• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine

[08.09.1972] konflikt interesów || Ambroise, Astaroth & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
21.03.2025, 10:17  ✶  

Spodziewała się tego, że jej brat może być mocno skonsternowany obecną sytuacją, w sumie to było coś nowego, również dla nich. Właściwie to przecież jeszcze rano wszystko wcale nie było takie jasne. Dopiero kilka godzin temu wyjaśnili sobie wszystko, doszli do tego, czego faktycznie chcą i pozwolili sobie po to sięgnąć. Teraz stali w tej kuchni, jakby nigdy nic złego się między nimi nie wydarzyło. To mogło wydawać się dziwne. Powinna była wyjaśnić Astarothowi skąd wzięły się zmiany, co się właściwie stało, ale to przyszło zupełnie znienacka, więc sama nie do końca spodziewała się tego, że zastanie ich w takiej sytuacji. Musieli jakoś sobie poradzić z rozgniewanym nastolatkiem, którym mieli się teraz opiekować, wspólnie.

Słuchała ich wymiany zdań, przenosząc wzrok z jednego na drugiego. Nie zamierzała się w to wtrącać, chociaż może powinna? Wypadałoby załagodzić ten drobny konflikt, z drugiej strony czasem lepiej było sobie wyjaśnić wszelkie nieprozumienia, z czasem Roth pewnie przywyknie do obecności Roisa w ich życiu, nie miał za bardzo innego wyjścia, bo ona już podjęła decyzję. Takie poranki będą się powtarzały, bo oni w końcu zamierzali być szczęśliwi.

- Nie byłoby takiej potrzeby, na pewno i tak by mi smakował. - Mięso podchodziło jej pod każdą postacią, nie wiedzieć czemu, od dziecka to właśnie ono było jej ulubionymi smakami, właściwie bez względu na to, w jaki sposób zostało przyrządzone. Uwielbiała mięso.

Może nie powinni tak bardzo demonstrować swojej miłości, ale przychodziło jej to naturalnie. Gdy w końcu wszystko wydawało się być właściwe, zamierzała korzystać z każdej nadarzającej się okazji, aby znaleźć się blisko. Liczyła na to, że Astaroth z czasem to zaakceptuje, nie miał za bardzo innego wyjścia, bo to będzie się powtarzać. Ona i Roise nie potrafili trzymać zbyt długo rąk i innych części ciała przy sobie. Lgnęli do siebie od zawsze, dla nich to nie było nic nadzwyczajnego, ale Astaroth nie miał tej przyjemności, aby przebywać w ich towarzystwie zbyt często.

- Jak chcesz, nie widze w tym niczego złego. - Rzuciła jeszcze w stronę brata, kiedy w końcu oderwała swoje usta od Greengrassa.

Naprawdę zależało jej na tym, aby Astaroth czuł się w ich obecności dobrze. Chciała mu pokazać, że nie widzi nic złego w tym, co się z nim stało. Nie mogli nic na to zaradzić, musieli przywyknąć do tego, co mu się przytrafiło, jakoś odnaleźć się w tej codzienności. Naprawdę chciała dla niego dobrze, tyle, że problem leżał w tym, że on chyba nie do końca pogodził się z tym kim aktualnie był. Jasne, wampiry były stworzeniami na które polowali, ale w ich przypadku zawsze istniało ryzyko, każdy łowca mógł skończyć w ten sposób, podejmowali ogromne ryzyko zajmując się tym, czym się zajmowali.

Roth opuścił kuchnię, w sumie to trochę zrobiło jej się przykro, że odrzucił jej propozycję, bo liczyła na to, że spędzą ten poranek całkiem miło, jak widać jednak nie wszystko musiało iść po jej myśli.

- Chyba się wkurzył. - Mruknęła cicho do Ambroisa, który znajdował się tuż obok niej, jakby on tego nie zauważył, nie dało się wyczuć napięcia i gęstej atmosfery. Z drugiej strony nie był pierwszą osobą, która negowała istnienie tego, co się między nimi działo. Cornelius również wyraził swoją nie do końca przychylną opinię, czuła jednak, że zmienią zdanie, kiedy zauważą, że teraz miało być zupełnie inaczej.

Podjęli wspólną decyzję o tym, że to, co się z nimi działo było właściwie, chcieli wspólnej przyszłości i nikt im tego nie odbierze. Już nie.

- Z czasem powinien do tego przywyknąć. - Właściwie do czego? No do tego, że zamierzali wrócić do tego co mieli, do tego, że postanowili znowu stworzyć wspólny dom bez względu na wszystko.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
21.03.2025, 13:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2025, 03:49 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nie było potrzeby wchodzić pomiędzy niego a młodszego Yaxleya. Mogli sami załatwić swoje sprawy. W końcu byli dużymi chłopcami. Niektórzy przynajmniej z zewnątrz. Wewnątrz? Jeśli brać pod uwagę różnicę wieku, Astaroth miał teraz trzynaście lat. Ambroise: dwadzieścia trzy. Być może właśnie tak się zachowywali, nie jemu było w to wnikać. W wieku dwudziestu trzech lat był...
...wyjątkowy.
Wtedy z pewnością nie wszedłby w rolę kucharki wydającej śniadania. Ewidentnie się zestarzał, skoro sprawiało mu to taką przyjemność.
- Wiem - przytaknął, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie.
Tak, to było raczej: wiem, ale za cholerę nie przeszłoby mi przez głowę, żeby podawać ci zimny bekon na nasze pierwsze oficjalnie wspólne śniadanie. Ewentualnie z kapką: klauzula sumienia mi na to nie pozwala a kto jak kto, ja mogę się nią zasłaniać. Oraz z domieszką czystego ekstraktu ze: zlituj się, nie musisz zaniżać standardów.
Rzecz jasna, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób najpewniej wyglądały posiłki w tym domu. Nie sądził, żeby przez półtora roku Geraldine nagle zapalała chęcią do nauki gotowania. Po ich porannej sprzeczce w kuchni wydawało mu się bardziej niż jasne, że nadal bazowała głównie na zewnętrznych dostawach pożywienia.
Najpewniej na tych zapewnianych jej przez Triss, matkę wysyłającą słoiki (podświadomie szykował się na otwarcie dwóch dolnych szafek i lawinę szklanych pojemników) albo niesławna Kimi. Ta, która z pewnością gotowała w tym domu. Więcej niż konieczne, bo poczuła się tu tak sprawczo, że poprzestawiała mu kuchnię.
Całe szczęście nie stanął z nią w cztery oczy i liczył, że nigdy nie będzie potrzeby, aby to zmienić. Choć z jego bardzo subiektywnej logiki wynikało, że najlepsi przyjaciele lubili wracać. Raczej całkiem szybko i w niezbyt kontrolowany sposób. Często gęsto w nowym układzie sił. W innej formie. Miał z tym doświadczenie.
W przeciwieństwie do Riny, Roise nie odnosił wrażenia, że w którymkolwiek momencie tego przedpołudnia zbyt mocno demonstrowali swój nowy status. Nie zamierzał stać sztywno z boku. Nie miał w zwyczaju trzymać się na dystans w sytuacji, gdy nie musiał tego robić. Byli w swoim domu. No, może obecnie nie jego, ale to kiedyś był jego dom. Znacznie dłużej niż mieszkał tu Astaroth.
To Ambroise był oryginalnym panem domu. Jego meble stały w częściach wspólnych. Poza antyczną konsolką, bo ona wyzionęła ducha po ponad stu latach służby. Miał tu swoje noże kuchenne, garnki i patelnie. To było jego wyposażenie. Ich, bo nie miał w zwyczaju wyliczać swojej własności, skoro kupował to do wspólnego mieszkania. Tyle tylko, że przez nasze miał na myśli siebie i Geraldine.
Roth musiał zapracować na to, żeby być liczony. Mógł być integralną częścią pakietu, który teraz miała do zaoferowania Yaxleyówna. Brali się z całym dobrem inwentarza. Ze wszystkimi rzeczami, jakie wydarzyły się przez te niemalże dwa lata. Nie dało się ukryć, że przemiana w wampira i wprowadzka na Horyzontalną była jednym z takich tematów.
Czy chcianych? No niekoniecznie. Bardziej w granicach tolerancji. Traktowanych przez Greengrassa jako coś, co się stało i najprawdopodobniej się nie odstanie, więc trzeba z tym żyć...
...lub nie żyć. Kto co woli może. Nie dało się ukryć, że pod niektórymi względami Astaroth był bardziej ograniczony.
- Posiłek jak posiłek - mruknął pod nosem, wzruszając ramionami.
Może to było obrzydliwe. Bez wątpienia nie należało do najbardziej apetycznych widoków. Nie było standardowym elementem wspólnych śniadań. Przynajmniej raczej nie w większości domów. Ale litości...
...to nie było coś, z czego należy robić wielką sprawę albo dramat. Ambroise raczej był skłonny tolerować tę część diety Astatotha bardziej aniżeli męczeńskie tendencje młodszego Yaxleya. Widok krwi w worku był dla niego mniej obrzydliwy od konieczności wysłuchiwania monologów na temat bycia potworem czy innych takich. To od tego drugiego zaczynał mieć mdłości.
Poza tym był uzdrowicielem. Nie od wczoraj ani nie od przedwczoraj, tylko przez czternaście lat (jak ten czas leci) siedział głęboko w branży. Czasami prawie dosłownie po pas w gównie. Praca na oddziale zatruć nie była czysta i nie wyglądała jak na zdjęciach w gazecie, które dyrekcja robiła na potrzeby marketingu. Odrobina krwi nie była dla niego niczym szczególnym. Pita czy przetaczana - jedna cholera. Za to nie lubił martyrologii (hipokryzja, hm?), więc może to i lepiej, że Astaroth zdecydował się pójść.
- Szybko ochłonie - odparł gładko, przygryzając wnętrza policzków, żeby nie sprzedać się tak od razu; urwał na kilka sekund, poniekąd po to, żeby wprowadzić teatralne napięcie, po czym bez mrugnięcia okiem dokończył wypowiedź. - Nie ma ciepłej wody - no, może trochę go to bawiło.
Musiała mu to wybaczyć, nie? Miał naprawdę dobry humor. Nie czuł się wzgardzony. Nie zamierzał dawać młodszemu Yaxleyowi więcej uwagi niż to konieczne. Nie potrzebował słyszeć, że coś się kiedyś zmieni.
Zresztą nie sądził, aby Geraldine mówiła to zupełnie do niego. Nie musiała podnosić go na duchu. Wcale nie czuł się niemiłe widziany. Nie musiał czuć się w ten sposób, bo wiedział, że tak będzie. Nie był ulubioną osobą Rotha. Nie miał nią być. Nie przejmował się tym, bo wystarczyło, że ich sytuacja zaczęła się klarować. Był bardziej niż akceptowany przez jedną osobę w tym mieszkaniu. To w zupełności mu wystarczało.
Był niemal pewien, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dla niego nie było żadnego problemu. Nie z tym, do czego właśnie doszło. Ani z tym, w jaki sposób wygląda jego obecna relacja z Astarothem. Ani z tym, że z dużym prawdopodobieństwem mogli już nie wrócić do dawnych stosunków. Ani z tym, że najpewniej nie mieli zostać swoimi dobrymi przyjaciółmi.
Okoliczności uległy zmianie. Czasy się zmieniły, ludzie się zmienili, nieludzie też. Miał swoje za uszami. Nie zamierzał udawać, że nie. Brał odpowiedzialność za swoje uczynki. Tyle tylko, że przeprosił już za nie tę właściwą osobę. Tak, wobec Rotha też miał dług, ale nie zamierzał go spłacać przed wyrównaniem tego, na którego uiszczeniu bardziej mu zależało.
- Nie musi - być może warto byłoby, żeby dał inną odpowiedź, ale przecież obiecali sobie szczerość.
Więc Ambroise był szczery. Nie potrzebował tego do szczęścia. Nie musiał być aprobowany. Nie potrzebował, aby ktokolwiek do niego przywykał. Zamierzał tu być. Mieli jasność pod tym względem. To było dla niego najważniejsze.
No i śniadanie. W końcu to najważniejszy posiłek dnia, co nie?
Składając ostatni pocałunek na ustach Geraldine, odsunął się od niej, żeby podać im jedzenie, jednocześnie ignorując myśli o piciu krwi i zajmując się nalaniem im po kubku kawy. Dwa kubki...
...trzy?
- On pija coś innego niż krew? - Spytał ze zmarszczonym czołem, zamierając na kilka sekund z dzbankiem w górze.
Podtekst był raczej jasny: miał mu lać trzecią kawę?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
22.03.2025, 01:00  ✶  

Właśnie dlatego milczała. Nie było potrzeby, aby wtrącała się w tę wymianę zdań, chociaż trochę korciło ją to, żeby nieco uspokoić ich zapędy. Każdy z nich uznawał to miejsce za dom, chyba walczyli o swoje? Cóż, mógł należeć i do jednego i drugiego, w końcu obaj byli dla niej ważni i nie zamierzała żadnego z nich wykreślać ze swojego życia. Musiała zająć się bratem, wymagała tego obecna sytuacja, kiedyś na pewno mu się polepszy, a wtedy będą mogli zacząć rozmowy na temat jego ewentualnej wyprowadzki. Wiedziała, że Roise może raczej nie do końca akceptować ten nowy świat, do którego miał wejść. Kiedyś było im łatwiej, nie miała na sobie tylu spraw, mogli znajdować się tutaj tylko we dwójkę, pozwalać sobie na wszystko. To nieco się zmieniło, od kiedy powoli brała na siebie większość spraw swojej rodziny. Nie, żeby jej kiedykolwiek na tym zależało, ale jakoś tak wszystko się ułożyło, że to ona stała się osobą odpowiedzialną za te problematyczne sytuacje. Cóż, nie była chyba na to gotowa, ale próbowała sobie radzić, jak jej to wychodziło - wszyscy widzieli. Jej młodszy brat wampir zdążył pod jej dachem uzależnić się od eliksirów nasennych - brawo panno Yaxley, wyśmienicie się układało.

Dostrzegła to wymowne spojrzenie, wzruszyła na nie jedynie ramionami. Już nie zamierzała nic mówić na temat jedzenia, nie była szczególnie wymagająca jeśli o to chodzi, co nie zmieniało faktu, że Ambroise od zawsze ją rozpieszczał pod tym względem. Jakoś tak wyszło, że to on przygotowywał im posiłki, karmił ją, pilnował, aby nie chodziła głodna. Właściwie to nawet nie jakoś tak, po prostu Geraldine nigdy nie było szczególnie po drodze z kuchnią, jedyne, co nauczyła się przez te kilka lat, kiedy byli razem to gotowanie grzańca, kiedy szło o alkohol to była w stanie opanować podstawowe umiejętności. Gdy Roise zniknął z jej życia Triss ponownie zaczęła dostarczać jej jedzenie i dla niej gotować, to było całkiem wygodne, bo inaczej pewnie żywiłaby się gotowym żarciem, co też nie byłoby jakieś dramatyczne, bo nie miała za bardzo wyszukanych kubków smakowych.

Ulżyło jej kiedy usłyszała kolejne słowa swojego chłopaka. Nie miała pojęcia, jak zareaguje na tę propozycję, chociaż nie czuła, że uznałby to za coś nieodpowiedniego. Miała świadomość, że pracował z różnymi przypadkami, sporo widział w swoim życiu, na pewno nie ruszyłby go nieżywy pijący krew ze szklanki. Nie byli szczególnie wrażliwi na takie nietypowe widoki, dlatego nie do końca potrafiła zrozumieć Astarotha, który wzgardził jej propozycją. Jasne, to nie było typowe, ale nie widziała w tym niczego złego.

- Myślisz, że on w ogóle czuje różnicę, jest taki zimny... - Nie miała pojęcia, czy Roise miał przyjemność dotknąć jej brata... miał, wtedy kiedy tłukli się na podłodze w przedpokoju, nie sądziła jednak, żeby wtedy faktycznie miał możliwość jakoś szczególnie się na tym skupić. Był zajęty próbą przeżycia.

Nie miała pojęcia, czy Roth wkurwi się o to, że Ambroise zużył całą ciepłą wodę, tak naprawdę bardzo mało wiedziała o jego przyzwyczajeniach, przynajmniej od momentu, w którym stał się bestią. Powinna była uzupełnić wiedzę, tak, czas najwyższy to zrobić. Nie musiała jak dotąd interesować się przyzwyczajeniami wampirów, bo tylko i wyłącznie je zabijała, to była dla niej nowość.

- Właściwie to masz rację, nie musi, a Ty i tak tutaj będziesz. - Nie było sensu szukać aprobaty u Astarotha, na pewno nie w tej chwili, zresztą, czy to cokolwiek zmieniało? Tak, czy siak Roise miał być obecny w jej życiu, bez względu na wszystko. Nie mogła oprzeć się chęci pociągnięcia go za ten jakże gustowny, ale okropnie przykrótki fartuszek. Nachyliła się więc i sięgnęła ręką za jego rąbek, przyciągnęła Greengrassa ponownie bliżej siebie. Najlepiej by było, gdyby w ogóle się od niej nie oddalał...

- Cieszę się, że tutaj jesteś. - Nikt nie mógł zabronić jej mu tego powtarzać, co chwilę. Prawda? Zamierzała więc przypominać mu to tak często jak mogła. Naprawdę była szczęśliwa, tak zwyczajnie, prosto, jak dawno jej się nie zdarzało. Te pocałunki były wyjątkowo słodkie, jak żadne inne, chociaż może, może kiedyś robili już to w ten sposób, wtedy, gdy cały świat wydawał się mieć na siebie nałożony różowy filtr.

- Nie może. Roth pija tylko krew. - Nie brzmiało to szczególnie kolorowo, ale tak wyglądała ich rzeczywistość, musieli do niej przywyknąć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
22.03.2025, 03:49  ✶  
Oparł się o szafkę, krzyżując ręce na piersi i przyglądając się jej z wyraźnym zainteresowaniem. Badawczo, przenikliwie, może trochę wyzywająco. Liczył na to, że prędzej niż później, Geraldine podzieli się z nim swoimi przemyśleniami. A zdecydowanie miała ich wiele. Znał to spojrzenie. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co oznacza ten błysk w jej niebieskich oczach i lekkie wygięcie warg.
Tyle tylko, że ku własnemu niezadowoleniu, w dalszym ciągu mógł tylko spekulować o tym, co siedzi w jej głowie. Tak jak o wszystkim, co działo się dookoła nich a do czego musiał przywyknąć. Po części na nowo, częściowo wracając do dawnych nawyków. Z kilkoma sprawami wypadało, aby przeszedł do porządku dziennego. Innych raczej nie zamierzał tolerować. Picie krwi przy stole nie było znów takie wybitnie gorszące czy kontrowersyjne. Nie widział w tym problemu. Akurat nie tu.
- Powinienem zrobić rozeznanie - stwierdził zamiast bawić się w spekulacje, które do niczego by ich nie doprowadziły.
Nie wiem na ogół nie było odpowiedzią, która by go satysfakcjonowała. Jasne. Były tematy, na które nie czuł potrzeby zdobywania informacji. Dla przykładu: ani trochę nie kwapił się do tego, żeby dokształcać się w zakresie większości magicznych zwierząt. Rzecz jasna poza ten, jakiego wymagała od niego działalność medyczna albo czarnorynkowa.
Jego wiedza była oparta głównie na tym, co musiał wiedzieć oraz na tym, co liznął podczas wspólnych wypraw łowieckich. Tych, podczas których najczęściej pełnił jakże przydatną funkcję muła. Mimo wszystko co nieco zaobserwował. Nie był oporny na przyswajanie wiedzy.
Wręcz przeciwnie. Najzwyczajniej w świecie skupiał się głównie na tym, co naprawdę go interesowało. Cała reszta przychodziła mu jakoś bokiem. Z okazji, z konieczności, z tego, że po prostu wypadało, by nie był zupełnym ignorantem w tym zakresie. Obecnie to tyczyło się wampirów.
Tych, o których zaczął czytać praktycznie tuż po ich czerwcowej konfrontacji. Lubił wiedzieć, z czym ma do czynienia. Tyle tylko, że literatura na ten temat pozostawiała wyjątkowo dużo do życzenia. Była nie tylko uboga i niepełna, ale także bardzo niejasna. Nie miał krztyny wątpliwości, że całkowicie celowo. Ktoś bez wątpienia maczał w tym swoje długie blade paluchy o ostrych paznokciach.
Swoją drogą, Ambroise nie zwrócił uwagi na ręce Astarotha. W tym momencie odnotował sobie w głowie, aby sprawdzić, czy brat Geraldine wykształcił sępio chude szpony. Tak typowe dla przedstawiania krwiopijców we współczesnej kulturze, literaturze czy kinematografii.
Przypomniał sobie również o tym, że miał w planach sprawdzić jeszcze jeden szczegół, ale do tego potrzebował ziaren żyta. Wpierw musiał je zdobyć a w mieście nie było to takie łatwe. Zastanawiał się nad tym, czy być może Nora miała jakieś u siebie w cukierni...
...albo chociaż pszenicę. Pszenica też mogła być całkiem przyzwoitym zamiennikiem dla tego, co chciał zrobić. Może owies? Jęczmień raczej średnio mu pasował a szkoda, bo w kuchni pewnie znalazłby kaszę jęczmienną. Ryż? Nie, raczej nie ryż. Słonecznik? Nasiona słonecznika od biedy by uszły, choć były ciut za duże. Zbyt duże ułatwienie. A jednak z tego wszystkiego...
...tak, zamierzał spojrzeć w szafkach za prażonym słonecznikiem. Patrząc na swój fartuszek Kimi, był niemal święcie przekonany, że znajdzie je gdzieś pod ręką. Może nie do końca w zasięgu wzroku, bo patrząc na długość fartuszka, przyjaciółka Yaxleya była skrzatem domowym bądź karłem, ale gdzieś to musiało być.
Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, gdy Geraldine nachyliła się do niego a jej ręka delikatnie chwyciła rąbek jego fartuszka. Tak, to prawda. Był tutaj... ...wyjątkowo blisko niej, choć niewątpliwie mogliby być jeszcze bliżej, gdyby nie okoliczności... ...i nie zamierzał się oddalać. W tym momencie nie miał ochoty na głębsze analizy. Wystarczyło mu to, co mieli teraz.
Przyglądał jej się z bliska, dostrzegając każdy detal, nawet najmniejszy szczegół. To jak włosy opadały jej na ramiona, jak błyszczały jej oczy. To była ta sama dziewczyna, którą pamiętał, ale w tej chwili była dla niego czymś więcej. Była jego szczęściem. Nikt nie miał prawa zabronić im cieszyć się sobą. Nawet Astaroth. Zwłaszcza Astaroth.
Wspomnienia z przeszłości znów ożyły w jego umyśle. Chociaż świat wokół nich był chaotyczny, Roise miał wrażenie, że w tym momencie znaleźli swoją przestrzeń, gdzie wszystko nabierało sensu. Nie, nie chodziło o kuchnię. Tak, to było dużo bardziej złożone i skomplikowane, ale sprowadzało się do jednego: to oni decydowali o swoim losie. Zawsze miało tak być. Nawet w obliczu tego, co się działo. Mogła go pociągać za ten fartuszek tak często jak tylko chciała. Byłby kłamcą, gdyby powiedział, że nie pragnął tego samego.
- Nie chciałbym być nigdzie indziej - odmruknął, jeszcze mocniej unosząc kąciki ust, zanim zbliżył się do Riny, nie mogąc oprzeć się tym kilku kolejnym pocałunkom.
Nieśpiesznym, wręcz powolnym, trochę leniwym. Oparł czoło o czoło dziewczyny, zamykając na chwilę oczy. W tym momencie nie potrzebował niczego więcej.
- Dobrze byłoby wiedzieć czy ta woda robi mu różnicę - Zerknął na nią z ukosa, unosząc brwi.
Jego ręka mimowolnie przesunęła się na jej plecy, przyciągając ją jeszcze bliżej. Obecność Astarotha, chociaż niepokojąca, zdawała się być na chwilę zepchnięta na dalszy plan. W końcu i tak go tu z nimi nie było. Poszedł pod prysznic. Nie miało go być...
...ile?
Tak. To był kolejny dowód na to, że zdecydowanie powinien uzupełnić swoją wiedzę w zakresie wampirów. Bez wątpienia miał z czasem zacząć rejestrować rutynę ich trzeciego lokatora, przyswajając wszelkie przydatne informacje. Jak na przykład to, czy mieli teraz bliżej pięciu, czy piętnastu minut. Nie to, żeby robiło mu to jakąś specjalną różnicę...
...i tak dał pociągnąć się za brzeg fartuszka. W dalszym ciągu nie zamierzał stronić od tak znaczących sugestii dotyczących tego, gdzie powinien się znaleźć. Co prawda to oznaczało, że bekon faktycznie miał wystygnąć, ale tak jak to sam stwierdził: zawsze mogli usmażyć drugą partię. Trzecią i czwartą również. Zgodnie z życzeniem, kupił w sklepie naprawdę zajebiście dużo bekonu.
W praktyce nie musieli martwić się o braki przez jakiś dzień?... ...góra dwa dni? Później należało, by skoczył po znacznie większe zakupy niż te, które zrobili rano w drodze ze spaceru z psami. Zdążył zorientować się, że kuchnia zaczęła świecić pustkami. Nic dziwnego. W końcu przez tydzień przebywali poza Londynem a Astatotha najwyraźniej nie interesowało nic, co nie było żyłą bądź tętnicą. No, od biedy workiem do przelania w kubek.
Zatem już na samą czystą logikę, Ambroise mógł przewidzieć odpowiedź dotyczącą kawy. W innym razie najpewniej mieliby w kuchni coś więcej niż tylko resztkę zmielonych ziaren i ze dwie garści całych. Przesypanych do tego samego żenująco uroczego słoiczka (tylko większej wersji), co jego przyprawy. Westchnął ciężko, po czym odstawił dzbanek na blat. W takie miejsce, aby nie ryzykować oparzeniem, gdy ponownie oprze się na rękach tuż przy udach jego dziewczyny.
Nie zwlekał z tym zbyt długo. Zbliżył się. Wrócił na swoje miejsce, kolejny raz wspierając się na ramionach. Oparł się rękami o blat, wpierw przejeżdżając palcami po jej udzie. Delikatnie, całkiem subtelnie, czując ciepło jej skóry i wyginając wargi w uśmiechu. Znów byli blisko.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#15
22.03.2025, 14:58  ✶  
Prysznic nie robił mi rewelacji z samopoczuciem. Miałem wrażenie, że czegoś w nim brakowało. Najpewniej ciepła czy też gorąca, które choć na chwilę podniosłoby temperaturę mojego ciała, ale mój przytępiony umysł nie był w stanie tego wychwycić. Może to i dobrze, bo jeszcze przypomniałyby mi się sceny z domu Laurenta. Te po wydarzeniach z Windermere. Miałem go podnieść na duchu, a mało co go nie zabiłem.
Może jednak powinienem dać Ambroise’owi wyrwać sobie kły? Byłbym mniej niebezpieczny.
Stałem pod natryskiem i znowu odpływałem myślami w obce rejony. Windermere. Dużo wody. Kontrola. I jej utrata. Usilna potrzeba spacyfikowania Geraldine, bo była największym zagrożeniem z tego motłochu. Chciałem ją dorwać, nieświadomą, podstępem. Ugh.
Ale wtedy miałem siłę woli, by wygrać. Czemu więc teraz przegrywałem walkę z pożądaniem krwi?
Wpatrywałem się w spływające po mnie krople. Zdawały się takie nieświadome tego, że spływają po wampirze. Po trupie. Nie robiło im to różnicy. Spływaaałyyy…

Ocknąłem się. Nie byłem pewien, po jakim czasie. Jedynym sposobem, by to sprawdzić, było spojrzenie na Geraldine i Ambroise’a. O ile byli prawdziwi. O ile nie byli snem. Jeśli byli snem, mogło ich już nie być. Mogli nie żyć. Albo mogli wracać najebani w środku nocy. Albo Ambroise odprowadzałby najebaną Geraldine – to chyba prędzej.
Cóż, chuj z czasem i z nimi! Zapomniałem o dawce eliksiru. Nadszedł czas, żeby wziąć kolejną i zasnąć, więc ubrałem się w pośpiechu. Zapomniałem o świeżych ubraniach, więc założyłem te, w których spałem. Nie robiło to wielkiej różnicy.
Wypadłem z łazienki, jakby mnie coś goniło, i szybko tego pożałowałem, kiedy w drodze do pokoju mój wzrok padł na kuchnię. Skrzywiłem się.
Ambroise, z tym swoim tyłkiem w majtkach, dobierał się do Geraldine…
Aż mnie cofnęło na ten obraz. Dosłownie cofnęło o krok.
— Myślałem, że już poszliście… NA MERLINA, NIE JESTEŚCIE TU SAMI! — stwierdziłem zamyślony, by zaraz podnieść oburzony głos. — Też korzystam z tego blatu.
Może Geraldine to Geraldine… Nie robiła tu zgorszenia, bo mieszkaliśmy razem od dawna i ogólnie dorastaliśmy razem, ale Ambroise… BYŁ OBCYM CHŁOPEM.
— Wielkie dzięki. Nie czułem smaku herbaty. Teraz będę w niej czuł Ambroise’a. OBRZYDLIWE.
Kręcąc głową, zmierzyłem ich wzrokiem. Mieli coś na swoją obronę?! Z pewnością nie. Najgorzej, bo to zakrawało o hipokryzję. Gdybym nie był martwy, pewnie zaliczyłbym z przypadkowymi osobami każdy kąt mieszkania Geraldine. Za wyjątkiem jej zabezpieczonej sypialni.
Spojrzałem w sufit i odetchnąłem głęboko. Może jednak to był zły sen. Oby to był zły sen.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
22.03.2025, 21:18  ✶  

Zbyt wiele spraw kłębiło się teraz w jej głowie, żeby mu o tym wszystkim mówiła. Naprawdę nie do końca wiedziała od czego powinni zacząć. Niby Roise wiedział o tym, że wchodzi do tego domu poniekąd do pakietu, który już się w nim pojawił. Nie miała pojęcia czy będzie mu to odpowiadało na dłuższą metę, bo Astaroth potrafił być irytujący, ona do tego przywykła, ale on wcale nie musiał. Jasne, mówił o tym, że jej pomoże, ale chyba nie do końca wiedział na co się pisze, nie, żeby ona wiedziała, bo mimo tego, że mieszkała z wampirem od kilku miesięcy to jeszcze nie nauczyła się zbyt wiele o jego zwyczajach, przyzwyczajeniach, czy wszystkich tych zmianach, które nastąpiły. Niby mieszkali razem... ale ona w tym mieszkaniu była raczej gościem. Jako, że trwało lato, to większość czasu spędzała poza domem. Nie miała zbyt wiele czasu, aby skupić się na bracie, szczególnie, że jej własne życie postanowił przejąć wyimaginowany brak bliźniak, którym to musiała się zająć w pierwszej kolejności. Może przez to trochę go zawiodła, ale wolała zacząć od uporządkowania tej części swojego życia.

- Droga wolna, chociaż nie wiem, czy to będzie takie proste. - Roth jakoś nie za bardzo lubił się dzielić informacjami na temat tego, jak wyglądało jego wampirze życie. Yaxleyówna nie chciała go ciągnąć za język, wiedziała, że to mogło być niekomfortowe, chociaż może powinna?

- To dobrze, bo ja nie chciałabym, żebyś był gdzieś indziej, więc po raz kolejny mamy zgodność. - Bez względu na wszystko tak? To teraz było ich wspólne bagno, szkoda tylko, że w dużej mierze to ona była za nie odpowiedzialna, ale skoro doszli do porozumienia, skoro zadecydował, że chce trwać przy jej boku to nie zamierzała już jakoś szczególnie rozkładać tego na części pierwsze. Tak, jej aktualne życie było sporym bałaganem, ale musiało mu to nie przeszkadzać, skoro postanowił do niej wrócić. Tyle, aż tyle, bez sensu więc było trzymać go z daleka od tego wszystkiego, miał się stać częścią jej życia, więc nie chciała udawać, że jest mniej skomplikowane i problematyczne, to i tak by kiedyś wyszło na światło dzienne. Mieli być ze sobą szczerzy, także tym się kierowała.

- Możemy przeprowadzić wywiad z wampirem, pewnie szybko się wkurzy, ale może uda nam się coś z niego wyciągnąć. - Odparła cicho. Dobrze było znajdować się tak blisko niego, cieszyć się tą obecnością, szczególnie, że miała świadomość, że tak miała teraz wyglądać ich codzienność. Okropnie jej tego brakowało. Sięgnęła dłonią w stronę kosmyka włosów, który opadał mu na twarz i schowała mu go za ucho, a później przejechała opuszkiem palca po linii szczęki mężczyzny.

Ataroth zniknął w łazience, nie miała pojęcia ile go nie będzie, ale była to całkiem dogodna okazja, aby znowu nieco się do siebie zbliżyli, w końcu trwał ich miesiąc miodowy, może nie oficjalny, ale pamiętała, jak to było za pierwszym razem, kiedy zmienili ramy swojej relacji, teraz czuła się bardzo podobnie, najchętniej cały czas znajdowałaby się bardzo blisko niego, właściwie to na nim, a może pod nim... Może kuchnia, którą teraz dzielili z jej bratem nie była do tego odpowiednim miejscem, ale skoro zniknął, pewnie nawet nie zauważyłby, co tutaj robili.

Roise ruszył się, aby odstawić dzbanek z kawą, cóż, nie zastanawiała się szczególnie długo, kiedy do niej wrócił, zrobiła mu miejsce między swoimi nogami, aby mógł znaleźć się jeszcze bliżej, przyjemny dreszcz przeszedł jej po ciele kiedy dotknął opuszkami palców jej uda. Gdy był dostatecznie blisko i oparł się ramionami o blat zaplotła swoje nogi wokół jego pleców, znajdował się w pułapce, a ona nie miała zamiaru go teraz z niej wypuścić. Na jej twarzy malował się uśmiech, kiedy po raz kolejny uniosła głowę, aby skraść mu pocałunek.

Była na tyle zajęta Greengrassem, że nie usłyszała kroków, które mogły uprzedzić ich o tym, że Astaroth się zbliża, chyba powinien się do tego przyzwyczaić... Tak, nie miał innego wyjścia, nie kiedy byli na tym etapie swojej znajomości, chociaż w ich przypadku to było bez różnicy, bez względu na czas trwania związku, zawsze lgnęli do siebie w ten sam sposób.

- Szybko wróciłeś. - Nie zamierzała wdawać się w niepotrzebne pyskówki, bo nie miało to sensu. Nie miała też pojęcia dlaczego Roth aż tak bardzo oburzał się ich bliskością, powinien się cieszyć tym, że byli szczęśliwi, czy coś.

- Roise całkiem ładnie pachnie, smakuje też. - Nigdy nie wypytywała brata o jego preferencje, czy był w stanie wyczuć na odległość, czy odpowiadał mu smak czyjejś krwi, czy każda smakowała tak samo, czy jednak miała różne walory? W ogóle powinna o to pytać, czy mogło zostać to uznane za niegrzeczne.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
23.03.2025, 00:10  ✶  
W tym wypadku nie mieli jasności. Być może żadne z nich nie zdawało sobie z tego sprawy, ale ich myśli i podejścia wyjątkowo mocno się rozmijały. Dla Ambroisa sytuacja była stosunkowo jasna: skoro obiecał zaangażowanie, zamierzał dotrzymać słowa. Wiedział, na co się pisze. Zdawał sobie sprawę z tego, że to miało być dalekie od prostego czy przyjemnego. Miał pełną świadomość, że w niektórych momentach mogło go to męczyć bądź irytować. Mimo to nie zamierzał zmieniać zdania.
Tym razem nie miał być kłamcą. Teraz naprawdę nie miał zamiaru odchodzić. Dawać ponieść się negatywnym myślom i odczuciom. Nieważne, na jaki temat. Zamierzał tu być, angażować się, szukać rozwiązań problemów zamiast produkować kolejne.
- Nie będzie - wzruszył ramionami; mieli być ze sobą szczerzy, nie? - Ale pamiętaj, z kim rozmawiasz. Mam swoje źródła - w tych słowach, wbrew pozorom całkiem łagodnych, również dominowała szczerość.
Przez ten tydzień powiedzieli sobie znacznie więcej niż przez wszystkie poprzednie lata. W tym również o sprawach, których dotychczas nie poruszali na głos. Zawsze zdawał sobie sprawę z tego, że jego dziewczyna widzi dużo. Nigdy nie wątpił w to, że Geraldine potrafi dodać dwa do dwóch i łączyć kropki. Tyle tylko, że trudno było to zrobić bez pełnego obrazu, który w pewnym sensie dostała podczas ich wspólnych dni w Whitby.
Co prawda w dalszym ciągu nie zdawał sobie sprawy z większości tego, co powiedział będąc pod wpływem. Nie miał zielonego pojęcia, ile tak naprawdę z siebie wyartykułował. Tamten dzień był dla niego trochę zbyt mglisty. Wywoływał ból głowy i odruchy wydmiotne już na samą myśl o tym, co Roise potem przeżywał.
Najgorszy kac w życiu. Może nie moralny, moralnego miewał znacznie głębszego, ale czuł się wtedy zupełnie rozłożony. Nigdy wcześniej nie czuł się aż tak źle a przecież nie wypił aż tak niebotycznych ilości alkoholu. Bywało, że był dużo bardziej pijany (szczególnie u teściów w Snowdonii) i nie poskładało go tak mocno.
Nie przeszło mu przez myśl, żeby wiązać to z dolaniem mu czegoś do herbaty. Przynajmniej poza prądem, o który sam prosił. Paradoksalnie: bycie otrutym było jednym z najgłębszych lęków Greengrassa. Tyle tylko, że ufał Yaxleyównie, prawda? Nie posądziłby jej o coś takiego.
Jakże głęboko by się pomylił. Nie byłby wyłącznie rozczarowany. Byłby wkurwiony. Wyszło na dobre, że nawet przez chwilę nie rozważał tej opcji. Winą obarczył alkohol. Może zepsute piwo w lokalnym barze albo coś z ich własnej spiżarki. Ewentualnie pusty żołądek, na który pił.
Tak czy siak ~~albo srak~~, raczej nie wracał myślami do tamtych chwil, gdy pół popołudnia spędził na modleniu się do Sir Johna Haringtona - wynalazcy toalety ze spłuczką. W pozycji półleżącej zgonując na zimnych kafelkach. Nie miał powodu, aby wspominać tamten dzień. Wiedział tyle, ile świadomie powiedzieli sobie nawzajem z Geraldine.
Jego interesy w półświatku zapewniały różnorodne kontakty. Pozwalały na nawiązywanie wielu niecodziennych relacji, ale przede wszystkim na dostęp do źródeł uznawanych za wyjątkowo kontrowersyjne. Daleko poza granicą legalności.
Po niektóre nie miał okazji sięgnąć. Robiąc rozeznanie w temacie, nie sądził, że podejmie decyzję o aż takim zaangażowaniu się w sprawy. W tym momencie raczej odnosił wrażenie, że będzie tu częściej niż rzadziej. Może nie rozmawiali na ten temat, ale bez wątpienia wiedział, do czego to zmierzało. Prędzej czy później. Już raz przez to przeszli.
Poza tym skoro miał pomagać w opanowaniu kryzysu, na pewno miało być mu łatwiej robić to będąc na miejscu. Nie musząc łączyć trzech źródeł zarobku ze skakaniem między dwoma mieszkaniami i do tego rodzinnym domem w Dolinie. Jedyną istotną kwestią było to, że lubił swoje aktualne mieszkanie. Zajmował kamienicę z przyjaciółmi, niekoniecznie chciał się z niej wynosić. Ale chciał być tutaj. Naprawdę chciał.
- Ładnie nam wyszła ta ostatnia wspólna misja, nie? - No, nie mógł się powstrzymać, ale nie mówił tego uszczypliwie.
Wręcz przeciwnie. W oczach Ambroisa pojawiły się iskierki rozbawienia. Na jego twarzy wykwitł uśmiech. Może trochę ją zaczepiał, ale to nie było nic niezwykłego. Nie, gdy chodziło o nich. Nie dało się ukryć, że był wyjątkowo szczęśliwy z tego obrotu spraw. Nawet nie próbował tego robić.
Wobec tego mógł wziąć na siebie kilka dodatkowych niedogodności, prawda? Poniekąd na tym polegała jego rola od...
...tak właściwie to od zawsze. Również w domu rodzinnym. Brał odpowiedzialność, załatwiał sprawy, interesował się, był. Tu też zamierzał to robić. Bez wątpienia należało pozyskać więcej informacji. Tyle tylko, że czy koniecznie prowadząc wywiad z wampirem?
- Znam jedną osobę, która mogłaby to skuteczniej zrobić, wiesz - zauważył, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że w istocie wiedziała - tyle tylko, że znasz jego podejście do wampirów - i tu był pies pogrzebany, nie?
Byli w impasie, nawet jeśli obecnie chyba niespecjalnie się tym przejmowali. No, Ambroise niezbyt. Stał przy blacie, czując na sobie intensywne spojrzenie Riny. Oddychał szybciej, czując ciepło, które emanowało od ciała dziewczyny. Jego wzrok wędrował po długich gołych nogach Geraldine, które kusiły go tego, aby na powrót przysunął się do niej. Nie musiała dwa razy go do tego zachęcać. Wystarczyło jednokrotne pociągnięcie za przykrótki fartuszek, żeby Ambroise na powrót znalazł się tuż przy niej. Pochylił się nad nią, ich usta zbliżyły się i już wkrótce jego wargi delikatnie musnęły miękkie usta ukochanej.
Nie miał zamiaru się opierać. Wydobył z siebie aprobujący pomruk, dając się wciągnąć w tę pułapkę, bo zdecydowanie nie miał nic przeciwko takiemu uwięzieniu. Jego dłonie wędrowały po jej ciele, a gdy objęła go nogami w pasie, poczuł dreszcz ekscytacji. Z leciutkim uśmiechem pociągnął ją zębami za wargę, kolejny raz doprowadzając do tego, że złączyli swoje wargi w pocałunku.
Tym razem już nie tak powolnym jak te pierwsze. Ten był znacznie bardziej żarliwy. Dokładnie tak intensywny jak fala gorąca, która przetoczyła się przez ciało Greengrassa. Dłonie Ambroisa zaczęły unosić rąbek koszuli Riny, całkiem dyskretnie sprawdzając, czy jego domysły o braku bielizny są słuszne. Razem mieli wszystko. Jedną koszulę, jedną parę bielizny...
...i tą błyskawiczną możliwość zgorszenia jej brata, który nagle odezwał się za ich plecami, przerywając im ich intymną chwilę. Niechętnie obrócił głowę, spoglądając przez ramię na niechcianego rozmówcę.
- Niestety - stwierdził znacząco, uderzając językiem o podniebienie. - Niestety nie jesteśmy. Przyniosę ci coś do odkażania powierzchni, jeśli masz aż taki problem - czyli jednak wampiry miały nerwicę natręctw; nawet nie musiał rozsypywać ziaren słonecznika na podłodze.
Nie odsunął się od dziewczyny. Nadal trzymał ręce na jej udach, pozostając blisko niej. Teoretycznie nie miał problemu z tym, aby obrócić się w stronę Rotha, ale wolał tego nie robić. Wiedział, że jego fizjologia zdradzała, w jakim momencie im przerwano. Ukrycie fizycznych oznak pożądania graniczyło z cudem. Zresztą miał to zupełnie gdzieś. Był dorosłym, zdrowym fizycznie mężczyzną spędzającym czas ze swoją partnerką w ich wspólnej kuchni. Tyle tylko, że odwrócenie się oznaczałoby też odsłonięcie Geraldine a to byłoby znacznie bardziej niezręczne.
Dużo bardziej od tego, co naprawdę miał ochotę uczynić. Naprawdę mało brakowało, aby całkowicie bezczelnie pokazał dupę Astarothowi. Brat Geraldine sam się o to prosił a Ambroise był w wyjątkowo zadziornym nastroju. Mimo to jeszcze panował nad tymi odruchami. Zamiast tego po prostu stwierdził dobitnie:
- Cmoknij mnie - ignorując słowa Geraldine o tym, że był smaczny.
Naprawdę nie potrzebował, żeby zapewniała o tym Rotha.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#18
23.03.2025, 18:36  ✶  
I powiedzcie mi, jak miałem być zdrowy na umyśle, skoro rozgrywały się przede mną takie obrazy? I to w momencie, kiedy byłem na skraju wytrzymałości. Niby tak niewinnie, a jednak Ger z Roisem wbijali mi kolejne gwoździe do trumny. A ja naprawdę nie potrzebowałem już więcej gwoździ. Dusiłem się. Metaforycznie, rzecz jasna.
Ale chwila! Przecież i tak byłem szczęściarzem, gdyż słodka Bogini Matka oszczędziła mi dodatkowych widoków, o których nie miałem pojęcia. Nie, to wcale nie była łaska Ambroise’a. Po prostu miałem jeszcze trochę ponieżyć. Chociaż to. Nie byłem pewien, jakbym zareagował, widząc ich miejsca intymne. Jednym, wielkim rzygiem.
Na szczęście nie miałem okazji zniesmaczyć się jeszcze bardziej, więc skupiłem te jedyne komórki w mózgu, które aktualnie nie spały, do tego, żeby analizowały sytuację zaistniałą.
Geraldine mówiła, że szybko wróciłem, co oznaczało, że najpewniej śniłem. Prysznic… trwał mi długo. Z pewnością nie był szybki. Chyba nawet tam zasnąłem. Nie byłem tego pewien, ale ona mówiła, że szybko… Czas mi się rozmazywał. Byłem tak zmęczony, że równie dobrze mógłbym się przekonać, że to wszystko, cała ta żenująca scena w kuchni, była kolejną warstwą snu.
Nie było źle. Całkiem dobrze. Przy dobrych wiatrach, kiedy się obudzę, mieszkanie będzie puste. Nie będzie Geraldine, a tym bardziej nie będzie Greengrassa. Chwała.
— Sam się cmoknij — odpyskowałem Ambroise’owi, nawet nie patrząc na niego. Zamierzałem się ewakuować, żeby zakończyć tę maskaradę. Chciałem zapomnieć o tych pośladkach. Nie chciałem ich widzieć w swoich wspomnieniach.
Gdybym jeszcze mógł sobie modyfikować pamięć, byłbym najszczęśliwszym trupem w całym Londynie.
— Bawcie się dobrze. Idę spać, skoro dopiero południe — dodałem z przekąsem, odnosząc się do ich szampańskiego spędzania czasu.
Odwróciłem się na pięcie i zwiałem do siebie. Trzasnąłem mocno drzwiami, żeby nie mieli żadnych wątpliwości – nie podsłuchuję, nie podglądam, nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Niech mnie piekło pochłonie, jeśli użyję tego blatu, zanim go porządnie zdezynfekuję.

Postać opuszcza sesję
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
23.03.2025, 23:08  ✶  

- Nie zapominam o tym, wręcz zachęcam do korzystania z nich w tym przypadku, bo to może nam pomóc. - Oczywiście pamiętała, czym zajmował się Roise na rynku czarnomagicznym. Nie dało się zapomnieć o tych wszystkich książkach, które walały się po ich mieszkaniu, czy domu. Przynosił ich bardzo wiele. Czasem okropnie ją wkurwiały, bo potykała się o nie w środku nocy, gdy szła zapalić sobie fajkę przy oknie. Czy tego chciała, czy nie, nie była w stanie zapomnieć o tym, czym zajmował się jej chłopak w wolnym czasie. Tym razem jednak mogło im to wyjść na dobre, a nie tylko zakończyć się bólem największego palca u stopy.

Sporo udało jej się z niego wyciągnąć podczas tego pamiętnego poranka w Whitby. Nie zamierzała wracać jednak do tej rozmowy, nie sądziła, że wspomnienie o tym, że napoiła go wtedy eliksirem ze Szczyrku byłoby na miejscu. Nigdy nie zdarzyło jej się postępować w ten sposób, nigdy nie sięgała po takie metody, ale musiała wiedzieć, zależało jej na tym, aby jak najwięcej z niego wyciągnąć, by mieć w końcu spojrzenie na cały obraz, a nie na jego część. Liczyła na to, że Roise nigdy nie dowie się o tym, co zrobiła, bo głupio by jej było się do tego przyznać, nie postępowała bowiem w taki sposób, to było ujmą na jej honorze, z którą jakoś musiała teraz żyć. Broń Morgano, nie żałowała tej decyzji, bo dzięki temu faktycznie dowiedziała się sporu informacji, ale wolała okryć milczeniem to, w jaki sposób je zdobyła.

- Nam wszystko zawsze razem wychodzi ładnie, dobrze, że sobie o tym przypomnieliśmy. - Jakże mogliby w ogóle o tym zapomnieć? Kiedy byli razem wszystko wydawało się prostsze i łatwiejsze, we właściwym miejscu. Naprawdę cieszyła się, że powoli wracali do tego, co kiedyś mieli, a w sumie to próbowali znaleźć sobie nową drogę, jak zwał tak zwał, najważniejsze, że wspólnie się w to angażowali.

- Tak, znam jego podejście do wampirów, więc nie ma szans, żeby to wyszło, a szkoda. - Cóż, nie mogli zmuszać siłą przyjaciela Roisa do tego, żeby im pomógł, a szkoda, bo jego wyjątkowe umiejętności naprawdę mogłyby się im teraz przydać. Cóż, musieli sobie jakoś poradzić bez Romulusa. Na pewno dadzą radę, zawsze im to jakoś wychodziło, tym razem nie mogło być inaczej. Ogarną ten wampirzy świat Astarotha.

Postanowiła skorzystać z tej okazji, która się pojawiła. Jej brat zniknął za drzwiami, nie wiadomo, kiedy miał do nich wrócić, dlaczego mieliby się powstrzymywać przed tym, aby ponownie się do siebie zbliżyć? Warto było wykorzystywać każdą chwilę na to, aby się sobą cieszyć, szczególnie po tych prawie dwóch latach, podczas których musieli trzymać ręce przy sobie (no nie licząc tego jednego sporadycznego, majowego wieczoru, gdy trochę za bardzo ich poniosło, o czym zresztą nie rozmawiali i nie sądziła, że kiedykolwiek porozmawiają).

Także była wyjątkowo zadowolona, gdy Roise znowu znalazł się przy niej, kiedy złączył ich usta w pocłaunku, tym razem już nie takim słodkim jak chwilę wcześniej, przyjemne ciepło zaczęło ogarniać jej ciało, zwłaszcza, że znajdowali się tak blisko siebie, i nie oddzielało ich ciał zbyt wiele warstw materiału.

Była skłonna ulec temu pożądaniu, które pojawiło się zupełnie znienacka, jakoś tak już mieli, że wystarczyła iskra, aby zaczęli zmierzać ku zaspokojeniu swojego pragnienia, tyle, że tym razem nie byli tutaj sami, o czym przypomniał jej głos Astarotha, który stał ponownie w kuchennych drzwiach. Jęknęła cicho niezadowolona, nie do końca podobało jej się to, że przerwał im ten moment, ale powinna chyba przywyknąć do tego, że teraz będą mieli pewne utrudnienia w tym, co kiedyś wydawało się być takie proste.

Nie zdążyła mu życzyć spokojnej nocy, może bardziej spokojnego snu? bo mieli dzień? Uprzedziło ją w tym trzaśnięcie drzwi kuchennych, które Astaroth zamknął bardzo teatralnie. Powinni do tego przywyknąć, było to chyba coś na miarę nastoletniego buntu? Sama nie wiedziała, jak to nazwać. Nie mogli się tym, aż tak bardzo przejmować, bo nie miało to większego sensu, pewnie niedługo mu przejdzie i przywyknie do tego, jak wyglądała sytuacja.

- Zapewne szybko tu nie wróci... - Czyli mieli czas dla siebie, może nie powinno jej to szczególnie cieszyć, ale w tej chwili naprawdę była zadowolona z tego, że postanowił zaszyć się w swojej sypialni.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
24.03.2025, 01:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2025, 01:22 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Zamrugał dwukrotnie, słysząc tak gładkie słowa padające z ust Geraldine. Tego jeszcze nie grali. Jasne, miał świadomość, że jego dziewczyna w przeszłości zaakceptowała tę część interesów, które robił. Zajmował się nie tylko leczeniem. Nie dało się tego ukryć, nie gdy byli tak blisko i zamieszkali ze sobą w przeciągu niespełna tygodnia od zostania oficjalną parą. Nie chciał jej okłamywać, więc uprzedził ją, na co się pisała.
Jednak zawsze były między nimi te spiny. Większe dotyczące tego, że nie chciał jej mieszać w swoje zajęcia, nawet jeśli sam mocno przy tym ryzykował. Mogła zostać nieformalną wdową, nawet o tym nie wiedząc, dopóki nie uświadomiłaby sobie, że on już nie wróci. Wymusił na niej obietnicę, że nie będzie go wtedy szukać i że nie spróbuje zemścić się na jego oprawcach. To bez wątpienia kładło się cieniem na ich relacji.
Z drugiej strony mieli też te drobniejsze tematy. Jego książki i woluminy piętrzące się dosłownie wszędzie. Zazwyczaj składał je według swojego systemu. Tyle tylko, że wyłącznie on wiedział jak ten system działa. I dlaczego do chuja Merlina, Roise, to tu leży?!
Co prawda starał się nie być zbyt ostentacyjny w rozkładaniu po domu dowodów na to, że sam także interesował się nekromancją czy czarną magią. Większość jego prywatnych notatek albo co cenniejszych zdobyczy trzymał schowane. Nie chciał być kimś takim w oczach Geraldine. Nawet jeśli nie wstydził się swoich zainteresowań. Po domu leżały głównie rzeczy na sprzedaż, pod wymianę, handel.
Poza tym z biegiem lat sam także odszedł od zgłębiania wiedzy na tematy, na które już nie miał potrzeby tego robić. Dojrzał. Stał się innym człowiekiem. Spokojniejszym, bardziej opanowanym.
Wydoroślał, nie dało się tego nie dostrzec. Nie musiał już próbować łapać wielu srok za ogon. Nie potrzebował osiągnięć na płaszczyznach, które zagrażałyby jego nowemu życiu. Rodzinie, którą powoli chciał planować.
Przez ostatnie półtora roku cofnęli się we wszystkim, co kiedyś osiągnęli. Wrócił do starych nawyków. Na nowo pogrążył się w chaosie. Odświeżył dawne układy, stare przyzwyczajenia. Na tyle intensywnie, tak głęboko, że gdyby miał być całkowicie szczery, nie dało się ukryć: był czarnoksiężnikiem.
Głównie w naukowym ujęciu, ale pod kątem wykorzystywania wiedzy w praktyce także zabrnął już zbyt daleko, żeby nazwać to byciem na prostej drodze do zostania czarnoksiężnikiem. W tym momencie mieli w domu wyjątkowo intrygującą konfigurację osobowości. Czarnoksiężnik, łowczyni i wampir. Niedługo powinni pójść z tym do baru.
- W porządku - kiwnął głową, nie dodając: zostaw to mi, bo nie chciał kłócić się o to, że znowu zaczyna trzymać ją na dystans od swoich spraw.
A zdecydowanie instynktownie to założył. Nie potrzebowała mieszać się w takie czynności. To nie były przyjemne lektury. Poza tym wiedziała, że jeśli chodziło o szukanie informacji, nie trzeba go było ponownie zachęcać. W przeszłości miała okazję być świadkiem tego jak bardzo potrafił w to wsiąknąć.
Teraz też z pewnością nie zamierzał bawić się w półśrodki. Planował przeprowadzić dogłębne rozeznanie. Samodzielnie. Mimo tego, że rzeczywiście byli naprawdę dobrym zespołem. Ale o tym jeszcze nie mówił.
- Trudno byłoby zaprzeczyć - odpowiedział zamiast tego, coraz bardziej nieskrępowanie dając ujście kłębiącej się w nim fali porannego pożądania...
...mimo że mieli już południe. To był tylko drobny detal. Liczyło się to, że ponownie zostali sami, pochylając się ku sobie. Będąc tak blisko, że gdy nie składał pocałunków na jej miękkich warg, mógł zetknąć się z nią nosem. I nie tylko nosem. To też było całkiem sugestywne.
- Znajdziemy inny sposób. Może da się to jakoś obejść? - Mruknął tym razem już zdecydowanie mniej zainteresowany ciągnięciem tematu.
Nawet nie próbował ukrywać, że to coś innego zdecydowanie bardziej go przyciągało. Jej długie nogi oplecione wokół niego. Wilgotne wnętrza ud, miękkość szyi, na którą mógł przenieść pocałunki...
Kurwa.
Astaroth zdecydowanie miał fatalne wyczucie chwili. Zupełnie jak dzieciak wpadający w środku nocy do sypialni rodziców. Przynajmniej jeszcze się nie zrzygał, choć już sprawiał wrażenie, jakby mógł to zaraz zrobić.
- Niestety nie jestem tak giętki. Co innego twoja siostra - zasugerował z całą bezczelnością, na jaką było go stać. - Wróć za chwilę to się przekonasz - nie padło, bo nie musiało.
Ton jego głosu brzmiał wymownie, naprawdę wymownie. Ambroise stał tuż obok Geraldine z pełną świadomością tego jak nisko zagrał. Rzucił piłeczkę praktycznie w kostki Astarotha. Poturlał ją po podłodze, ale niespecjalnie się tym przejął. W tym momencie nie dało się bardziej zgorszyć Rotha, który zachowywał się tak, jakby co najmniej zastał ich w połowie naprawdę wyuzdanego numerka. A niestety tak nie było. Przerwał im praktycznie na samym początku zatracania się w sobie.
Tylko po to, żeby zaraz opuścić pomieszczenie. Z fochem godnym nastoletniego panicza. A niby to oni zachowywali się jak szczeniaki. Roise westchnął ciężko, w pierwszej chwili kręcąc głową. Potrzebował kilku sekund, żeby ująć myśli w słowa. Mieli problem? Bujda. To Yaxley go miał. Greengrass za to wpadł na rozwiązanie. Taki był uczynny.
- Możemy wstawić zamki - mruknął sugestywnie, mając na myśli zarówno kuchnię, jak i salon, których w tym momencie nie dało się zamknąć na klucz.
Co prawda w dalszym ciągu był zdania, że niespecjalnie przejmował się cudzą obecnością w ich mieszkaniu. To nie on miał mieć problem. Nie jego oczy miały być narażone na szeroko pojęte zgorszenie. Sam Ambroise raczej nie należał do ludzi, którzy poczuliby zażenowanie wpadając na kogoś w takiej a nie innej sytuacji.
Prawdopodobnie rzuciłby jedno spojrzenie w kierunku bladej i gołej dupy Astarotha. Tyle wystarczyłoby, żeby postanowił zrezygnować z bycia świadkiem cudzych aktów pożądania. Być może wziąłby to, po co przyszedł. W zależności od tego czy miałby nastrój na bycie ostentacyjnym I upierdliwym, czy może jednak wybrałby bycie dyskretnym i wyrozumiałym. Później wycofałby się do innego pomieszczenia, nie poświęcając chwili dłużej, żeby analizować to, czy powinien być zażenowany.
Miał raptem dziesięć lat starszą macochę. Dom w Dolinie Godryka był duży. Znacznie większy od mieszkania przy Alei Horyzontalnej, ale Roise w dalszym ciągu był świadkiem co najmniej kilku niechcianych sytuacji. Szczególnie, że miał osiem lat, kiedy Evelyn na stałe zagościła w ich życiu.
Później doszła do tego kwestia dzielenia dormitorium z bandą młodych dojrzewających chłopców na etapie burzy hormonów. Jeśli nauczyciele naprawdę sądzili, że do niczego tam nie dochodziło, byli w srogim błędzie. Podczas kończenia Akademii Munga dzielił wynajmowane mieszkanie w Londynie. Nie dlatego, że musiał. Przez to, że tak było zabawniej.
Miał liczne doświadczenie z wpadania na kogoś w różnorodnych pomieszczeniach (i pozycjach także) podczas spotkań socjety. Ze dwa bądź trzy razy zdarzyło mu się być świadkiem łamania zasad panujących w Mungu, choć sam nigdy tego nie robił. Był prywatnym uzdrowicielem. Bywał w melinach na Nokturnie albo w różnych dziwnych miejscach na Ścieżkach. Zdarzyło mu się leczyć kogoś w Zamtuzie.
No naprawdę nie sądził, że należało być aż tak zgorszonym widokiem dwojga ludzi mających ze sobą tak długą historię, zażyłość, miłość i (choć może jeszcze nie mówili o tym nikomu prócz siebie nawzajem) wspólne plany na życie. To nie był przypadkowy jednorazowy numerek. Byli upojeni sobą nawzajem, ale nie pijani. To, że zachowywali się trochę jak nastolatki w chuci?
Jemu to nijak nie przeszkadzało. Tak właściwie, komentując potrzebę zlecenia montażu zamków, chyba zakończył temat. Nie zamierzał bardziej tego analizować. Przynajmniej nie w tej chwili. Zwłaszcza słysząc te bardzo zachęcające słowa, które padły spomiędzy warg jego dziewczyny.
Oczywiście, że nie potrzebował więcej ponagleń, aby zamknąć jej usta pocałunkiem, powracając do tego, co im przerwano. Kolejny raz zatracił się w jej słodkim zapachu i smaku warg. Był prostym człowiekiem. To go uszczęśliwiało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (9308), Astaroth Yaxley (2471), Geraldine Greengrass-Yaxley (4990)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa