynał czuć, jak tusz z pióra zalewa mu kieszeń. Odchrząknął gęstą flegmą, łzy niespodziewanie napłynęły mu do oczu.
- Wyobraź sobie, że wystarczy jeden jebany kaprys, żeby taka cycata mamałyga zrujnowała twój ród. I wierz mi kurwa, bo moją linię już chuj strzelił, wiesz? Z Heleną to orka na ugorze, pusta jak wydmuszka jest. Sucha jak wiór, za każdym jebanym razem. Już by n-... - Załamał mu się głos, na co zmarszczył groźnie brwi i wyrwał ociekające czernią pióro z marynarki. - Miałem dwóch chłopców. Jednego prawie doskonałego, a drugiego? Drugi wdał się w matkę. Ona go zniszczyła, pozwalała mu na wszystko. Zero, kurwa dyscypliny. Robił co chciał, niczym się nie przejmował i widzisz, co odpierdolił. A ja nic nie mogłem zrobić, ja nic nie mogłem zrobić. Musztarda po... musztarda, musztarda? - Urwał nagle, jakby zdziwiony, że to właśnie słowo ślina przyniosła mu na język.
Pokiwał głową, na krótki moment odrywając szeroko otwarte oczy od twarzy milczącego (zapewne w zmieszaniu) Alexa. Przez myśl przemknęło mu, że może powinien zamknąć mordę. Widowiskowo odpływał od tematu, dryfował niewprawnie jak gówniarz na swoim pierwszym kursie żeglarskim. Ale, ale? Mężczyzna powinien być pewny siebie, Albert nigdy się nie wstydził. Jak już wybrał kierunek, to musiał przeć do przodu. Bez cienia słabości.
- Szlajał się ze szlamami przez tyle lat, ruchał co popadnie, zniszczyło go to, przemieliło mu mózg na papkę. Wiesz, że go kurwa, wiesz, że go kurwa dalej nie znaleźli? - Pytaniu dał powisieć zdecydowanie zbyt krótko, żeby rozmówca w ogóle mógł zareagować. Widać było po nim wyjątkowo upiorną agitację, nie był w stanie się zatrzymać. - ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ!
Pogarda w jego głosie nie ujmowała mu smrodu desperacji, który kłuł go w wyżarty prochem nos na tyle, że musiał go porządnie potrzeć. A gdy już zaczął, nie mógł skończyć.
- Bo nie potrafił trzymać chuja w spodniach... - mamrotał niewyraźnie.