11.03.2026, 15:53 ✶
Napięcie było wyczuwalne w oczywisty sposób i nie pachniało spalonym Londynem, a zawiedzionymi oczekiwaniami, nawet jeśli nie czytał Lorraine w myślach i nie miał świadomości do jakich straszliwych konkluzji dochodzi w swojej rozbitej emocjami i przeżyta tragedią głowie.
A może to nie była kwestia spalonej nocy? Może żal rósł w niej już wcześniej, nawet wtedy kiedy myśl o tym, że śmierciożercy spalą pół Londynu zdawała się niczym więcej jak narkotyczną mrzonką? Może zawsze oczekiwała od niego więcej. Może obiecał jej za dużo.
Może.
Jej śmiech zabrzmiał jak pękające dno łodzi płynącej do Wyspy Umarłych. Wyspy do której każdy powinien kiedyś się udać, wyspy, która połączyła muzycznym doświadczeniem ich ścieżki. Wyspy, która zniknęła za mgłą na horyzoncie zdarzeń, wobec narastających uprzedzeń i wzajemnego niezrozumienia.
Stał w bezruchu, czując jak milczenie zaciska się obręczą na sercu. Dobrze, że już wcześniej miał przekrwione oczy, aby nikt nie posądził go o nadmiar sentymentalizmu. Lorraine, ta w której widział swoją córkę, w której widział swoją dłoń na ulicach Nokturnu, której rozliczne talenty zawsze wzbudzały w nim podziw, których rozemocjonowane rozmowy do dziś wspominał, pośród dzieł kultury, pośród dźwięków zagranicznych sal koncertowych, pośród pogrzebanych piachem historycznych zabytków.
Czy z tym właśnie wiązało się bycie rodzicem? Z rozczarowaniem, z goryczą surowej oceny kolejnego pokolenia, z wyrokiem, który zapadł bez możliwości obrony, z potrzebą i pragnieniem partnerstwa, które ni jak nie mogłoby być zaspokojone. Oczekiwań, które nie mogły być wypełnione.
Nie łączyła ich krew, teraz, echem okrutnego śmiechu zdawało się że nie łączył ich już ani szacunek, ani wzajemna inspiracja, ani przyjmowanie się wzajem takimi jacy byli na prawdę. Bolesnego śmiechu z którym przyszła bolesna realizacja tego, jak mocno pielęgnował wizję, obraz sieroty potrzebującej jego opieki, wspinającej się ku niebu, dzięki możliwościom, które jej ofiarowywał ponad to jak doświadczało jej życie. Bolesna realizacja, że kobieta na którą patrzył zawsze z dumą odbiera każde jego słowo jak atak, próbę pomocy jako splunięcie w twarz, próbę rozmowy jako wycyzelowaną manipulację.
Nie. Anthony nigdy nie wiedział do końca jak postępować z dziećmi. Nie lubił dzieci. Ignorował dzieci. Czuł się niezręcznie w ich towarzystwie, póki nie pochwaliły się pierwszą przeczytaną książką. Sam gdy był dzieckiem spotkało go takie właśnie traktowanie i uważał, miał w sobie duże i mocno zakorzenione przekonanie, że to było najlepszą motywacją do wzrostu. Tymczasem kolejny odprysk, kolejna wada, kolejna rysa na charakterze nie możliwa do zaakceptowania.
Odwrócił wzrok. Rozejrzał się po przestrzeni kowenu tylko po to, by powrócić stalowymi oczyma do postaci zbliżającego się Baldwina. Przywitał się z nim, uścisnął mu dłoń - z ich dwójki zakładał, że to raczej malarz mógłby mieć problem z tym gestem, ale nie zamierzał jakkolwiek tego po sobie poznać, jakkolwiek odczytać z wyrazu twarzy swoich odczuć związanych z treścią listu minionej nocy.
To wrażenie, to niesłabnące poczucie pogardy, budowania swojego poczucia własnej wartości na udowadnianiu mu, jak bardzo się myli wobec wszystkiego. Mógłby pozbyć się całego majątku. Mógłby odbudować Nokturn, mógłby rozdać te pieniądze biedakom a i tak było mało. Był winny z samego faktu swojego istnienia. W ich oczach nie było dlań zbawienia, a ostre słowa Baldwina zlały mu się w jedno ze śmiechem Lorraine, jakby na moment przez pryzmat mężczyzny i całej z nim interakcji udało mu się dostrzec to, czego nie chciał widzieć w niej do tej pory. A może dzięki niej dostrzegł w nim to czego wcześniej nie zauważył? Obrazy, myśli, zmęczona empiria, złączyły się w jedno. Błąd poznawczy, to były dwie różne osoby. Błąd poznawczy, próbował sobie powtórzyć.
Czy jest sens wciskać koło w kwadratowy otwór? Czy jest sens czaszką rozbijać zbudowane urodzeniem ściany? Czy jest sens udowadniać, że jest się kimś innym niż jest się w rzeczywistości. Że jest się wartym? Że pasuje się do zakurzonego, pełnego dziwów i wspaniałości wnętrza Necronomiconu? Był zmęczony. Nie udowodnił przez te wszystkie lata Jonathanowi, że jest wart zaufania i włączenia do tajnej organizacji mającej uratować cały świat. Jak mógł udowodnić to Lorraine, która patrzyła na niego teraz, jakby nie łączyły ich wcale lata wspólnych doświadczeń.
Dom. Tata.
Dziwnie brzmiące słowa.
Obco.
Jak wiele jeszcze o niej nie wiedział? O jej życiu? Jak mógł w ogóle myśleć o sobie jako o jej ojcu, skoro śmierdzący spalenizną wiatr przemierzający święte miejsce zebrania rozwiał resztkę wątpliwości?
Pożegnał się i podobnie do właścicielki zakładu pogrzebowego odprowadził ich wzrokiem, nie patrząc na nią, jeszcze nie, nie mogąc na nią spojrzeć, jakby była to kropka wieńcząca wszystkie jego odczucia związane nie tylko z tym porankiem, a z minionym czasem. Zabawny list z podesłanym horoskopem wydawał się nagle tak odległym doświadczeniem, nieśmiesznym żartem losu uwypuklającym kontrastem obecnie ropiejącej rany. Popiół. Wszędzie popiół. Białe ręce. Czarny węgiel. Szara mgła. Woda zalewająca usta. Wszechogarniające zimno.
- Nie myślę tak. Jestem ciekaw jak chcesz rozplanować sieć, ale nie musisz mi tego mówić, jeśli miałoby to zaszkodzić sprawie, ufam Twojej ekspertyzie w tej materii. - Chciał pokazać, że interesuje się tematem, że interesuje się jej życiem, że jej środowisko jest dla niego ważne. Kolejne wiązania mostu opadające na dno nieprzebytego oceanu. I mgła na horyzoncie przesłaniająca jakikolwiek ląd. Może dlatego Matka sprawiła, że był homoseksualistą? Żeby nie miał dzieci? Może zwyczajnie nie był do tego predestynowany? Włożył ręce do kieszeni obracając karmelka w palcach i mimo zmęczenia powstrzymał ten nurt defetystycznych myśli. - Opowiedz mi - poprosił na końcu miękko, podążając za nią krok w krok do wnętrza kowenu za ostatnim przęsłem, za ostatnią wartością, która łączyła dwa tak obce sobie brzegi.
A może to nie była kwestia spalonej nocy? Może żal rósł w niej już wcześniej, nawet wtedy kiedy myśl o tym, że śmierciożercy spalą pół Londynu zdawała się niczym więcej jak narkotyczną mrzonką? Może zawsze oczekiwała od niego więcej. Może obiecał jej za dużo.
Może.
Jej śmiech zabrzmiał jak pękające dno łodzi płynącej do Wyspy Umarłych. Wyspy do której każdy powinien kiedyś się udać, wyspy, która połączyła muzycznym doświadczeniem ich ścieżki. Wyspy, która zniknęła za mgłą na horyzoncie zdarzeń, wobec narastających uprzedzeń i wzajemnego niezrozumienia.
Stał w bezruchu, czując jak milczenie zaciska się obręczą na sercu. Dobrze, że już wcześniej miał przekrwione oczy, aby nikt nie posądził go o nadmiar sentymentalizmu. Lorraine, ta w której widział swoją córkę, w której widział swoją dłoń na ulicach Nokturnu, której rozliczne talenty zawsze wzbudzały w nim podziw, których rozemocjonowane rozmowy do dziś wspominał, pośród dzieł kultury, pośród dźwięków zagranicznych sal koncertowych, pośród pogrzebanych piachem historycznych zabytków.
Czy z tym właśnie wiązało się bycie rodzicem? Z rozczarowaniem, z goryczą surowej oceny kolejnego pokolenia, z wyrokiem, który zapadł bez możliwości obrony, z potrzebą i pragnieniem partnerstwa, które ni jak nie mogłoby być zaspokojone. Oczekiwań, które nie mogły być wypełnione.
Nie łączyła ich krew, teraz, echem okrutnego śmiechu zdawało się że nie łączył ich już ani szacunek, ani wzajemna inspiracja, ani przyjmowanie się wzajem takimi jacy byli na prawdę. Bolesnego śmiechu z którym przyszła bolesna realizacja tego, jak mocno pielęgnował wizję, obraz sieroty potrzebującej jego opieki, wspinającej się ku niebu, dzięki możliwościom, które jej ofiarowywał ponad to jak doświadczało jej życie. Bolesna realizacja, że kobieta na którą patrzył zawsze z dumą odbiera każde jego słowo jak atak, próbę pomocy jako splunięcie w twarz, próbę rozmowy jako wycyzelowaną manipulację.
Nie. Anthony nigdy nie wiedział do końca jak postępować z dziećmi. Nie lubił dzieci. Ignorował dzieci. Czuł się niezręcznie w ich towarzystwie, póki nie pochwaliły się pierwszą przeczytaną książką. Sam gdy był dzieckiem spotkało go takie właśnie traktowanie i uważał, miał w sobie duże i mocno zakorzenione przekonanie, że to było najlepszą motywacją do wzrostu. Tymczasem kolejny odprysk, kolejna wada, kolejna rysa na charakterze nie możliwa do zaakceptowania.
Odwrócił wzrok. Rozejrzał się po przestrzeni kowenu tylko po to, by powrócić stalowymi oczyma do postaci zbliżającego się Baldwina. Przywitał się z nim, uścisnął mu dłoń - z ich dwójki zakładał, że to raczej malarz mógłby mieć problem z tym gestem, ale nie zamierzał jakkolwiek tego po sobie poznać, jakkolwiek odczytać z wyrazu twarzy swoich odczuć związanych z treścią listu minionej nocy.
To wrażenie, to niesłabnące poczucie pogardy, budowania swojego poczucia własnej wartości na udowadnianiu mu, jak bardzo się myli wobec wszystkiego. Mógłby pozbyć się całego majątku. Mógłby odbudować Nokturn, mógłby rozdać te pieniądze biedakom a i tak było mało. Był winny z samego faktu swojego istnienia. W ich oczach nie było dlań zbawienia, a ostre słowa Baldwina zlały mu się w jedno ze śmiechem Lorraine, jakby na moment przez pryzmat mężczyzny i całej z nim interakcji udało mu się dostrzec to, czego nie chciał widzieć w niej do tej pory. A może dzięki niej dostrzegł w nim to czego wcześniej nie zauważył? Obrazy, myśli, zmęczona empiria, złączyły się w jedno. Błąd poznawczy, to były dwie różne osoby. Błąd poznawczy, próbował sobie powtórzyć.
Czy jest sens wciskać koło w kwadratowy otwór? Czy jest sens czaszką rozbijać zbudowane urodzeniem ściany? Czy jest sens udowadniać, że jest się kimś innym niż jest się w rzeczywistości. Że jest się wartym? Że pasuje się do zakurzonego, pełnego dziwów i wspaniałości wnętrza Necronomiconu? Był zmęczony. Nie udowodnił przez te wszystkie lata Jonathanowi, że jest wart zaufania i włączenia do tajnej organizacji mającej uratować cały świat. Jak mógł udowodnić to Lorraine, która patrzyła na niego teraz, jakby nie łączyły ich wcale lata wspólnych doświadczeń.
Dom. Tata.
Dziwnie brzmiące słowa.
Obco.
Jak wiele jeszcze o niej nie wiedział? O jej życiu? Jak mógł w ogóle myśleć o sobie jako o jej ojcu, skoro śmierdzący spalenizną wiatr przemierzający święte miejsce zebrania rozwiał resztkę wątpliwości?
Pożegnał się i podobnie do właścicielki zakładu pogrzebowego odprowadził ich wzrokiem, nie patrząc na nią, jeszcze nie, nie mogąc na nią spojrzeć, jakby była to kropka wieńcząca wszystkie jego odczucia związane nie tylko z tym porankiem, a z minionym czasem. Zabawny list z podesłanym horoskopem wydawał się nagle tak odległym doświadczeniem, nieśmiesznym żartem losu uwypuklającym kontrastem obecnie ropiejącej rany. Popiół. Wszędzie popiół. Białe ręce. Czarny węgiel. Szara mgła. Woda zalewająca usta. Wszechogarniające zimno.
- Nie myślę tak. Jestem ciekaw jak chcesz rozplanować sieć, ale nie musisz mi tego mówić, jeśli miałoby to zaszkodzić sprawie, ufam Twojej ekspertyzie w tej materii. - Chciał pokazać, że interesuje się tematem, że interesuje się jej życiem, że jej środowisko jest dla niego ważne. Kolejne wiązania mostu opadające na dno nieprzebytego oceanu. I mgła na horyzoncie przesłaniająca jakikolwiek ląd. Może dlatego Matka sprawiła, że był homoseksualistą? Żeby nie miał dzieci? Może zwyczajnie nie był do tego predestynowany? Włożył ręce do kieszeni obracając karmelka w palcach i mimo zmęczenia powstrzymał ten nurt defetystycznych myśli. - Opowiedz mi - poprosił na końcu miękko, podążając za nią krok w krok do wnętrza kowenu za ostatnim przęsłem, za ostatnią wartością, która łączyła dwa tak obce sobie brzegi.
Na ofiarę dla potrzebujących.
Koniec sesji