Być może powinien odczuwać coś na kształt ulgi na myśl o tym, że Geraldine o tym nie wiedziała? Że nie zdawała sobie sprawy z tego, co tak naprawdę zrobił Roman? Że nie musiała mierzyć się ze wszystkimi emocjami, z jakimi Greengrass poniekąd także już przestał walczyć? Odpuszczał, naprawdę odpuszczał.
Tyle tylko, że nie Potterowi. Odpuszczał sobie. Naprawdę próbował osiągnąć coś w rodzaju może nie wewnętrznego spokoju, lecz zgody z samym sobą. Z myślą, że oto nadszedł czas na zmiany w jego życiu, choć nie do końca takie, jakich oczekiwał od tego wieczoru. Zamiast łączyć, musiał dzielić. Rozdzielać, odpychać, żegnać...
...i to nawet nie osobę, a wizję kogoś, wobec kogo miał bardzo określone i wcale nie tak wysokie oczekiwania. Przez lata wydawało mu się, że być może nie zawsze jest w stanie zrozumieć Romulusa, jednak są dla siebie ważni. Stanowią rodzinę. Nie tę z krwi a tę z wyboru. Równie istotną, praktycznie tak samo ważną. Najwidoczniej powinien lepiej precyzować swoje oczekiwania.
Choć nie. Nie. Po namyśle, nie miał sobie nic do zarzucenia. Przynajmniej nie w tej kwestii. Prosił wyłącznie o dwie rzeczy. Roman postanowił zakpić z nich obu. Wybrał karmienie własnego ego ponad to wszystko, co budowali razem przez lata. Chociaż, gdy tak przelotnie o tym pomyślał, Ambroise nie był w stanie jasno stwierdzić, na czym tak właściwie polegała ta dotychczasowa inicjatywa ze strony kumpla.
Jasne, spotykali się ze sobą nawzajem. Pili alkohol, jarali trawę, rozmawiali, grali w karty i tak dalej. Jednakże gdy przychodziło co do czego, to nie Romulus był przy nim. To nie Potter bez słowa zaoferował mu swoje ramię, nie na Romana patrzył w swoich najgorszych chwilach. O ironio, nie na człowieka, który pracował jako psychiatra, bo...
...abstrahując od tego, że Roise nie byłby skłonny zwierzać się ze swoich beznadziejnych myśli prosto w oczy jakiegokolwiek, nawet najbliższego przyjaciela. Nie zwykł i nie chciał rozmawiać o uczuciach. Robił to wyłącznie wtedy, gdy rzeczywiście nie istniała żadna inna możliwość i musiał, po prostu musiał (nawet jeśli nic nie musiał) to z siebie wylać.
Nie wierzył, zwyczajnie nie wierzył w to, że to byłby dobry pomysł. To nie tak, że nie ufał Potterowi. Choć może inaczej: ufał mu aż do tego wieczora, jednakże niespecjalnie widział siebie korzystającego z pomocy kogoś takiego. Zwracającego się do człowieka, który teoretycznie znał się na ludzkiej psychice, natomiast w praktyce nie mającego w sobie nawet najmniejszych oporów przed podjęciem decyzji o nadużyciu umiejętności względem innego kompana.
Może to, że znali się od tylu lat, miało wpływ na jego odczucia, jednak dla Ambroisa, Romulus miał pozostać kompanem od picia, nie materiałem na powiernika najskrytszych przemyśleń. Choćby był z niego najlepszy magipsychiatra, jakiego widziała Lecznica Dusz.
Najwyraźniej nawet dając Romkowi kredyt zaufania, podświadomie wiedział, co może mieć miejsce. Szkoda tylko, że nie skorzystał z tej wiedzy, podczas gdy prosił Pottera o zachowanie sekretu i wprowadzał go w swoje plany zaręczynowe. Być może sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby postanowił zrobić wszystko sam albo zwrócił się do kogoś innego. Nie było zresztą sensu spekulować.
Ognista się rozlała. Toastu nie było. Wpatrując się we wzniesienie przed nimi, powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że nie chciał, po prostu nie chciał, żeby Romulus miał kolejną szansę wtargnięcia z butami w życie jego czy Geraldine. Po prostu. Bez wielkich przemów, bez oznajmiania tego przez megafon, bez listów, bez wyjców. Nie potrzebował sygnalizować tego rozstania, żeby móc je przetrawić.
- Wyhodowaliśmy żmiję na własnym łonie, co? - Parsknął z nieznacznym uśmiechem, jednak bez śladu rozbawienia. - Chociaż, żeby to jeszcze była żmija. A to co najwyżej zaskroniec - tym bardziej, że przecież na sam koniec zemdlał, padł i udawał trupa. - Ewentualnie jaszczurka - ponownie prychnął pod nosem, dochodząc do wniosku, że to drugie porównanie mogło być równie właściwe.
Potter naprawdę sądził, że jest w stanie pozbyć się tego, co ciągnął za sobą. Zrzucał ogon, myśląc, że tym samym wyzbędzie się jakichkolwiek konsekwencji swojego postępowania. Znów mu wybaczą. Następnego dnia cofną swoje słowa, postanowią sprawdzić, co u niego, wcześniej pozwalając mu zaszyć się w sypialni zajmowanej w domu ciotki Corneliusa. Jak gdyby nigdy nic, wyniosą go do jego ciepłego pokoiku.
To nie miało mieć miejsca. A Roise nie czuł nawet najmniejszej potrzeby, aby pozostać w rezydencji i napawać się widokiem odchodzącego wygnańca. To samo w sobie także było wyjątkowo wymowne. Świadczyło o tym, że granicą rzeczywiście została przekroczona. Nigdy nie był wyrozumiałym człowiekiem. Jego cierpliwość całkowicie się wyczerpała.
Nie było spektakularnych syren alarmowych. Wielkich deklaracji, że jest blisko końca. Nie było spektakularnych wybuchów, wielkich przemów. To po prostu uszło z niego. W niemalże zupełnej ciszy, niczym powietrze z przebitego balonika. Nie miał zbyt wiele do dodania, nie czuł potrzeby wyjaśniać tego Yaxleyównie. Wiedziała.
- Wobec tego... ...ani my nie znaliśmy jego, ani on ewidentnie nas nie znał - skwitował, wzruszając ramionami. - Mam świadomość, że to może brzmieć dla ciebie mocno, ale - no, właśnie, ale jak miał to wyjaśnić bez mówienia o tym, co Potter próbował im odebrać, pragnąc zostać gwiazdą wieczoru? - Mieliśmy ustalenia. Wiele ustaleń. Potter złamał je wszystkie. Ot tak - a skoro ich nie szanował, czemu oni mieli szanować jego?
Zasada wzajemności była jedną z najważniejszych podstaw dla Greengrassa. To nie była tajemna wiedza.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down