01.10.2024, 19:00 ✶
Dla Mony kiedyś kochanie Icarusa Prewetta było łatwiejsze niż oddychanie. To była miłość, która przyszła jej naturalnie i bez zastanowienia. Coś, co wplatało się w jej codzienność tak gładko, że stało się rutyną. Pamiętała, jak spacerowali po błoniach Hogwartu, a każdy krok obok niego wydawał się prosty, bo jej nogi automatycznie wiedziały, w którą stronę iść. Wspólne poranki, kiedy czekali na lekcje, ich rozmowy o przyszłości, o marzeniach — wszystko płynęło z taką łatwością, ponieważ wtedy jeszcze myślała, że życie było zaprojektowane właśnie pod ich relację. Niewielki wysiłek. Nie musiała się zastanawiać, dlaczego. Po prostu go kochała.
Potem po drodze przyszło złamane serce, a na końcu został tylko tępy ból, których ściskał ją w klatce, gdy tylko wracała myślami do momentów spędzonych z chłopakiem. W takich chwilach starała się zająć czymś innym. Tak właściwie radziła sobie przez tę dziesięć lat, aż z upływem dekady po prostu pogodziła się z tym nieznośnym żalem. Jak żałosne było to, że tęskniła za kimś z nastoletnich czasów? Irracjonalne, że nigdy nie pozbierała się po chłopaku, którego kochała mocniej niż cokolwiek posiadała?
Dlatego właśnie kiedy zobaczyła Icarusa jebanego Prewetta, jej serce na moment zamarło, a czas wokół niej zwolnił. Gdy tylko usłyszała jego głos, poczuła jakby ktoś ją walnął z pięści w brzuch. Oczywiście, że go znała. Kiedyś mogłaby powiedzieć, że nawet bardzo dobrze.
Była zaskoczona, że pracował w barze. Przecież zawsze chciał być historykiem i jego życie kręciło się wokół książek, badań, historii. Był typem człowieka, który potrafił spędzać godziny na zgłębianiu dawnych cywilizacji, na snuciu teorii o przeszłości. Może łączył to teraz z czymś innym. Ale trudno było jej wyobrazić sobie go w takim miejscu, wśród ludzi, którzy przyszli tu dla alkoholu, a nie dla historii. Przez głowę przebiegła jej myśl, że pewnie ma już rodzinę – żonę, dzieci. Miał przecież całe życie, by to zbudować i się ustabilizować. Jak tam u niej? Opuściła Londyn lata temu, ale wróciła dopiero teraz. I to z uczuciem, że życie znów ją przerosło. Dlaczego akurat dzisiaj musiała go spotkać? Żeby zobaczył jej brak ręki, zmęczoną twarz, ten beznadziejny sweter? I o ironio, na wieczorku singli, gdzie każdy miał wyglądać najlepiej, a ona była w swoim najgorszym stanie.
— Tak, znamy się z panem Prewettem ze szkoły — odpowiedziała mechanicznie.
A potem Mona miała ochotę warknąć. Wcale nie zapomniała o tym, jak ich drogi się rozeszły, bo nie o to chodziło. Znali się z Hogwartu? Tylko tyle? Tak jakby nie kochała go nad życie, nie była gotowa poświęcić swojego marzenia o spokojnym życiu w Walii tylko po to, żeby prawie płaszczyć się przed jego ojcem i starać się sprostać nierealnym oczekiwaniom, które od zawsze wisiały nad ich relacją, a były wiadome tylko jemu. Ten skrót opuścił jego usta zbyt łatwo. Mo. Mało ludzi ją tak nazywało, a właściwie nikt od przeprowadzki. Jak śmiał? Jak śmiał po tych latach mówić do niej w ten sposób, jakby nadal byli blisko? Jakby nic się nie zmieniło, jakby chociaż raz odpisał na jej listy, jakby nie porzucił jej i nie zostawił samą, kiedy najbardziej go potrzebowała. Jakby wciąż był jej. Jej Ari. Powrócił do niej tamten ból, który powstał kiedy Icarus wybrał swoją drogę. A jednak... mimo tej złości, gdzieś w głębi była drobna cząstka, która nie mogła zaprzeczyć, że jego widok – ta wciąż ukochana twarz, ciemne loki, które wciąż opadały mu na czoło – wywoływał w niej coś więcej. Nie mogła sobie na to pozwolić. Jej świat wirował. Chciała jak najszybciej uciec z tego miejsca; od niego, od jego spojrzenia, które było przepełnione… nawet nie wiedziała czym. Zorientowała się, że nie znała go zbyt dobrzeć, aby była w stanie je odczytać. Minęło dziesięć lat.
— Mieszkam tutaj aktualnie i pracuję w Ministerstwie. Głównie papierkowa robota, przekładam dokumenty... ale cóż, ktoś musi — zaczęła, próbując nadać swojej wypowiedzi bardziej swobodny ton, ale brzmiała sucho. — Zresztą jak widać, właśnie skończyłam pracę — zaśmiała się z nutą autoironii. Mona uśmiechnęła się krzywo. Chciała ukryć ogromny dyskomfort, który odczuwała.
— A co u pana? — zapytała i wskazała ruchem głowy na alkohol. — Bar? To trochę... inny kierunek niż się spodziewałam. Ale nawet pasuje — przyznała w końcu. Uśmiechnęła się, ale jej głos drżał. Właściwie to cała drżała.
Potem po drodze przyszło złamane serce, a na końcu został tylko tępy ból, których ściskał ją w klatce, gdy tylko wracała myślami do momentów spędzonych z chłopakiem. W takich chwilach starała się zająć czymś innym. Tak właściwie radziła sobie przez tę dziesięć lat, aż z upływem dekady po prostu pogodziła się z tym nieznośnym żalem. Jak żałosne było to, że tęskniła za kimś z nastoletnich czasów? Irracjonalne, że nigdy nie pozbierała się po chłopaku, którego kochała mocniej niż cokolwiek posiadała?
Dlatego właśnie kiedy zobaczyła Icarusa jebanego Prewetta, jej serce na moment zamarło, a czas wokół niej zwolnił. Gdy tylko usłyszała jego głos, poczuła jakby ktoś ją walnął z pięści w brzuch. Oczywiście, że go znała. Kiedyś mogłaby powiedzieć, że nawet bardzo dobrze.
Była zaskoczona, że pracował w barze. Przecież zawsze chciał być historykiem i jego życie kręciło się wokół książek, badań, historii. Był typem człowieka, który potrafił spędzać godziny na zgłębianiu dawnych cywilizacji, na snuciu teorii o przeszłości. Może łączył to teraz z czymś innym. Ale trudno było jej wyobrazić sobie go w takim miejscu, wśród ludzi, którzy przyszli tu dla alkoholu, a nie dla historii. Przez głowę przebiegła jej myśl, że pewnie ma już rodzinę – żonę, dzieci. Miał przecież całe życie, by to zbudować i się ustabilizować. Jak tam u niej? Opuściła Londyn lata temu, ale wróciła dopiero teraz. I to z uczuciem, że życie znów ją przerosło. Dlaczego akurat dzisiaj musiała go spotkać? Żeby zobaczył jej brak ręki, zmęczoną twarz, ten beznadziejny sweter? I o ironio, na wieczorku singli, gdzie każdy miał wyglądać najlepiej, a ona była w swoim najgorszym stanie.
— Tak, znamy się z panem Prewettem ze szkoły — odpowiedziała mechanicznie.
A potem Mona miała ochotę warknąć. Wcale nie zapomniała o tym, jak ich drogi się rozeszły, bo nie o to chodziło. Znali się z Hogwartu? Tylko tyle? Tak jakby nie kochała go nad życie, nie była gotowa poświęcić swojego marzenia o spokojnym życiu w Walii tylko po to, żeby prawie płaszczyć się przed jego ojcem i starać się sprostać nierealnym oczekiwaniom, które od zawsze wisiały nad ich relacją, a były wiadome tylko jemu. Ten skrót opuścił jego usta zbyt łatwo. Mo. Mało ludzi ją tak nazywało, a właściwie nikt od przeprowadzki. Jak śmiał? Jak śmiał po tych latach mówić do niej w ten sposób, jakby nadal byli blisko? Jakby nic się nie zmieniło, jakby chociaż raz odpisał na jej listy, jakby nie porzucił jej i nie zostawił samą, kiedy najbardziej go potrzebowała. Jakby wciąż był jej. Jej Ari. Powrócił do niej tamten ból, który powstał kiedy Icarus wybrał swoją drogę. A jednak... mimo tej złości, gdzieś w głębi była drobna cząstka, która nie mogła zaprzeczyć, że jego widok – ta wciąż ukochana twarz, ciemne loki, które wciąż opadały mu na czoło – wywoływał w niej coś więcej. Nie mogła sobie na to pozwolić. Jej świat wirował. Chciała jak najszybciej uciec z tego miejsca; od niego, od jego spojrzenia, które było przepełnione… nawet nie wiedziała czym. Zorientowała się, że nie znała go zbyt dobrzeć, aby była w stanie je odczytać. Minęło dziesięć lat.
— Mieszkam tutaj aktualnie i pracuję w Ministerstwie. Głównie papierkowa robota, przekładam dokumenty... ale cóż, ktoś musi — zaczęła, próbując nadać swojej wypowiedzi bardziej swobodny ton, ale brzmiała sucho. — Zresztą jak widać, właśnie skończyłam pracę — zaśmiała się z nutą autoironii. Mona uśmiechnęła się krzywo. Chciała ukryć ogromny dyskomfort, który odczuwała.
— A co u pana? — zapytała i wskazała ruchem głowy na alkohol. — Bar? To trochę... inny kierunek niż się spodziewałam. Ale nawet pasuje — przyznała w końcu. Uśmiechnęła się, ale jej głos drżał. Właściwie to cała drżała.