• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 16 Dalej »
[lipiec 1966] Canto della sirena

[lipiec 1966] Canto della sirena
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#11
25.03.2024, 23:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 21:50 przez Anthony Shafiq.)  
Trwając w bezruchu oparty na niewielkiej pozłacanej sofie z kremowym obiciem, pozwolił sobie odprowadzić wzrokiem swojego towarzysza, krok za krokiem, niespiesznie ześlizgując się po jego sylwetce, kontemplując zagięcia ubrań i łagodne prześwity, podarunek gorącego klimatu i preferencji odzieżowych, wskazujących na wyższość lnu i bieli. Nieoczekiwane słowa Longbottoma wybiły go z zamyślenia, szybko przesunął stalowe oczy ku górze, rezygnując z żelazną dyscypliną wyrzeźbionych łydek, na rzecz przyjemnej, nieco zmieszanej teraz twarzy.

–Alexander – powtórzył za nim uśmiechając się niemal błogo, w jednym słowie wkładając cały swój żal w fakt, że było to dopiero drugie imię, że wiele wody będzie musiało upłynąć nim, jeśli w ogóle, Anthony miałby poprosić Erika o możliwość zwracania się do niego właśnie w ten sposób. Obrońca mężów, jakże adekwatne, jakże dostojne, perfekcyjnie układające się na języku w miękkim wybrzmieniu samogłosek, smoczym "ks" po środku i zdecydowanym końcowym "der", brzmiącym niczym przestroga dla każdego, kto stanie po niewłaściwej stronie. Anthony podniósł się, przekrzywiając głowę, mrużąc oczy leniwie, pośród błąkającego się nieokreślonego, nieco dwuznacznego uśmiechu.
– Zapamiętam – dodał, zmuszając się do tego, by ruszyć do własnej sypialni, pozostawiając przy tym swój własny kieliszek z czerwonym winem nietknięty.

+++

Początkowo przemierzali korytarz w białych szlafrokach i puchatych, jednolitych kapciach, magicznie dostosowanych tak do ich wzrostu, sylwetki jak i długości stóp. Złocisty motyl na wezwanie wzbił się ze stołu, a teraz prowadził ich w dół, z części mieszkalnej ku części rekreacyjnej. Ośrodek był opustoszały – pensjonariusze albo pluskali się w odsłoniętym basenie na południowej części uzdrowiska, ewentualnie pojechali nad morze, albo zwyczajnie spali. Dwóch anglików ruszyło jednak do solankowej groty osadzonej na północnej ścianie przylegającej do ruin dawnego klasztoru, odsłoniętych nieco dla wrażeń wizualnych. Normalnie, w porach porannych lub wieczornych, gdy ciekawscy mugole przychodzili zobaczyć zabytek, z oczywistych względów ich oczy ani uszy nie były w stanie przebić się przez zaklęcia maskujące. W drugą stronę lekko rozmyte postaci, jak zza wodnej zasłony były widoczne, choć niesłyszalne.

Teraz jednak mieli spokój, nie niepokojeni przez nikogo , zniknęli w jamie, delektując się jej chłodem i przyjemnym poblaskiem odpowiednio rozstawionych ciepłych lamp, które oświetlały różowo-kwarcowe wnętrze olbrzymiej solnej geody. Po przejściu wąskiego korytarza i kilku opadających stopni, znaleźli się poniżej poziomu ziemi, w milczeniu dotarli do dwóch murowanych łóżek pokrytych miękkim pluszem materaca posiadającego jakże wygodny otwór na głowę i odpowiednie profilowanie aby kręgosłup mógł realnie odpocząć.

Szlafroki zamienione zostały na pojedynczy opasający biodra ręcznik, obaj panowie mogli wybrać z podsuwanych przez obecne kobiety zapachów olejków. Obsługujące ich niewiasty posiadały wyraźnie południową urodę, miały długie, grube i czarne, zaplecione ze złotymi nićmi włosy, ich przedramiona i odsłonięte piersi pokrywała lśniąca złocista łuska, podobnie jak łuk lędźwi i wewnętrzna część ud widoczne spod kusych białych tunik, luźno związanych w pasie szmaragdowymi wstęgami. Gdy zajęli miejsca, niewiasty powoli natarły ich ciała wybranym tłuściwem, rozmasowując drobnymi dłońmi barki, ręce i zmęczone ostatnim tygodniem siedzącej pracy kręgosłupy. Finalnie na kręgach znalazły się czarne, nagrzane w palenisku otoczaki, o skalowanym kształcie – największy między łopatki i coraz mniejsze w dół, aż do kości ogonowej, która znów otrzymała większy ciężar niż stacje pośrednie tej kamiennej wędrówki. Całemu zabiegowi towarzyszyły nieregularne gongi, powietrze wprawiane w wibracje za pomocą dzwonów o różnej wysokości tonów, lub mis. Dźwięk był czysty, głęboki i niezbyt nachalny, próżno jednak było szukać jego źródła.

Choć pozostali na moment sami w pokoju, najwidoczniej mając korzystać i chłonąć energię z kamieni, Anthony nie mówił nic. Twarz miał zwróconą w kierunku swojego towarzysza, lecz oczy pozostawały przymknięte, zupełnie jakby chciał odłączyć najmniej podczas rytuału potrzebny zmysł, aby skupić się na doznaniu. Ostatecznie wysoki dzwoneczek, właściwy dla motyla, który wcześniej dostarczył im wiadomość, rozbrzmiał ponownie, a zaraz potem do pomieszczenia weszły syreny i pozbawiły ich ciężaru czarnych kamieni.

Przyszła pora na dobroczynną solankę.

[Obrazek: pool.jpg?w=1200&h=-1&s=1]

Ponownie zeszli w dół, prowadzeni przez swoje masażystki, do ukrytego przed wzrokiem niemagicznych źródła pozostawionego tu zgodnie z legendą przez Ligeję. W momencie, gdy kobiety symetrycznie uchyliły przed nimi drzwi, od razu w nozdrza uderzył ich intensywny siarkowy zapach. Anthony skrzywił się mimowolnie, ale wszedł dalej do rozbudowanej podziemnej komory o łukowatym sklepieniu. Kamienny, niewysokie strop błyszczał głębokim indygo, przetkanym migotliwą akwamaryną lekko zmarszczonej tafli. Przestronny basen wypełniony po brzegi intensywnie mineralizowaną wodą, przez długi czas był dość płytki, tak aby można było swobodnie w nim usiąść, czy nawet położyć się. Jego brzeg profilowany był niczym mozaikowe ławki, pomyślane w wygodzie dla pleców i ciała, które ma chłonąć dobroczynne właściwości źródeł niekoniecznie podczas pływania, choć to również było nieco dalej możliwe. Tuż przy linii wody stała patera z figami i daktylami oraz dwa wysokie kieliszki wypełnione bomblującym, słodkim prosecco.

Pracowniczki w milczeniu skłoniły im się, po czym zamknęły za sobą drzwi, pozostawiając ich samych w pomieszczeniu mogącym spokojnie pomieścić kilkadziesiąt kuracjuszy. Każdy krok, każdy szelest zdawał się być w tym miejscu nienaturalnie głośny, wzmagany akustyką zarówno zbiornika jak i okrągłych ścian.

Anthony postąpił kilka kroków do przodu i odrzucił na ziemię swój ręcznik by z pewnym wahaniem zanurzyć się w gorącej wodzie do linii piersi. Był szczupły, niemalże patykowaty, wiotki choć poruszał się z gracją kogoś, kto od najmłodszych lat pobierał lekcje tańca. Po chwili zanurzył się bardziej, kładąc głowę na kamiennym wezgłowiu, wzdychając znów, tym razem nie kryjąc lekkiej irytacji.

– Doprawdy nie wiem... Czułeś cokolwiek? Nie jestem w żadnej mierze seksistą, ale jak te drobne palce, miałyby zabrać z moich pleców ciężar ostatnich dni? I jeszcze to prosecco, zupełnie jakby woń źródła pozwalałaby w jakikolwiek sposób cieszyć się słodyczą. Tu wszystko będzie smakować siarką, nie próbuj owoców, poczujesz się tak, jakbyś był na dnie Tartaru... – mówił cicho, niemal szeptał, cicho posykiwał w niezadowoleniu, lecz nie patrzył w jego stronę, dając komfort wejścia do wody, na wypadek gdyby towarzysz nie był nawykły do wspólnych kąpieli tego typu.

Dopiero gdy Erik usiadł obok niego – a zaiste miał bardzo dużo miejsca, z którego mógł skorzystać – dopiero wtedy Anthony spojrzał ponownie w jego kierunku, uśmiechając się przepraszająco, w podobny sposób, którym odprowadzał go do pokoju, gdy szykowali się na zabiegi.

– Wybacz, nie powinienem. Zwykle... zwykle kiedy tu jestem nie mam komu poutyskiwać, na te drobne niedogodności. Lisa nienawidzi tu przyjeżdżać, ma nordyckie korzenie po kądzieli i jej cera koszmarnie znosi eksponowanie na słońce. Z resztą widziałeś sam, biedaczka cały czas musi się ukrywać za jakimiś woalami... łatwo ją pomylić ze zjawą. – mimo wszystko wygiął się za siebie i długimi palcami ujął kieliszek. Ledwie umoczył usta, od razu się skrzywił na potwierdzenie własnych słów, że wewnątrz groty wszystko będzie smakować siarką. – Proszę bardzo, zgodnie z życzeniem trafiliśmy do chrześcijańskiego piekła. Czy jesteś zadowolony? Wypoczywasz choć trochę? – trudno było wyczuć na ile pytanie jest szczere i wynika z troski o dobrostan rozmówcy, na ile jest kpiną w odniesieniu do piekielnych katuszy masażu i leczniczej kąpieli. Może po trochę oba...

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#12
27.03.2024, 00:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.03.2024, 02:39 przez Erik Longbottom.)  
Początkowo nawet nie przeszło mu przez myśl, że będzie miał okazję skorzystać z dobrodziejstw magicznego ośrodka. Jego zadaniem na czas negocjacji było zapewnienie bezpieczeństwa Anthony'emu, więc dlaczego miałoby się to zmienić tylko dlatego, że ich pobyt za granicą został nieoczekiwanie przedłużony? Na dobrą sprawę niewiele to zmieniało; starszy czarodziej mógł go po prostu oddelegować do tych samych obowiązków, co wcześniej. Zamiast jednak zredukować go do roli bodyguarda strzegącego apartamentu czy sali zabiegowej, wyciągnął ku niemu rękę z zaproszeniem na wspólny wypoczynek. W ostatecznym rozrachunku miło go to tym zaskoczył.

Sam masaż zależał zaś do tych z rodzaju... specyficznych. Pierwszy znak zapytania pojawił się, gdy Erik stanął oko w oko z pracownicami hotelu. W pierwszej chwili miał wrażenie, że ma do czynienia z syrenami, które zostały wyłowione z pobliskiego morza i nagle wyrosły im nogi. Złote łuski skrzące się w świetle tylko potęgowały to wrażenie. Poczuł rumieniec na twarzy, kiedy układał się na materacu, ciesząc się, że przed oczami miał tylko podłogę. Dotyk obcych dłoni błądzących po jego ciele sprawiał, że trudno mu było się zrelaksować, ale ostatecznie umysł uległ i pozwolił ciału zatopić się w błogości. Chwilami Longbottom był nawet bliski odpłynięcia i pozwoleniu, aby świadomość popuściła lejce, oddając się wyobraźni i ukrytym w podświadomości przemyśleniom. Niestety, regularne dźwięki dzwonków skutecznie przywoływały go z powrotem do rzeczywistości.

Rozchylił powieki, gdy zorientował się, że kobiety zniknęły. Nie do końca wiedział, co powinni teraz robić. Czekać? Medytować? Rozmawiać ze sobą? Korciło go, by zagaić rozmowę z Anthonym, lecz powściągnął ten impuls. Może nie miał zbytnio po czym odpoczywać, biorąc pod uwagę, że był tylko ochroniarzem, ale towarzyszący mu czarodziej zasłużył na chwilę wytchnienia po ostatnich dniach. Jeśli masaż miał mu w tym pomóc, pragnął, by Shafiq korzystał z tego doświadczenia całymi garściami. Tymczasem Longbottom, z własnej inicjatywy pozostawiony sam sobie, liczył sekundy i śledził wzrokiem linie fug między kafelkami, zatopiony we własnych myślach. Gdy dźwięk dzwoneczka rozbrzmiał raz jeszcze, Erik westchnął z ulgą. Nareszcie.

Na drodze do głębszych zakamarków ośrodka, trzymał się z tyłu, zachowując bezpieczną odległość pięciu kroków. To było rozsądne zabezpieczenie; gdyby ktoś niespodziewanie podążył ich śladem, najpierw musiałby zmierzyć się z Longbottomem, zanim dosięgnąłby starszego czarodzieja. Nie oczekiwali w podziemiach klasztornych ani zabójców, ani reporterów, lecz... zapewnienie Anthony'emu choćby pozorów bezpieczeństwa wciąż figurowało na liście priorytetów Erika. Nawet jeśli Shafiq uważał, że już dawno zwolnił go z tego obowiązku.

— Tradycja kluczem do współczesności — zażartował słabo, pogwizdując ostro na widok komnaty basenowej.

Błądził zaciekawionym wzrokiem na prawo i lewo. Spodziewał się raczej małej jaskini z basenem rozmiarów standardowego jacuzzi. Tutaj na upartego można by było upakować nawet i trzydzieści osób, a pewnie i tak znalazłoby się miejsce dla jeszcze kilku gości. Może to i lepiej, że to nie jest żadna klitka, pomyślał, krzywiąc się lekko na tę myśl. Nie przepadał za zamkniętymi przestrzeniami, a już zwłaszcza takimi znajdującymi się pod ziemią. A wolałby jednak nie dostać ataku klaustrofobii w obecności swego towarzysza. Gdy obrócił się w jego stronę, Anthony był już po pas w wodzie.

— Cóż, kamienie były całkiem przyjemne — zaczął powoli, siląc się na entuzjastyczny ton głosu. W gruncie rzeczy był to jeden z niewielu elementów całego zabiegu, który faktycznie przypadł mu do gustu. — Chociaż kompletnie nie rozumiem zamysłu tych gongów i dzwonków. — Rozwiązał supeł i złożył niedbale ręcznik, aby zaraz odrzucić go na brzeg i pozwolić gorącej wodzie otulić jego ciało. — To znaczy... Wiem czemu z nich korzystają, ale terapia dźwiękiem chyba niezbyt na mnie działa. To jak odmierzanie cykli między czymś, co i tak nie nadchodzi.

Może właśnie w takich chwilach wychodziły na wierzch konsekwencje kilkuletniej służby w Brygadzie Uderzeniowej? Przywykł do przebywania w środowisku najeżonym bodźcami i chociaż na co dzień nie miał problemu z tym, aby się zrelaksować, tak teraz dzwoni i gongi wewnętrznie go irytowały. Jakby każdy odgłos stanowił ponaglające przypomnienie o tym, że w konkretnej chwili powinien się wyciszyć, przestać myśleć i pozwolić, aby kolejne myśli odeszły w niebyt, a umysł wypełnił się przepastną nicością.

A te odgłosy wcale nie pomagały; wręcz przeciwnie. Kojarzyły mu się z syrenami alarmowymi, jakie można było usłyszeć w niemagicznej dzielnicy Londynu lub zabezpieczeniami dźwiękowymi wykorzystywanymi przez czarodziejów w swoich lokalach czy domostwach. Podczas patroli takie dźwięki oznaczały, że powinien jakoś zareagować, a tutaj go do tego zniechęcały. Lekki dysonans, czyż nie?

— Tartar nie powinien smakować jak owoce granatu? — Zmarszczył brwi, przypominając sobie szczegóły mitu o porwaniu Persefony przez Hadesa. — Poza tym... Może to część doświadczenia? Teraz czujesz siarkę, ale kiedy wrócimy na górę, bardziej docenisz świeże powietrze? — Zamilkł na moment, a szelmowski uśmiech przeciął w jednej chwili jego sympatyczną facjatę. — Oczywiście, zawsze zostaje opcja, że zostałeś oszukany przez swoich włoskich znajomych i to miejsce wcale nie jest tak ekskluzywne, jak twierdzą ulotki. Albo ty masz wysokie standardy.

Zanim dosiadł się do Shafiqa, zanurzył się kilkukrotnie w basenie, pozwalając ciało nacieszyć się otaczającą go wodą. Mokre włosy przylepiły mu się do twarzy, zbiegając się na środku czoła. Erik zmarszczył nos, gdy strużka wody zaczęła spływać mu po oczach. Przeczesał włosy, odgarniając je w tył.

— To chyba ja powinienem zadać to pytanie, prawda? — zwrócił uwagę Erik, a prawy kącik ust uniósł się nieco wyżej od drugiego. Próbował się z nim droczyć. — To w końcu ciebie ciekawość ściąga coraz głębiej w otchłań. — Wyzywające spojrzenie zelżało, ulegając spolegliwemu spokojowi. — Ale tak, wypoczywam, skoro już pytasz. Po prostu nie jestem przyzwyczajony, że tak kończą się wyjazdy służbowe.

Zaśmiał się krótko, wbijając wzrok w sklepienie podziemnej sali. Przywykł do tego, że delegacje Brygady Uderzeniowej kończyły się równie szybko, jak się zaczynały. Gdy wysyłano ich na misje z dala od Londynu, polegali na szybkich formach transportu pokroju teleportacji czy świstoklików, aby zapewnić sobie jak najwięcej czasu na przeprowadzenie śledztwa na miejscu.

Czas zawsze ich gonił, a jedyną rozrywką, na jaką mogli liczyć po domknięciu danej sprawy była co najwyżej obiadokolacja w lokalnej knajpie. Potem cichy trzask i chwilę później znowu byli w Ministerstwie Magii. Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów miał najwidoczniej nieco inne standardy. A może Shafiq był wyjątkiem od reguły, który mógł pozwolić sobie na więcej, po owocnych spotkaniach dyplomatycznych.

— Doceniam to, wiesz? — Przekrzywił lekko głowę, poruszając niespokojnie palcami pod wodą, jak gdyby grał jakiś utwór na niewidzialnym pianinie. — Mogłem po prostu pełnić wachtę przed wejściem. Jak ochroniarze mają w zwyczaju.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#13
27.03.2024, 12:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 21:50 przez Anthony Shafiq.)  
– To kwestia częstotliwości, długości fali dźwiękowej. – Odłożył kieliszek, nie próbując ponownie bomblującego trunku, nie łudząc się, że będzie cokolwiek lepiej. – Przez wieki uważano i to w różnych kulturach, że świat skonstruowany jest boską proporcją zapisaną w muzyce. Muzyka-liczba-kosmos, odwieczne poszukiwanie porządku doczesności, duchowości i istnienia w niemożliwym do objęcia umysłem świecie. Ogromnym, zawieszonym w pustce wszechświecie. To wszystko kryło się pod zgrabnym terminem harmonia mundi, która w odróżnieniu od harmonii instrumentalis nie jest muzyką, jaką słyszymy, ale muzyką, która jest w nas i we wszystkim, co nas otacza. – mówił bardzo cicho, akustyka pomieszczenia pozwalała słyszeć każde najdrobniejsze jego słowo, ale w zrozumieniu pomagała też nienaganna dykcja i brak pospolitych wtrąceń, skrótowców i emigranckich naleciałości. Zupełnie tak, jakby czytał mu książkę osadzoną w tym temacie, był lektorem umilającym nudną, pozbawioną ruchu kąpiel w leczniczym źródle.

– Od wieków, nie tylko w Grecji, ale też i Azji, proporcje kruszców i tony, które wydawały ich stopy po uderzeniu, zaskakiwały i były przedmiotem wielu wzmożonych obserwacji. Jak to możliwe, że gdy ujmiesz materiału o równe pół, ton będzie taki sam, acz oktawę wyższy? Jak to jest, że przy proporcji dwóch trzecich można wyprodukować kwartę i kwintę, które współbrzmią tonem składowym w pojedynczej nucie, jeśli dobrze wsłuchać się w jej echo. A więc częstostotliwość i barwa niezbyt gwałtownie uderzanych dzwonów – mają lecznicze właściwości, ponoć zestrajają się z częstotliwością duszy. Obok woni eterycznych mieszanek, i – niezbyt skutecznym a jednak – nacisku na punkty spustowe i energetyczne, to wszystko razem pomaga w medytacji, wyciszeniu, otworzeniu czakr. Pomaga nie myśleć, gdy myśli w zbytnim naporze nie chcą odpuścić. Pomaga myśleć wolniej po całym zabiegu. Klarowniej. Leczą umysł, podobnie jak teraz ów wżerająca się w nozdrza siarka błogosławi ciału. – umilkł w zamyśleniu i zanurzył się nieco głębiej, tak by tylko głowa pozostawała nad linią wody, oddając przestrzeń na rozmyślania Erika, myśli mniej lub bardziej chaotyczne, uwolnione odrealnieniem i nowością jego doświadczeń. Zareagował dopiero na wzmiankę o drzwiach, śmiejąc się szczerze rozbawiony tą sugestią, podnosząc się przy tym jednocześnie ze wcale głośnym chlupotem.

– Wachta pod drzwiami... – kiwał głową z niedowierzaniem, uśmiechając się nowym rodzajem uśmiechu, bardziej spontanicznym, zarezerwowanym dla kręgu, do którego młody Longbottom dostał zaproszenie, gdy nie zwracał na to zbytniej uwagi. – Czy jeszcze przed chwilą nie obiecywałeś, że jeśli zacznę się topić, to bez chwili wahania ruszysz mi na ratunek? – podjął ani na moment nie pozbawiając swojego tonu lekkości doprawionej szczyptą kokieterii. – Spójrz, jak zadbałem o swoje bezpieczeństwo! Skróciłem możliwie skutecznie dystans, który musiałbyś pokonać do mojego walczącego o oddech ciała – dłoń powędrowała od jego klatki piersiowej w stronę Erika, podkreślając słowa gestykulacją. Niby nie było to nic wielkiego, ale wobec stateczności ostatnich minut, czy nawet godziny, zdawało się to być nader wzmożonym ruchem ze strony Anthony'ego. – Co więcej, pozbawiłem Cię zbroi, więc raczej nie pójdziemy na dno, bo o ileż cenię Twoje towarzystwo, to wolę go doświadczać żywym niż martwym. – Wciąż szereg białych zębów zdobił jego pociagłą twarz, gdy wygiął się ku paterze stojącej za nimi na marmurowej podłodze, tym razem po figę. Ujął sam jej lekko stwardniały czubek palcami, które pozostawaly wilgotne od kontaktu z wodą.

– Granat owszem, dla boskiego Elizjum, raju herosów i gości Hadesa. A zmęczona zaborczą matką Kora, zmuszana do życia w zgodzie z regułami i oczekiwaniami surowego rodzica, z pewnością podejmowana była w Elizjum. Niektórzy zarzucają jej naiwność, czasem nawet głupotę, ja jednak sądzę, że ona wiedziała, co robi i dlaczego to robi. Może na pół świadomie, z ciekawości jak daleko posunie się stary bóg zachwycony jej urodą, radością życia, słodkim, nieskażonym światem idealizmem. A może była cyniczna, wybierając na kochanka kogoś o szerokich wpływach, wspaniałym królestwie, kto jednocześnie nie cieszył się opinią hulaki i bawidamka, jak jego bracia. To jeden z moich ulubionych mitów. – przyznał, choć nie doprecyzował dlaczego tak właśnie było. Zapatrzył się na trzymany przez siebie owoc, kręcąc nim to w prawo to w lewo, milcząc przez chwilę w poszukiwaniu myśli i słów, które przysłoniły rozważania na temat wiekowej opowieści. W końcu podjął znów, wciąż cicho, ale z nową energią, zwracając się bezpośrednio do Erika, przysuwając mu słodką przekąskę pod nos.

– Figa dla tartarowego piekła, dla zachłannych grzeszników, którzy do końca trwania świata nie nasycą swoich wysublimowanych kubeczków smakowych. – jego głos znów nabrał figlarności, był niczym akwizytor zachwalający swój ekskluzywny towar. Długie palce sprzyjały tej prezentacji, jakby sam był drzewem pochylającym swe gałęzie do głodnego więźnia greckiego podziemia. –...czyli w naszym przypadku, myślę godzina, dwie? – na krótki moment uciekł wzrokiem do drzwi, lecz szybko powrócił uwagą do ich abstrakcyjnej wymiany zdań.– Spróbuj. W Anglii pewnie jadłeś suszone figi, ale ta jeszcze przed chwilą trzymała się mocno swojego matczynego drzewa. Ma miękką skórkę, nie trzeba jej obierać. Spróbuj i powiedz, czy jesteś w stanie poczuć cokolwiek więcej niż ziarnistą fakturę i ostrość siarki. Powiedz mi czy jest tu cokolwiek, co nie będzie smakować minerałami z głębi ziemi?
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#14
29.03.2024, 03:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.03.2024, 03:11 przez Erik Longbottom.)  
Skinął powoli głową. W pierwszej chwili chciał przerwać monolog Antoniego krótkim, acz dosyć aroganckim ''właśnie o to mi chodziło'', jednak zasznurował usta, zanim powiedział coś, czego mógłby pożałować. Zamiast tego pozwolił mężczyźnie mówić, słuchając go z coraz większym zaangażowaniem, zwłaszcza gdy zaczął wplatać w swoje zdania coraz to ciekawsze informacje. Mimowolnie wstrzymał oddech, jakby obawiał się, że nawet drobne westchnienie mogłoby wybić go z rytmu. Zazdrościł mu tego, z jaką łatwością się wypowiadał. Odnosił wręcz wrażenie, że nie testował metaforycznych wód przed kolejnymi monologami, a po prostu rzucał się na głęboką wodę, pozwalając, aby umysł przejął stery.

— A więc to tego cię uczono na kursach do pracy w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów? Teorii muzyki i krytyki różnych dzieł sztuki? — spytał żartobliwie bez cienia sarkazmu w głosie. Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Longbottoma, aby zorientować się, że był kompletnie oczarowany. Shafiq mógł równie dobrze opowiadać o reformie rolnej, a i tak słuchałby go z podobnym zaangażowaniem. — Nic dziwnego, że potem departament wnioskuje o nagłe wsparcie od najlepszych Brygadzistów w kraju.

Śmiech mężczyzny nieco go zaskoczył, jednak nie wiedział, jak powinien to odebrać. Jego usta wygięły się w niepewnym uśmiechu.

— Miej litość! — sarknął, opuszczając głowę, aby wbić spojrzenie w taflę basenu. — Nawet nie wiedziałem, że nas tutaj przyprowadzą po tym masażu. Poza tym, skoro tak chętnie wszedłeś do wody, to znaczy, że ryzyko utopienia się jest tutaj raczej niskie. — Zmrużył oczy, zerkając podejrzliwie na starszego czarodzieja. Gdy wycelował w niego dłonią, mimowolnie podpłynął bliżej, jeszcze bardziej skracając dzielącą ich przestrzeń. — Doświadczysz go żywym, już moja w tym głowa. Nie wyglądałoby to zbyt dobrze w papierach, gdybym wrócił do Londynu z dyplomatą w trumnie. Zrobię co w mojej mocy, aby ten scenariusz się nie ziścił.

Swoboda wybrzmiewająca w jego słowach nie przełożyła się na jego mimikę; nachmurzył się dosłownie chwilę po tym, jak ot, tak rzucił tym komentarzem. Nie powinien tak żartować. Bardzo poważnie traktował tę sprawę i to nie tylko z uwagi na to, że mógłby dostać burę od szefostwa za to, że wystarczyła jedna delegacja z jego udziałem, aby pozbawić życia wieloletniego pracownika Ministerstwa Magii. Nie chciał, aby komukolwiek stała się krzywda, a żartowanie o tym... Cóż, mogło przynieść pecha. Morfeusz pewnie już miałby gotowe kilka wróżb na ten temat, gdyby był tu teraz z nimi.

— Zawsze mi się wydawało, że historia Persefony miała służyć jako przestroga dla młodych kobiet, aby przypadkiem nie wpadło im do głowy, aby uciekać z rodzinnego domu przez pierwszego mężczyznę, który się napatoczy — odparł Erik, przypominając sobie niezliczone historie, jakimi raczył go niegdyś Morfeusz. Wiele z nich już dawno zaginęły pośród innych wspomnień, jednak niektóre pozostały i pamiętał je zaskakująco dobrze. — Ostateczne rozwiązanie nie okazało się dla niej zbyt fortunne, czyż nie? Nikt tak naprawdę nie spytał jej o zdanie, a koniec końców posłużyła za element ugody między Hadesem a Demeter, aby każde z nich mogło się nią cieszyć przez określoną część roku.

Chociaż w układzie między Korą a Hadesem trudno było mówić o zaaranżowanym związku, tak Erikowi mimowolnie przyszły na myśl wielkie układy między starymi rodami czarodziejów. Dopasowywanie pięknych dam do odpowiednich dżentelmenów, posługując się młodymi, jakby byli walutą, którą można było wymienić na wpływ, worki galeonów aż po realną władzę. Czyż Persefona nie wylądowała w podobnej sytuacji? Bądź co bądź, jej los był nieodzownie związany z działaniami jej matki, która mogłaby doprowadzić niezliczone pola do upadku z rozpaczy po stracie córki.

A kto wie, do czego mógłby posunąć się władca podziemnego świata, gdyby inni bogowie odebrali mu żonę na zawsze? Czystokrwista rodzina, która wydawała córkę za mąż, też zapewne nie chciała stracić kompletnej kontroli nad nią, a jednocześnie walczyła o uzyskanie odpowiednich benefitów ze związku swojej pociechy. Jak zjeść jabłko i chcieć je dalej mieć, pomyślał przelotnie. Och, jakże się cieszył, że rodzice nie szukali mu i jego siostrze drugich połówek, aby dobić jakichś ważnych interesów. Miał dziwne wrażenie, że skończyłoby się to pierwszą poważną od lat kłótnią przy rodzinnym stole.

— Kolejny test? — rzucił równie figlarnym tonem, nachylając się ku Anthony'emu. — Ciekawe, ile jeszcze masz takich w zanadrzu.

Mógł sięgnąć po owoc, wyswobodzić go z objęć smukłych palców Shafiqa, jednak zamiast tego... Rozchylił usta i wbił pewnym ruchem zęby w pojedynczą figę, odgryzając mniej więcej połowę owocu. Uderzyła go soczystość miąższy, który niemalże rozpłynął mu się w ustach, aby zaraz zaatakować wrażliwe kubki smakowe na języku. Smak był intensywny, jednak Erik nie potrafił określić, czy to niedawny masaż wyciszający potęgował obecnie tak proste z pozoru doznania, czy to lokalne owoce były tak zaskakująco świeże w porównaniu z tymi, jakie znał z Anglii.

— Nie ma tu siarki, to na pewno — poinformował, zlizując końcówką języka resztki miąższu z kącika ust. Uśmiechnął się niewinnie, przecierając parokrotnie wargi kostkami kostkami palców prawej dłoni. — Ale proszę, sprawdź sam. Chętnie się dowiem, co ty wyczujesz. — Wskazał lekkim skinieniem głowy na drugą połowę figi, jaka została w jego dłoni. — Może to ja jestem jakiś wybrakowany.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#15
29.03.2024, 16:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 21:50 przez Anthony Shafiq.)  
– Kursy? Hah... nie wiedziałem, że są takie. – zabrzmiał nieco gorzko, choć może to aura pomieszczenia wżerała się nie tylko w podniebienie, ale też w górę do myśli i w dół ku strunom głosowym. – Sądzę, że po prostu wszyscy jesteśmy synami swoich ojców. Mój, jak być może wiesz, jest od lat ambasadorem na misji w Egipcie. Moja kariera była przez niego zaprojektowania w chwili oznajmienia płci, tak więc dzieciństwo upłynęło mi na zdobywaniu klasycznego wykształcenia w tym nauki matematyki obejmującej arytmetykę, geometrię, astronomię i muzykę właśnie, czy jak to określiłeś: teorię muzyki. – uściślił uśmiechając się przy tym, choć ów uśmiech nie sięgał oczu i podobnie jak ton pozostawał mało przyjemny. Łagodniał jednak śledząc ruchy towarzysza korzystającego z rozmiarów solanki. Był na tyle wysoki, że w każdym miejscu mógł sięgnąć gruntu, Anthony pozostawał jednak profilaktycznie na profilowanym brzegu, gwarantując sobie pełnię kontroli wobec zbiornika wodnego.

– Masz rację, stężenie soli jest tak wysokie, że jeszcze łyżeczka i moglibyśmy po mesjańsku przemierzać tę taflę pieszo. Wciąż jednak mógłbym wstać, potknąć się i po uderzeniu w głowę nieprzytomnie wylądować twarzą w cieczy.– obracał tą myśl przez moment w swojej wyobraźni, krzywiąc się pewnikiem do wizualizacji tego zdarzenia, ale też wyraźnie dostrzegając łatwość z jaką przychodziło mu mówienie o tym tutaj, bezpośrednio w otoczeniu swojego stresora. Łatwość za którą teraz podążył, a której brakło mu kilka pięter wyżej. Pozostawał więc rozluźnionym, kontynuując dance macabre, przeciągając swoje lęki i wyraźnie odbite na twarzy obawy Erika do granic absurdu, tak by mogły pęknąć rozluźniającym śmiechem.– Mało estetyczne musisz przyznać, powiedziałbym nawet żałosne, takie ciało leżące na mozaice i tylko głowa unosząca się na wodzie mającej ledwie kilka centymetrów głębokości... O ileż ciekawiej mogłoby się ono układać gdzieś tam... w głębi... – finezyjnym gestem wskazał na najciemniejszy środek leczniczego źródła, niby niedbale, wciąż balansując na granicy dobrego smaku i makabreski. – Dodałbym element walki, z góry skazanej na porażkę, gdy para silnych, pięknie rzeźbionych ramion chwyciwszy mnie za włosy zmusiłaby mnie do milczenia, odbierając ostatnie słowo, ostatnie tchnienie... Tak oto jesteśmy tutaj i mamy te początki zaufania o którym napomknąłeś wcześniej, choć szczerze liczę, że Twoja troska o mój dobrostan nie jest podyktowana li tylko służbowym obowiązkiem? – uniósł brew, niby czekając odpowiedzi, choć z łatwością można było wyczuć jego intencję droczenia się, żartu, a fasada ta zdawała się niezbędnym punktem wyjścia dla drugiej warstwy zaszytej w doborze słów, sugestii, roztaczanych wyobrażeń w ukrytej pod ziemią komorze.

– Z pewnością matki szeptające słowa przestrogi swoim córkom miałyby wiele do powiedzenia na ten temat. Wszystko zależy od intencji opowiadającego i przekazującego dalej opowieść. Ale czy rzeczywiście los Persefony był tak niefortunny? Słyszałeś może o kochankach Zeusa? Tymczasem ona stała się przecież królową, szanowaną i kochaną, stała się szyją obracającą głową potężnego władcy. Skąd masz pewność, że nie wiedziała o pułapce granatu, którego ziarna spożyła w tak wyliczonej ilości? Może ten fortel był jej niezbędny, aby nie zrujnować wyobrażenia matki na jej temat, nie konfrontować z rodzicielką własnych marzeń i popędów? Proste i jakże skuteczne pozbycie się odpowiedzialności. Ale... podobnie i ja nie wiem jak było. Być może to Ty masz rację, a ja czynię z Persefony femme fatale tej opowieści. – uściślił czysto akademickie dywagacje o historii, która raczej nie była nawet prawdziwa, ale zakorzeniła się mocno w kulturze, do tego stopnia, że nawet mało zainteresowani mitologią kojarzyli ten spór i owoc, który zadecydował o losie niewinnej dziewczyny. – A może obaj się mylimy, a historia jest o tym, że śmierć dotknie każdego, nawet piękną niewiastę, nawet ukochane, pielęgnowane dziecko, a wszelkie układy mogące pomóc w odzyskaniu tego co martwe, kończą się zawsze porażką i oszustwem, na którym żałobnik tylko traci. – Spoważniał, choć tylko na moment, tak bowiem działały opowieści, że w zależności od wieku, perspektywy, doświadczeń, mogły każdorazowo inne odbicie znajdować w swoim odbiorcy. Były żywymi istotami, a obcowanie z nimi przypominało bardziej relację niż suchy odbiór.

Podobnie było z chwilą, w której Erik zatopił zęby w miękkiej skórze, pozwalając po wargach pocieknąć słodkiemu, naznaczonemu miodowymi nutami nektarowi. Z tą chwilą szare oczy odbijające w sobie melancholijny granat otoczenia nie oderwały się od jego ust ani na moment, a palce zacisnęły się mocno na twardym ogonku, który niegdyś łączył owoc z macierzystym drzewem, tak aby nic nie przerwało pięknej w swoim prymitywizmie degustacji.

Przez ułamek sekundy, nieco bezmyślnie pochylił się ku niemu, by wewnętrzną częścią dłoni złapać niespiesznie ściekający figowy sok i wetrzeć go w zwilżone owocem usta, lecz Erik ubiegł go w tym, a moment przeminął. Odsunął się więc, zapierając plecami o kamienne oparcie. Słowo "wybrakowany" zawisło między nimi, w miękkiej ramie ciszy tak głośnej wobec wartkiego toku dotychczasowej rozmowy. W końcu Anthony odwrócił się do trzymanej przez siebie przekąski i trochę nieobecnym tonem podjął:
– Miejscowi nie mogę zdecydować się nad znaczeniem figi, komunikatem, który można przy jej pomocy powiedzieć. Starożytni ofiarowywali sobie kosze tych owoców, jako życzenia pomyślności i płodności. Kilka wieków później pojedyncza figa oznaczała uprzejmą, acz stanowczą odmowę... Symbol bożego błogosławieństwa i grzechu w jednym. – Mówiąc, zsunął palce by objąć gruszkowatą nasadę, przypatrywał się jasnemu wnętrzu wypełnionemu rojem otulonych miąższem ziaren, oceniając być może rozstaw zębów na oberżynowej linii rozdarcia. – Zapamiętaj ten smak, mdlisty karmel i wcale niezbyt soczystą słodycz. Zapamiętaj ją w tym ciasnym i wciąż mimo przyzwyczajenia intensywnie mineralnej aurze syreniego źródła. Podczas kolacji zadbam byśmy do wina dostali ich kilka, do ponownego spróbowania, kto wie, może poczujesz różnice, a Twoje podniebienie będzie jeszcze możliwe do ocalenia. – To powiedziawszy, zbliżył figę do własnych ust i nadgryzł ją delikatnie, biorąc dla siebie ledwie piątą część pozostawionej przekąski. Uśmiechnął się po tym enigmatycznie, nie dając po sobie poznać własnej opinii czy – być może spodziewanego z drugiej strony – niezadowolenia. Zamiast tego wychylił się ponownie ze swojej pozycji, by odłożyć to co pozostało.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#16
31.03.2024, 20:43  ✶  
Nie miałem pojęcia, że estetyzm stał się głównym wymogiem do pracy w dyplomacji, pomyślał przekornie, ignorując gorzki ton głosu towarzyszącego mu czarodzieja. Sztuk przyrodniczych i ścisłych można było się wyuczyć, podobnie jak uczniowie kuli na blachę materiał na egzamin końcoworoczny z Zielarstwa. Na piękno matematyki nie składała się zdaniem Erika urokliwość jej formy czy ozdobność, a surowość, rozsądek i logika towarzysząca pracy z nią. Niewiadoma w równaniu była labiryntem, a wzory stanowiły mapę, która mogła pomóc w znalezieniu wyjścia, przy którym czekało rozwiązanie. To jest, o ile wiedziało się, jak wykorzystać informacje, jakie miało się na podorędziu.

Jak fascynująca nie byłaby to perspektywa, tak coś mu się w tym nie dodawało. Przekrzywił głowę, zerkając na Anthony'ego z zaciekawieniem. Liczył, że ten opowie coś więcej i zdradzi, jak to wspomniane przez niego umiejętności przekładają się na kompetencje w jego aktualnym zawodzie. Czyżby wiedza z zakresu astronomii nagle stanowiła podstawę do negocjacji nowych umów handlowych? A może zalety tych umiejętności leżały gdzie indziej? Czasem trzeba było uścisnąć parę obcych dłoni, odbyć parę niezobowiązujących rozmów, aby pokazać ludziom, że jest się godnym tego, aby zasiąść z nimi do jednego stołu.

— Podejrzewam, że uczono cię też innych rzeczy. Tak jak mnie uczono szermierki jeszcze zanim odebrałem od Ollivanderów swoją pierwszą różdżkę. — Uniósł lekko kącik ust. Uważał, że była to uczciwa wymiana. Opowiadał coś o sobie i odkrywał jedną ze swoich kart z nadzieją, że Shafiq zrobi to samo. — Chociażby sztuka przemawiania. Gdzieś musiałeś się tego nauczyć. Warsztaty oratorskie? Chyba że taką piękną mowę szlifowałeś w szkolnym klubie dyskusyjnym. — Zaśmiał się krótko. — Na pewno jesteś człowiekiem wielu talentów. Ciekawi mnie tylko, ilu konkretnie.

Pokiwał powoli głową. Trudno było mu nie zgodzić się z Shafiqiem. W wielu familiach rodowe dziedzictwo nie było wyborem a obowiązkiem. Jeśli ktoś nie wpisywał się w rodzinne standardy, czekało go nieco trudniejsze życie. Znacząca większość krewniaków Erika znalazła zatrudnienie w Ministerstwie Magii, poniekąd czyniąc z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów swój drugi dom. Nie było łatwo uciec od tej szufladki. Poza tym, tak jak Anthony'ego popychano od dzieciaka w stronę dyplomacji, tak Erikowi wskazywano drogę do biurka w Brygadzie Uderzeniowej.

Czy miał kiedyś inne aspiracje? W czasach nauki w Hogwarcie czasem fantazjował o karierze w quidditchu. Całkiem nieźle sprawdzał się jako obrońca w szkolnym zespole, ale nigdy nie myślał o profesjonalnej grze na poważnie. Nie, gdy w Warowni czekał ojciec, wuj czy dziadek, gotowi zaprowadzić go na pierwsze testy do sił bezpieczeństwa tuż po odebraniu dyplomu. Jego ścieżka już dawno została ustalona i obecnie podążał nią z własnej woli. Wziął tę spuściznę na własność. Na szczęście dosyć dobrze wylądował. Członek londyńskiego Klubu Pojedynku, szermierz, brygadzista Ministerstwa Magii. Czegóż więcej mógłby od niego oczekiwać nestor rodu?

— A ty chciałeś kiedyś robić coś innego? — Wbił w mężczyznę pytająco spojrzenie. Trudno mu było wyobrazić go sobie w pracy, która nie wymagałaby od niego chodzenia w garniturach, wygłaszania długich przemów i olśniewania innych swoją prezencją. — Chciałeś kiedyś prowadzić kram na bazarze Lovegoodów albo sprzedawać różdżki na Pokątnej? A może już od dzieciaka nasiąkliśmy rodowym dziedzictwem.

Zaciśnięte zęby i nietęga mina wskazywały dosyć jasno, że Erik nie czuł się komfortowo, słuchając fantazji Anthony'ego na temat utonięcia w basenie. Jego wyraz twarzy uległ jednak zmianie, gdy mężczyzna wspomniał o rzeźbionych ramionach i chwytaniu za włosy. Zacisnął palce jednej z dłoni, jakby mimowolnie próbował przypomnieć sobie, jak dużo siły należy włożyć w taki gest, aby nie był zbyt bolesny dla drugiej strony. Poczuł pieczenie w policzkach, jednak kolejne pytania Shafiqa tym razem nie stanowiły zbyt dużego wybawienia, a jedynie przegonienie do innego kąta.

— Obowiązek służbowy jest dosyć wysoko na liście moich priorytetów — przyznał przyciszonym głosem, pozwalając, aby półtony prowokacji wybrzmiały w jego słowach. Zagryzł lekko dolną wargę, jednak przednie zęby szybko ześlizgnęły się po niej. — Oczywiście, są też inne motywy. Chociażby walory wizualne. — Zawiesił głos, aby zaraz uśmiechnąć się przewrotnie. — Jesteś miły dla oka, ale gdyby twoja skóra stała się trupio blada, a ciało spuchło w wodzie? Już nie za bardzo. — Cmoknął trzykrotnie. — Istna katastrofa. Zwłaszcza po tym, jak miałem okazję oglądać cię w szczytowej formie przez ostatnie dni.

Trzeba było dokładniej słuchać gadaniny Morfeusza, pomyślał, przeklinając bezgłośnie własne lenistwo. Kilka opowieści o greckich herosach i bogach utkwiło w jego głowie, jednak był to zaledwie ułamek tego, jakimi historiami raczył swoich krewnych starszy Longbottom. Zbyt łatwo było uznać wznoszone przez wuja modły za jego małe dziwactwo, zamiast faktycznie poświęcić im chwilę uwagi. Teraz płacił cenę za własną głupotę.

— Słyszałem, że miał ich wiele? — Zerknął pytająco na czarodzieja, bo nie był pewny swej odpowiedzi. Nie przypominał sobie też żadnych konkretnych mitów, które traktowałaby o liczebności zeusowego potomstwa. — Skoro jego partnerką była Hera, bogini małżeństw, to podejrzewam, że nie kończyły one zbyt dobrze. — Odrzuć boga, a go urazisz. Przyjmij boga do swojego łoża, a ryzykujesz gniew jego boskiej żony. Sytuacja bez wyjścia. — Może nie tyle śmierć, co bardziej... Poczucie straty? W końcu Hades nie był bogiem śmierci. Od tego mieli jakiegoś innego typa. — Jak na niego wołali? Tego już nie kojarzył. — Hades był jak wyniesiony dozorca, który odpowiadał za miejsce w którym przebywali zmarli.

Z dwojga złego już chyba lepiej było przeżywać czyjąś śmierć niż zaginięcie ukochanej osoby. Gdy ktoś po prostu znikał bez śladu i nie sposób było go wytropić, była to dużo większa strata dla rodziny. Przez brak poszlak czy dowodów niektórzy krewni nie potrafili poradzić sobie ze stratą. Pomimo zaledwie kilku lat stażu w Ministerstwie Magii, Erik zdążył już spotkać kilka takich sytuacji. Ludzie trzymali się nadziei, a bez ciała czy odpowiednich zeznań, ta powoli kwitła, zapuszczając korzenie coraz głębiej. Pod tym względem śmierć była łatwiejsza. Bolesna, ale przynajmniej sam pogrzeb i wspólne pożegnanie zmarłego potrafiło przynieść, chociaż minimalne ukojenie.

— Boskość ma w sobie coś z grzechu, a grzeszność z boskości. To jak ze światłem i ciemnością, ''białą'' i ''czarną'' magią. Jedno nie może istnieć bez drugiego — odparł, mimowolnie zerkając ku wargom Anthony'ego, między którymi zniknął kawałek owocu. Co rusz przesuwał jednak wzrok na boki, jakby to robiło jakąkolwiek różnicę. Skinął głową na wzmiankę o kolacji. — Urlop w kurorcie, masaż, basen, wystawna kolacja — wyliczał powoli konspiracyjnym szeptem, jak gdyby dzielił się z Anthonym jakimś przełomowym odkryciem, które wcześniej mu umknęło. — Co będzie dalej? Deser? Śniadanie do łóżka? — Spojrzał na niego pytająco, unosząc delikatnie lewą brew. Nie trzeba by było proponować mu tego dwa razy; miał naturalną słabość do słodyczy, poza tym sama wizja czarodzieja serwującego mu śniadanie była mu nader... miła. — Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni ktoś mnie tak rozpieszczał. Każdy w twojej świcie ma zapewnione takie rozrywki?

A może aż tak dobrze się spisałem?, pomyślał, starając się stłumić pewny siebie uśmiech, jaki wykwitł na jego ustach.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#17
01.04.2024, 21:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 21:49 przez Anthony Shafiq.)  
Zaśmiał się na wzmiankę o "innych rzeczach", dłonią kreśląc po powierzchni solanki giętkie fale.
– Punktem wyjścia klasycznej edukacji pozostaje trivium: gramatyka, retoryka i dialektyka. Krew pozwala mi z banalną łatwością przemieszczać się po językach współczesnego świata, ojciec jednak nie chciał, bym polegał w tej kwestii na magii i narażał się na ośmieszenie, gdy w grę wchodzą subtelniejsze struktury językowe. Przed szkołą miałem wielu nauczycieli, pewien sposób komunikacji był niejako standardem, który w późniejszych latach mógł przynieść owoce. Pomagał dostęp do księgozbiorów Parkinsonów po kądzieli więc... Powiadają, że każdy jest kowalem swojego losu, a ja miałem to szczęście urodzić się w dobrze wyposażonej kuźni z... powiedzmy dość mocno zdeterminowanym ojcem, dbającym o fach, w tym konkretnym przypadku w słowie, nie w ręku. – fale ustały, a on zabrał dłoń i niespiesznie zwilżył skroń i odgarnął część lekko kręcących się w wilgoci włosów.

Kolejne pytanie zdawało się zadrgać w nim nostalgiczną nutę doprawioną szczyptą niezwykłego dla mężczyzny onieśmielenia.
– Ach, woda sprzyja tego typu rozważaniom, czyż nie? – odchylił się na profilowanej mozaice, pozwalając głowie opaść na barwne płytki, jakby zastanawianie się nad tym tematem dociążało ją nieznośnie, jakby on sam potrzebował wznieść oczy ku skrytemu niebu, ku marzeniom dawno wypuszczonym z rąk, niemożliwym już do złapania. Przełknął ślinę boleśnie, w widocznym tańcu adamowego jabłka na wyeksponowanej szyi, jakby to, co chciał powiedzieć, było wstydliwą tajemnicą, odsłonięciem się nie tylko ciała, ale i duszy. – Kiedy objąłem misję we Francji... Poświęciłem trochę czasu na naukę gry na fortepianie. Moje palce ponoć... całkiem nieźle się do tego nadają. – to mówiąc uniósł dłoń ku górze, w leniwym geście osoby, która musiała osłonić twarz przed słońcem, gdy leżąc na łące, straciła swoją cienistą osłonę. Patrzył na rozstaw palców, przez moment rozciągając zastałe mięśnie. Staw w kciuku strzyknął groźnie na te próby, zaś z piersi Anthony'ego dobyło się ciężkie westchnienie. – Miałem dużo czasu i fortepian w apartamencie. Nigdy nie udało mi się uzyskać biegłości zawodowca, jednak przez moment marzyłem... – urwał nagle i podniósł się niespiesznie, po czym złapał w kciuk i wskazujący palec drugiej ręki krnąbrny staw, który ledwie chwilę temu groźnie przeskoczył. A potem zaczął metodycznie, jeden za drugim sprowadzać je na właściwe miejsce. Skupiony na czynności unikał spojrzenia Erika. – Mrzonki młodego ducha. Lepiej wytrwale kopać kilkunastometrową studnię, niż nagle opuszczać swój dół i szukać innego miejsca na poszukiwanie wody. – Spróbował przywołać uśmiech, lekkość na twarz, której jasne linie tańczącego na wodzie światła przydawały tylko posępności i wycofania. Samotności. I jeśli rzeczywiście przez ostatnie dni Erik mógł oglądać go w szczytowej formie, tak teraz trudno było się oprzeć wrażeniu, że ma szansę zajrzeć no moment za tą piękną, wystudiowaną maskę.

Tkanie słowami wyobrażeń było tylko w teorii przejmowaniem inicjatywy. Niespiesznym tańcem metafor i aluzji, skojarzeń, które znajdowały odbicie w ciele rozmówcy, pozwalającymi rozmyślać o kolejnej figurze. Jeśli jednak Anthony roztaczając wizję własnej śmierci z rąk Erika, zauważył jego ruch dłoni, delikatną zmianę odcieni twarzy, rozedrgany wzrok czy przyspieszony oddech, w żaden sposób nie dawał mu tego odczuć. Przyjął za to jego słowa o motywacji, okraszając je wypchniętym z powątpiewaniem powietrzem.
– Jesteś wielkim pochlebcą Eriku, pamiętaj jednak, że aby komplement padł na podatny grunt, musi mieć cokolwiek wspólnego z prawdą. – zmrużył lekko oczy, nie domagając się kolejnej próby, ale dając przestrzeń na ewentualną ripostę. Wciąż był ciekaw, zwłaszcza tych wrażliwych momentów, gdy wytrącony z równowagi młodzian powracał z butą i pewnością siebie, napierał znów, z nową werwą, równając kroku i inicjując przejście w inne miejsce sali, z nowym pomysłem, nową ideą. Krok, przejście i piękna volcada. Znów krok, drobne karesy, odejście i znów...

– Mówisz o Tanatosie? Ależ śmierć jest tylko zmianą stanu, a Tanatos ledwie dostawcą dusz do podziemnego królestwa. Mówisz dozorca, Hades z pewnością nie zgodziłby się z Tobą. Wszystko, co żyło, w świecie, w którym o władzę szarpało się wielu, wielu bogów, w ostatecznym rozrachunku przychodziło do niego. Piękni herosi, wzgardzone kochanki, święci i grzesznicy, wszyscy kiedyś zostaniemy jego poddanymi Eriku. – Puścił mimo uszu typa, zupełnie jak chwilę wcześniej zrobił to samo z wykonem. Drobne potknięcia, dodające tylko uroku lustradzie.

– Jak na kogoś, kto ledwie przed chwilą skosztował biblijnego owocu poznania dobra i zła, wydawałoby się, że odznaczać się powinieneś mniejszym relatywizmem moralnym szlachetny rycerzu chwilowo bez zbroi. – pokpiwał sobie z niego, niepomny na fakt, że sam również nadgryzł figę, której resztki wciąż zapodziane były gdzieś na srebrnej paterze. Dalsze wyliczanie luksusów przyjął z podobnym rozbawieniem, rezon tracąc tylko na moment, przy wspomnieniu śniadania do łóżka, gdy stalowe oczy na zbyt długo zawiesiły się na ustach mówiącego, wciąż słodkich grzesznym owocem. – To nie urlop mój drogi strażniku, delegację kończymy za dwie doby, Lisa nie dała Ci aktualizacji planu? – zdziwił się kurtuazyjnie, wiedząc doskonale, że tego nie zrobiła. Nie chciał ryzykować, że młody Longbottom zarezerwuje sobie wcześniejszy lot powrotny do domu, widząc, że ostatnie dni są w kurorcie. – Jutro po śniadaniu mam nieoficjalne spotkanie z tutejszym bliźniaczym szefem oddziału odpowiedzialnego za handel międzynarodowy. Ma pokój nad nami z tego co mi się wydaje. Tak, aby dopiąć kilka spraw poza dziennikarską dziczą – dodał lekko, poruszając się znów po znajomych terenach możliwie dalekich od nadmiernych ojcowskich ambicji, niespełnionych marzeń, czy mitologicznych tyrad. – Jak rozumiem wolałbyś jednak, jeśli tak by się złożyło na podobną tego typu współpracę, ażeby myśleć o Tobie w kategoriach świętego krzyżowca, pełnego bożej bojaźni i ideałów ascezy, wojownika, który ciało próbuje regularnymi ćwiczeniami i nie splami jego świątyni niczym więcej ponad warzywami gotowanymi na parze oraz krystaliczną wodą prosto ze źródła? Mam dopisać do obowiązków poranne treningi i całonocną wachtę przy moim wezgłowiu? – Gdyby tylko mógł ukryłby uśmiech trikstera za kieliszkiem, skupiłby się na trunku, utrzymując fasadę absolutnej powagi, stłumiłby śmiech w klatce. Ale jego ręce były puste, nie miał jak się opanować transparentnym rekwizytem. Parsknął więc bezczelnie, znając przecież odpowiedź na własne pytanie, a potarłszy o siebie zmarszczonymi od wody palcami, dodał: – Zbliża się czas, kiedy włoska część kuracjuszy zapcha to miejsce swoimi tłustymi cielskami, to ostatni moment, aby w spokoju wrócić do pokoju i przygotować się do posiłku w znośnej temperaturze. – zaproponował miękko– ... oraz ostatni moment, żeby mi powiedzieć, na jaki deser masz ochotę. Inaczej mój drogi, czeka Cię rzepa. Choćby ją mieli ściągać z drugiego końca kraju.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#18
02.04.2024, 16:57  ✶  
Chyba faktycznie jesteśmy synami swoich ojców, pomyślał przelotnie, porównując niejako sytuację Anthony'ego ze swoją własną. Gdyby miał określić, która część rodziny - Longbottomowie czy Potterowie - mieli większy wpływ na jego wychowanie, to śmiało wskazałby rodzinę ojca. Mistrzowie pojedynków zwyciężyli z handlarzami kosmetyków. Chociaż wpływy matki były znaczące w ich zachowaniu i prezencji, tak w dużej mierze Elise nader często lamentowała nad wyglądem swoich dzieci, z naciskiem na swoją jedyną córkę.

— Skoro ty wychowałeś się w kuźni, to ja w zbrojowni — odparł, wywracając lekko oczami. — Bądź co bądź, miecz Gryffindora nie wisi nad kominkiem tylko dla ozdoby. Walki szermiercze, pojedynki czarodziejów... Akurat to mam we krwi. Obawiam się, że z językami jest nieco gorzej.

Nie mógł pochwalić się całą gamą języków, jakimi operował, nawet jeśli Anthony w większości z nich podpierał się magią. Mógł co najwyżej uniemożliwić rywalowi ucieczkę przed pojedynkiem, rzucając mu pod nogi rękawice, której nie dało się odrzucić. Czasem bywało to przydatne, zwłaszcza w pracy, jednak magia Shafiqów wydawała mu się dużo bardziej przydatna w codziennym życiu. Mimowolnie zaczął zastanawiać się nad tym, jak to działało; czy magia wpływała na myśli, czy sam aparat mowy? A może oba? Czy mężczyzna był w stanie myśleć w obcym język? Czy rodowe zdolności tłumaczyły wszystko za niego?

— Owszem — odparł z lekkością, odrywając wzrok od szyi Anthony'ego, na którą się zapatrzył. Rozejrzał się na prawo i lewo, aby koniec końców skierować wzrok na równoległy do nich brzeg basenu. — Gdybyśmy byli na wybrzeżu, a nie pod ziemią, to powiedziałbym, że to kwestia horyzontu. — Westchnął cicho. — Jest jak obietnica czegoś nowego, niespotykanego, może nawet lepszego. Ale woda zabiera równie tyle, ile daje. To pewnie dlatego ludzie w mitach tak bali się Posejdona. Żywioł równie piękny, co i niebezpieczny. — Uśmiechnął się bez radości, poruszając delikatnie dłonią o taflę wody. — A ludzi i tak tylko do niego ciągnie.

Uśmiechnął się pod nosem, gdy Anthony zaczął opowiadać o swojej dawnej pasji. Ciekawe, czy dalej grał? Byłoby marnotrawstwem, gdyby talent, nieważne jak mały, uległ ciężarowi codziennych obowiązków, nie mogąc powrócić na powierzchnię. W ich apartamencie znajdował się harfa, a także kilka par skrzypiec. Przynajmniej wydawało mu się, że były to skrzypce. Czy Anthony był obyty także z innymi instrumentami? Erik przechylił głowę, próbując wyobrazić sobie, jak zachowywałby się drugi czarodziej podczas występu. Zachowałby kamienną twarz, czy też pozwoliłby, by wszystkie emocje trzymane w środku wylały się na jego twarzy jak atrament na karcie pergaminu?

— To trochę smutne — zauważył nieoczekiwanie. — To jest, z czysto teoretycznego punktu widzenia. — Uprzedził, nie chcąc przez przypadek urazić Anthony'ego. Robiąc to, sam zresztą pewnie poczułby ukłucie strachu. Rodzinne ambicje popchnęły ich w innych kierunkach, jednak potrzeba dostosowania się do oczekiwań towarzyszyła im obydwu. — Człowiek kopie tę studnię i nie patrzy na inne możliwości, bo zna tylko ten jeden dół, zaprzyjaźnił się z nim, poznał go i czuje się w nim bezpieczny. Ale czy to od razu znaczy, że jest lepszy? To jak... Ucinanie sobie skrzydeł albo odcinanie gałązek na krzewie. Utrata perspektyw na poczet złudnego poczucia spełnienia. — Zrobił krótką pauzę. — Albo jest to bardzo konkretna droga do celu, a ignorowanie alternatyw jest po prostu oznaką skupienia na nagrodzie, jaka czeka na końcu.

Zmarszczył brwi, czując, że gubi się nieco we własnych myślach. Sądził, że znalazł odpowiednią puentę, ale teraz już nie był tego taki pewny. Dotrzymanie kroku Shafiqowi w rozmowie było wyzwaniem, nawet mile widzianym, ale też trudnym. Zwłaszcza w momentach takich jak ten, gdy wydawało mu się, że w końcu znalazł właściwą konkluzję swojego potoku myśli, tylko po to, by ostatecznie zwątpić w siebie i własne słowa. Zaczął poruszać nieporadnie ustami, próbując coś dodać, ale nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów.

— Nie kłamię! — obruszył się Longbottom, gdy został uraczony uwagą na temat swoich komplementów. — I zapewniam cię, że nie jest to tylko zwykła galanteria. — Komentarz go rozjuszył. Może dlatego, że nie wiedział, czy jego źródłem była niepewność samego Shafiqa, czy to, że próbował go poddać kolejnemu testowi, wprowadzając na następny etap potyczki słownej zaczętej kilka poziomów wyżej, w wystawnym apartamencie. — Miło się na ciebie patrzy. Zwłaszcza gdy odchylasz głowę i napisz mięśnie szyi. — Ugryzł się w język, jednak mleko już się rozlało. Czasem mniej znaczyło więcej, a teraz powiedział o parę słów za dużo. I wątpił, aby było mu to podarowane. — Odkrywasz się. To bardzo... ufne. — Odwrócił wzrok. — Trochę jak pies, który odwraca się na plecy, bo domaga się głaskania. Bardzo podobny poziom niewinności bezbronności.

Trzeba było trzymać język za zębami Longbottom, pomyślał, sznurując usta. Nie naginał prawdy, mówił prosto z serca, jednak czasem lepiej było pozostawić takie przemyślenia dla siebie. Z drugiej strony poczuł się sprowokowany słowami kompana, a nie znosił, gdy sugerowało mu się kłamstwo w złej wierze. Automatycznie chciał wtedy pokazać, że jego perspektywa faktycznie ma jakieś podstawy. Ale czy wypadało robić to tak otwarcie?

Gdyby Erik już miał wyobrażać sobie samego siebie w greckich zaświatach, to zdecydowanie bardziej preferował scenariusz, gdzie ląduje na Wyspach Szczęśliwych. Huh, jak na osobę, która wolała nie fantazjować zbytnio o czyjejkolwiek śmierci, to kojarzył zaskakująco dużo szczegółów związanych z podziemną krainą umarłych. Instynkt, a może potwierdzenie tego, że Morfeusz właśnie przy tych historiach wykazywał się największą erudycją, przez co opowiastki lepiej zapadały w pamięć? Poza tym, byłbym gościem, a nie poddanym, dorzucił bezgłośnie.

— Słucham? — Podniósł na niego nieoczekiwanie wzrok, gdy wspomniał, że wcale nie byli na urlopie. Momentalnie się spiął, gdy okazało się, że była to informacja, która powinna do niego trafić już jakiś czas temu. — Myślałem... Zakładałem... Ty... Sądziłem, że będziesz tu odpoczywać! — A nieoficjalnie spotkania w barze to dalej była praca. Po prostu w bardziej kameralnych warunkach. — Więc nie, Lisa nic mi takiego nie powiedziała.

Zgromił go wzrokiem, gdy kolejny raz go obśmiał, jednak w jego przypadku irytacja wydawała się rywalizować z zażenowaniem. Sam to spowodował. Ten komplement, próba wytłumaczenia się... Tylko zrobił z siebie łatwy cel. A teraz zbierał owoce własnej głupoty. Wypuścił powoli powietrze przez usta, żałując, że po basenie nie plątały się pracownice ośrodka. Czego by teraz nie dał za coś mocniejszego lub w gruncie rzeczy cokolwiek na czym mógłby się skupić.

— I tak spędziłem każdą noc w tym kraju pod twoimi drzwiami. To czy znajdę się parę metrów bliżej, raczej nie będzie stanowiło wielkiej różnicy. I wystarczy ochroniarz. Do krzyżwoca mi daleko. — Z niezadowoleniem odnotował fakt, że Anthony ewidentnie robił sobie z niego żarty. Niby stawiał go na piedestale, ale robił to w sposób tak kpiący, że podium mogło równie dobrze być kuchennym taboratem, na który nałożony tani pokrowiec z bazaru. Pokręcił powoli głową na wspomnienie o słodkościach, jakie miały czekać na nich po kolacji. — Chciałem zdać się na ciebie, ale chyba straciłem apetyt.

Podpłynął bliżej brzegu, aby oprzeć się o niego plecami i założyć ręce na piersi.

— Deserem trzeba się delektować, podobnie jak winem i figami, a jak sam wspomniałeś. jutro musisz wcześnie wstać, więc jak widać, czas nie działa na naszą korzyść. — Wykrzywił usta we wrednym grymasie, odczuwając poniekąd satysfakcję z tego, że wykorzystuje informacje Anthony'ego przeciwko niemu. Kto od miecza wojuje ten od miecza ginie, czyż nie? — Z chęcią spędziłbym z tobą więcej czasu, jednak nie śmiałbym trzymać cię ze sobą do późna. Jeszcze byś zaspał na spotkanie. — Westchnął dramatycznie. — A zajadanie się słodkościami na własną rękę, to też niezbyt duża radość. Mogę sobie tym razem darować. Ze względu na ciebie.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#19
02.04.2024, 20:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.04.2024, 22:08 przez Anthony Shafiq.)  
– Och tak, Morpheus wspominał mi, że kroicie nim dzika na Jule... – uśmiechnął się pod nosem, ale tylko trochę, może by uciec od niewygodnego tematu, żeby mieć kontrolę nad tym jak wiele z niego zostało wyeksponowanego podczas niedługiej przecież rozmowy. Dlatego też szybko kpina przeszła w zrozumienie, empatię i kiwnięcie głową. Nie był to los zły, nie był okrutny. Oboje cieszyli się bogactwem i szacunkiem w pewnych kręgach, oboje robili to do czego byli stworzeni, niewątpliwie też ich ojcowie zadbali o wyszlifowanie predyspozycji, pomnożenie talentów, a nie zakopywanie ich pod drzewami.

Mimo obaw Longbottoma Anthony przyjął tym razem komplement, nie zbijając go w żaden sposób, mając w pamięci w końcu jak wielką estymą cieszą się psy w Warowni. Mając w pamięci, że jakby nie było... rozmawia z wilkołakiem, któremu takie właśnie skojarzenia przychodzą łatwiej. Podążając za animalistycznym zewem i ciągiem skojarzeń  przyjemną myślą było w końcu, że odsłonięcie wrażliwych tkanek nakłaniały go ku pieszczocie, a nie rozerwaniu ich zębami. Nie żeby Anthony nie obracał w myśli od pewnego czasu obu tych opcji, nie mogąc zdecydować, która byłaby bardziej kusząca.

– Ależ tak... tak właśnie odpoczywam, to jest czas, który mogę na to wykorzystać nim powrócimy do szarej angielskiej rzeczywistości. – podjął, ukrywając zaskoczenie przed tym jak wiele nagle ta informacja zmieniała. Zupełnie jakby istniała jakakolwiek szansa, żeby takie spotkanie móc zaaranżować bez odgórnego rozkazu. Nie... od razu odrzucił tę myśl, mając w pamięci jakim służbistą jest ojciec Erika, mając w pamięci opowieści o tym jak chowane są dzieci Longbottomów – pomimo bogactwa zachęcane do prostych prac, z zupełnie abstrakcyjnych – w postrzeganiu Shafiq'a oczywiście – powodów. Zwykła strata czasu, choć nie miał wątpliwości, że kto inny mógłby za takową uznać tłumaczenie Iliady w wieku 6 lat.

Obrażony Erik był rozkoszny, nie mógł mu tego odmówić i choć żałował, że nie może widzieć jego nabzdyczonej miny znad splecionych ramion eksponujących zupełnie przypadkowo ukształtowaną boskim dłutem mięśni, to jednak przylgnięcie do siebie, plecy do boku, w nieoznaczoności wodnego środowiska, skóra do skóry... Czuł się odurzony tym momentem, zapatrzony w łagodny odsłonięty łuk szyi przechodzący w silne, szerokie plecy, skórę skrywającą zaszyte w niej pragnienia i tęsknoty, soczysty grzech nieskalanego owocu z rosłego drzewa umieszczonego tuż pod nosem z wielką tabliczką "NIE DOTYKAĆ". Pochylił głowę ku trwającej obok sylwetce, mówiącej coś w absolutnie niezrozumiałym języku. Pogrążony we własnych myślach lubił to uczucie, kiedy co jakiś czas zapominał wszystkich języków, kiedy mógł przez moment oddać się w pełni marzeniu o słodkim smaku...

– Hah...– z rozżaleniem westchnął, i to ciepły oddech zamiast spragnionych doświadczenia warg musnął skórę spiżowego strażnika. – Siarka odbiera temu miejscu cały urok. Pierwszy raz stawiam ją wyżej na liście swoich zaprzysiężonych wrogów niż wodę. Ale masz rację mój drogi, jutro długi dzień, a jest już późno. Czas na nas – to powiedziawszy dźwignął się momentalnie z wody i przepasując się zupełnie nowym, pozostawionym na tę okoliczność ręcznikiem, opuścił podziemia.

+++

Wieczór upłynął im zaskakująco lekko, zupełnie jakby cały ciężar wymienionych słów pozostawał głęboko pod ziemią uzdrowiska, porwany przez syreny i złożony na ołtarzu dawno umarłych bogów biesiadujących pośród Elizejskich Pól. Czas upłynął im na wymianie zabawnych anegdotek ze swoich departamentów, oraz porównywania początków stażu, przy czym w przypadku Anthony'ego opowiadał o tym jakby były to sytuacje z wczoraj, bez nostalgicznego zacięcia, które mogłoby się pojawić po dwóch dekadach służby państwu i pięcia się po szczeblach kariery. Dyplomata odmówił picia alkoholu, powołując się na poranne spotkanie, podobnie nie przeciągał ich kolacji, pozostawiając Erikowi decyzję o tym co planuje zrobić z wolnym czasem. Uprzedził go również, że na spotkaniu jego czujne oko nie będzie potrzebne, obiecując jednak solennie, że pozostawi okiennice na balkon w górnym apartamencie otwarte i w razie potrzeby będzie krzyczał rozpaczliwie.

Tak naprawdę więc ich ścieżki zbiegły się znów intensywniej zaraz po sjeście, tą bowiem mężczyzna przeznaczył w całości na pisanie listów i notatek po odbytym spotkaniu. Shafiq opuścił sypialnie z zupełnie nową energią. Stalowe oczy wpadały teraz w lśniące srebro, energicznym krokiem przebył apartament by znaleźć Erika i ogłosić oficjalnie wyprawę, z płomiennym entuzjazmem godnym rzymskiego dowódcy.

– Właśnie dostałem notkę i dziewczęta znalazły coś idealnego na nasze potrzeby, będziesz zachwycony gwarantuje Ci to. Klasyczna opowieść, pasja, namiętność, doskonały Verdi, a to wszystko we współczesnej oprawie wizualnej. – z emfazą dzielił się planem, kontynuując moment później z halu, podczas przeglądania udostępnionych im ubrań. Co dziwne, ominął zarówno frak, jak i oficjalną szatę, zamiast tego wybierając całkiem zwykłe, całkiem mugolskie okrycie. – Będziemy skakać, ale nie martw się, wiem gdzie to jest także będę prowadził. Miasteczko jest w całości mugolskie, poza punktem przerzutowym oczywiście, do którego się udamy, także wskazany kamuflaż. Całość skończy się przed północą, powinno być ciepło ale... co myślisz, sweter zapinany, czy wkładany przez głowę? – urwał nagle myśl pokazując dwa bardzo nudne szare swetry i spoglądając pytająco na Longbottoma, którego wcześniej za bardzo nie dopuszczał do głosu.


viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#20
04.04.2024, 02:10  ✶  
To oburzające, to po prostu skandal!, powtarzał sobie w myślach Longbottom, maszerując z jednego końca pokoju wspólnego do drugiego, gdy został pozostawiony sam sobie. Nie był zadowolony z tego, że Anthony wybrał się bez niego na spotkanie z włoskim dyplomatą. Uważał, że to było nierozsądne, pomimo zapewnień, że Shafiq dopełni wszelkich starań, aby nawet lekko podniesiony głos był dla Erika dobrze słyszalny. W swej nadgorliwości rozważał nawet sprzeciwienie się zaleceniom starszego czarodzieja.

Bądź co bądź, był teraz wolny, a więc, kto mógłby mu zabronić tego, aby przypadkowo znalazł się pod salą spotkań, żeby popodpierać jedną z tamtejszych ścian na korytarzu przez następne kilka godzin? Mógł to zrobić. Powinien to zrobić. Tak mu mówił instynkt. A może po prostu za bardzo przyzwyczaił się do obecności Anthony'ego? Od początku wyjazdu większość czasu spędzali razem; nie wspólnie, ale w pobliżu siebie nawzajem. Przywykł do tego układu, do trzymania się na nieprzepisowe pięć kroków za plecami dyplomaty, strzegąc go jak oka w głowie.

A teraz bezceremonialnie zdjęto mu ten ciężar z barków. Trochę niezasłużenie. Wolałby, aby stało się to dopiero po powrocie do kraju, bo kto odpowiadałby za burdel dyplomatyczny, gdyby podczas tych nieoficjalnych rozmów faktycznie doszło do jakiegoś incydentu? Najłatwiej byłoby zrzucić winę na młodego wysłannika z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, który powinien wypisywać mandaty za źle zaparkowane miotły i karoce, a nie robić za ochroniarza w obcym kraju.

Te kilka godzin Erik spędził na balkonie, w przeciwieństwie do większości rezydentów hotelu, ciesząc się prażącym słońcem i czytając jedną z nielicznych książek w języku angielskim, jakie zdołały go na dłużej zainteresować. Reportaż o, a jakże, syrenach i tutejszych trytonach, zgłębiający zawiłości ich życia z ludźmi w tym rejonie. Nie sądził, że kiedykolwiek z własnej woli sięgnie po takie teksty, ale było to lepsze niż przewodnik po winach wypełnionymi włoskimi nazwami i terminami, które ledwo potrafił bezgłośnie wypowiedzieć w myślach, nie mówiąc o rzuceniu mimochodem w rozmowie.

Powrót Shafiqa nieco go uspokoił, ale ledwo się przywitali, mężczyzna zniknął za drzwiami swojej sypialni. Longbottom zmełł w ustach przekleństwo i wrócił do lektury, licząc, że podsumowanie spotkania z włoskimi dygnitarzami nie będzie trwało do późnej nocy.

— Obiecanki cacanki, panie Shafiq — mruknął, starając się brzmieć, jakby dalej był obrażony za to porzucenie w pokoju. — Dzisiaj rano nie byłem zbytnio zachwycony, więc wymagania mam duże.

Westchnął ciężko i odłożył książkę na stolik, aby wrócić za Anthonym do środka, kierując się w stronę szaf w holu. Zbaraniał nieco na wspomnienie o skakaniu, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Dopiero po dłuższej chwili domyślił się, że był to skrót myślowy odnoszący się do teleportacji, a nie faktycznego skakania. Byłoby to dosyć dziwne, jednak z drugiej strony... W świecie czarodziejów panowało sporo dziwactw. Bądź co bądź, jednym z wejść do Ministerstwa Magii była droga przez zaczarowaną kanalizację.

— Wkładany przez głowę — oznajmił, kierując się przede wszystkim własnymi preferencjami. Otaksował go uważnym wzrokiem od stóp do głów, po czym wyswobodził z jego oba swetry. — Tylko nie ten. Na pewno nie ten.

Pokręcił powoli głową i odłożył shafiqowe znaleziska na bok. Grzebał przez chwilę w kolekcji udostępnionych przez hotel ubrań, po czym wyciągnął z odmętów szafy dzianinowy sweter w szerokie poziome turkusowo-jasnoniebieskie pasy. Przyłożył go powoli do klatki piersiowej Anthony'ego, wodząc wzrokiem między ciuchem a twarzą Anthony'ego.

— Trochę odważny jak na ciebie — skomentował niepewnym tonem, nie wiedząc, czy taki układ kolorystyczny przypasuje mężczyźnie. — Jeśli ci się nie podoba, to możemy znaleźć coś innego. Może w jednolitym kolorze, ale... Do twarzy ci w turkusie. Zwłaszcza w takim morskim.

Uśmiechnął się pod nosem. To zestawienie barw nie tylko podkreślało jego oczy, ale też nieco rozświetlało jego wizerunek. Szary sweter na pewno świetnie by się sprawdził na elegancki wieczór w jednej z włoskich knajpek, jednak czy naprawdę tego potrzebował Shafiq po ostatnich kilku dniach pracy, gdzie praktycznie non-stop był wbity w obowiązkowy garnitur lub inne szafy, dostosowując się do norm spotkań dyplomatycznych? Czyż nie wyszłoby mu na zdrowie, gdyby pozwolił sobie na coś nieco bardziej... szalonego?

— Możemy pójść na układ — zaproponował zapobiegawczo z psotnym błyskiem w oku. — Założysz, to co ci wybrałem, a w zamian ty wybierzesz coś dla mnie z moich ubrań. — Nie bardzo wiedząc, jaki będzie charakter jego pracy, oprócz szat służbowych i codziennych ciuchów, zapakował też parę innych ubrań. Może z tego szło coś wybrać? — Nie będę narzekał. Nawet jak mi się nie spodoba.

Czyż idealną umową nie była taka, gdzie potrzeby obu stron były zaspokojone, a jednak te nie do końca były zadowolone? Były zrównoważone, ale żadna nie miała większej przewagi nad drugą.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (18367), Erik Longbottom (18293)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa