23.07.2025, 12:53 ✶
– No przecież mówię, że nie mogłabym… – powiedziała Brenna, bardzo nie pasującym do niej, niemalże marudnym tonem małego dziecka, którego rzadko używała nawet kiedy tym dzieckiem faktycznie była. Przecież się zreflektowała! – Nie mogę mówić ludziom, jak kogoś mordować, bo to niewłaściwe – sprostowała, wszak robiła rzeczy, które Detektyw Brygady niekoniecznie przystały, nawet tej konkretnej nocy, gdy z informacjami pobiegła najpierw do Zakonu Feniksa, a dopiero potem, starannie przefiltrowane przekazała Ministerstwu.
– Nie jesteś? Myślałam, że jesteś – zdziwiła się. W jej umyśle, wciąż zaćmionym mieszanką leków, pozostawało perfekcyjnie logiczne mówienie teraz o klubie książki, przecież mówiła, że chciałaby, żeby Basilius im pomagał. Millie chciała z nim o tym porozmawiać osobiście i mówiła, że się zgodził… – Bo jesteś lekarzem, a lekarz zawsze się przyda na spotkaniach – dodała jeszcze, dalej wiedziona tą samą logiką, która dla niej była zupełnie prosta, a dla kogoś innego pewnie przypominała nie linię prostą, a jakiś szalony wykres, ze strzałkami biegnącymi we wszystkie strony i dużą ilością krzywych w różnych kolorach.
Nie pociągnęła jednak tematu, bo najwyraźniej ten chochlik, zabierający mu różdżkę, był ostatnią kroplą przepełniającą czarę tej paskudnej nocy. I Brenna nie pomyślała teraz, że mogłaby spróbować kogoś zawołać. Albo poprosić Atreusa przez fale, żeby kogoś po nich przysłał. Nie. Widziała w tej chwili jedynie zmęczonego, załamanego uzdrowiciela, który miał za sobą wiele godzin ratowania ludzi i oglądania zniszczonego miasta. I jakoś w jej głowie układało się to znowu bardzo prosto: nie mogła pomóc tej nocy tak wielu ludziom, tyle osób zawiodła na więcej niż jeden sposób, ale mogła dla niego złapać tego cholernego chochlika!
– Nie martw się, zaraz go dorwę – przyrzekła, książki wylądowały na podłodze i Brenna moment później już znalazła się na najbliższym krześle, jakby zupełnie zapomniała, że jej noga i żebra nie mają się w tej chwili najlepiej, a do łapania chochlika musi wykorzystać tylko jedną rękę.
– Nie jesteś? Myślałam, że jesteś – zdziwiła się. W jej umyśle, wciąż zaćmionym mieszanką leków, pozostawało perfekcyjnie logiczne mówienie teraz o klubie książki, przecież mówiła, że chciałaby, żeby Basilius im pomagał. Millie chciała z nim o tym porozmawiać osobiście i mówiła, że się zgodził… – Bo jesteś lekarzem, a lekarz zawsze się przyda na spotkaniach – dodała jeszcze, dalej wiedziona tą samą logiką, która dla niej była zupełnie prosta, a dla kogoś innego pewnie przypominała nie linię prostą, a jakiś szalony wykres, ze strzałkami biegnącymi we wszystkie strony i dużą ilością krzywych w różnych kolorach.
Nie pociągnęła jednak tematu, bo najwyraźniej ten chochlik, zabierający mu różdżkę, był ostatnią kroplą przepełniającą czarę tej paskudnej nocy. I Brenna nie pomyślała teraz, że mogłaby spróbować kogoś zawołać. Albo poprosić Atreusa przez fale, żeby kogoś po nich przysłał. Nie. Widziała w tej chwili jedynie zmęczonego, załamanego uzdrowiciela, który miał za sobą wiele godzin ratowania ludzi i oglądania zniszczonego miasta. I jakoś w jej głowie układało się to znowu bardzo prosto: nie mogła pomóc tej nocy tak wielu ludziom, tyle osób zawiodła na więcej niż jeden sposób, ale mogła dla niego złapać tego cholernego chochlika!
– Nie martw się, zaraz go dorwę – przyrzekła, książki wylądowały na podłodze i Brenna moment później już znalazła się na najbliższym krześle, jakby zupełnie zapomniała, że jej noga i żebra nie mają się w tej chwili najlepiej, a do łapania chochlika musi wykorzystać tylko jedną rękę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.