Czuła, że traci czas, że nie coś robi nie tak. Nie znosiła tego poczucia bezsilności, które teraz się pojawiło. Nie czuła się pewnie udzielając pierwszej pomocy medycznej, nie potrafiła ratować ludzi. Zdawała sobie sprawę z tego, że działa po omacku i nie umiała się do końca z tym pogodzić. Na nic zdawał się tutaj jej instynkt, może był to znak, że powinna poświęcić trochę czasu na naukę działania w podobnych sytuacjach, powinna znać podstawy, szczególnie, że w dziczy też mogły jej się przydać. Mądra Geraldine po szkodzie.
Nie wydawało się, że to było normalne, że z taką lekkością pozwolił jej dotykać swoich rzeczy, szczególnie, że nadal najprawdopodobniej jej nie rozpoznał, przynajmniej nie dawał po sobie znać, że się znają. Nie ułatwiało jej to sprawy, ale z drugiej strony mogło być gorzej. Mógł bronić swojej własności jak lew, a wtedy musiałaby mu zabrać te rzeczy siłą.
Odetchnęła z ulgą, gdy złapał fiolkę. Próbował wypić jej zawartość, jednak nie udało mu się tego zrobić w całości. Pozostawało mieć nadzieję, że taka ilość wiggenowego przyniesie oczekiwany efekt. Tak naprawdę nawet nie wiedziała, jakiego efektu oczekuje i czy w ogóle ta mikstura może go przynieść. Chciała po prostu, żeby zaczął ogarniać rzeczywistości, niby niewiele, a jednak bardzo wiele. Wiedziała, że bez jego pomocy nie poradzi sobie z tym mężczyzną, który zaległ w łóżku. Potrzebowała w tej chwili umysłu Greengrassa i jego umiejętności, najważniejsze, że była w stanie się do tego przyznać. Nie mogła z tym sobie poradzić sama, była to jeden z nielicznych momentów, kiedy nie mogła pozostać samowystarczalna, bo ktoś mógł stracić życie. Mniejsza o to kim był, jakich czynów się dopuścił, jeśli mogła mu udzielić pomocy to zamierzała to zrobić. Na jej warcie nie zginie.
Obserwowała uważnie Ambroisea, musiała mieć pewność, że eliksir który wypił jakkolwiek mu pomógł. To nie tak, że zauważyłaby efekty, chociaż może? Dlatego też nie spuszczała z niego oka. Widziała, że jest w złym stanie, ślepy by to dostrzegł. Najwyraźniej wiele go kosztowało dostarczenie tego nieprzytomnego mężczyzny do Wiwerny. Nie miała pojęcia, jak długo trwała droga, ani co wydarzyło się nim dotarli na miejsce. Było zimno, to też nie sprzyjało, może się wyziębił? Skupiała swoje myśli na znalezieniu jakiegoś sposobu, aby mu pomóc. Wydawało jej się jednak, że widzi ciemność, wielkie nic, strasznie ją to irytowało.
Odzywał się, może z niezbyt dużym entuzjazmem, ale mówił. To chyba dobra oznaka? Próbowała sobie tłumaczyć, że to na pewno dobry znak. Tyle, że nadal nie do końca chyba odnajdywał się w rzeczywistości. Czy powinna go ruszać? Nie miała pojęcia, nie znała się na tym. Znowu sięgnęła do torby, której zawartość tym razem wysypała na ziemię. Może było tu coś jeszcze, coś, co bardziej mogło pomóc. W amoku przeglądała te fiolki, przerzucała je w powietrzu nie do końca przejmując się tym, że może coś stłuc.
- Masz tu coś na głowę? Kurwa, nic mi nie mówią te eliksiry. - Mówiła bardziej do siebie, niż do niego, nie sądziła bowiem, że byłby w stanie sam sobie pomóc.
Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, zachwiał się na tym nieszczęsnym krześle, może powinna przenieść go na ziemię? Jeśli tak dalej pójdzie sam zaraz na niej wyląduje. Wstała, bez ostrzeżenia wzięła go pod rękę i jak najostrożniej tylko potrafiła położyła go na ziemi, tuż obok eliksirów, do których wróciła. Jeszcze szybciej, bardziej nerwowo zaczęła je przeglądać.
- Pomogę ci, kurwa, pomogę ci. - Mruczała pod nosem, tylko jeszcze nie do końca wiedziała jak, ale wiedziała, że musi to zrobić.