• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence

[8/10/72] If I was sorry for my actions, would I ever stoop so low? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
27.11.2025, 14:15  ✶  
Nie wiedziałem, kiedy dokładnie zaczęło mi się to wymykać z rąk - może w chwili, kiedy przestała się na mnie wydzierać w swojej własnej głowie, a zaczęła mówić tak, jakby wreszcie zrozumiała, że coś tu nie gra. Może w chwili, kiedy powiedziała, że widzi mnie takim, jakim jestem przy niej, jakby to miało cokolwiek ułatwiać. Może jeszcze wcześniej, może nigdy tak naprawdę tego nie kontrolowałem. W głowie miałem tylko chaos, jak zawsze przy niej - Prue zawsze miała talent do trafiania idealnie tam, gdzie bolało najbardziej. I nawet jeśli nie robiła tego celowo, to efekt był ten sam - czułem się przy niej tak, jakby każdy nerw wystawał mi spod skóry, a ona go teraz drażniła - te jej słowa nakładały się na siebie jak kolejne warstwy jakiegoś zaklęcia, w którym każde poprzednie wzmacniało następne, czułem, jak narastało we mnie to znajome napięcie, to, które raz po raz próbowałem przydusić, zakopać, udawać, że nie istnieje.
Prue nigdy nie mówiła półprawd, nawet kiedy się broniła - a broniła się teraz, kurwa, całą sobą - zawsze była boleśnie przejrzysta. Znałem ją aż za dobrze, a ona, jakimś pieprzonym cudem, znała mnie jeszcze lepiej, nawet po tylu latach - kiedy tak na mnie patrzyła, kiedy mówiła te wszystkie rzeczy, jedna po drugiej, jakby rozbierała mnie ze wszystkich pancerzy, pieczęci, które przez lata tak pieczołowicie nakładałem. Nie wiedziałem nawet, od czego zacząć, bo mówiła tak dużo naraz, tak intensywnie, jakby chciała nadrobić całe lata milczenia za jednym zamachem, a każde zdanie trafiało we mnie celniej niż jakiekolwiek zaklęcie, jakie kiedykolwiek dostałem w pierś. A ja przecież nigdy nie byłem dobry w przyjmowaniu czegokolwiek, co nie było ciosem - czułem, jak wszystko we mnie napierdala na oślep i jednocześnie bardzo precyzyjnie.
- Bondyé… - Wymsknęło mi się cicho, pod nosem, kiedy widziałem, jak zdejmowała ten swój dystans, jakby podjęła decyzję, że już się nie ma przed czym zasłaniać. Głos miałem niższy niż zwykle, trochę zdławiony, nie chciałem, żeby to tak brzmiało, ale brzmiało.
Słuchałem jej i czułem to absurdalne narastające napięcie, które brało się z jednego prostego faktu - każde jej słowo było jak otwieranie skrzyni, którą miałem zamiar przez lata trzymać zamkniętą na cztery kłódki, a ona sobie ją, kurwa, otworzyła, gołymi rękami. Jednym palcem wycelowanym prosto we mnie - tak prosto, tak pewnie, jakby miała do tego święte prawo - jakby rozumiała wszystko lepiej ode mnie, cholera jasna, może rozumiała, może faktycznie miała ten dar widzenia rzeczy, których ja nie akceptowałem, ale to nie znaczyło, że miała rację.
„Chère, nie wiesz, co widzisz,” chciałem jej powiedzieć, ale… Nie mogłem, bo patrzyła na mnie w taki sposób, że czułem, jakby ta wizja, którą miała w głowie, była bardziej realna niż ja sam. Jej wersja mnie była człowiekiem, którym powinienem był być, ale którym nigdy kurwa nie byłem - to właśnie mnie przerażało najbardziej. Przy niej, byłem nim przy niej, ale ja nie żyłem tylko przy niej. Mój świat nie był tak czysty, nie był tak… Zdatny do oddychania, a ona ewidentnie nie rozumiała - albo raczej nie chciała rozumieć - że człowiek mógł być dwoma rzeczami naraz i że ta druga była tą, przed którą powinna spierdalać najdalej jak umiała. Ale nie, musiała mówić, że nikt jej tak nie traktował jak ja, dawałem jej bezpieczeństwo, akceptację. Sûrement pas. Bezpieczeństwo, ja - ja, który sprowadzałem nieszczęście jak pierdolony ponurak.
- Widzisz welsję mnie, któlej pozwalam istnieś tylko przy tobie, to nie jest cały obraz, to jest, kulwa, wycinek. Ładny, ciepły, nadający się do przytulnego mieszkania i twojego cholernie miękkiego koca, ale wciąsz wycinek. Ty mnie nie widziałaś, ty widziałaś coś, co ci się udało skleciś z tych moich lepszych momentów. To nie byłem cały ja. I, kulwa, nie wiem, czemu upalłaś się wieszyś, sze to wystalczy.[/b] - Przejechałem dłonią po włosach, nerwowo. Wiedziałem, że ją bolało każde moje słowo, widziałem to, i to doprowadzało mnie do cholery, bo jak wszystko, co jej dałem, miało to w sobie jakąś część zgnilizny. Ona nie zasługiwała na to, żeby się w tym babrać.
Kiedy zaczęła mówić o Romulusie, o tym jebanym pajacu, o tym, że to wszystko nie była moja wina, że nie robiłem tego świadomie, nie mogłem mieć nad tym kontroli, o posranej manipulacji, o tej hipnozie, o tym, że „to nie byłem ja” - coś szarpnęło mnie w środku. Gdyby ona wiedziała, jak bardzo nienawidziłem wszystkiego, co sprawiało, że wyglądałem na ofiarę, a słyszałem w tym tylko jedno - właśnie to, usprawiedliwiała mnie - ona, która powinna rzucić mi to wszystko w twarz, ona, która powinna mnie znienawidzić. Chciałem jej powiedzieć, że kurwa, wolałbym, żeby powiedziała, że jednak byłem to ja, bo łatwiej się żyje, kiedy winny jest człowiek, którego kontrolujesz, którego możesz ukarać, przytrzymać za kark i zmusić do posłuszeństwa. Trudniej, kiedy winne jest coś, czego nie możesz dotknąć, uderzyć ani spalić. „To nie byłeś Ty.” A jednak ciało pamiętało każde drgnięcie tamtej manipulacji, każdy impuls, który nie należał do mnie. Każdą sekundę, w której nie miałem kontroli.
- Nie usplawiedliwiaj mnie tym skulwielem. - Wycedziłem to powoli, każde słowo smakowało mi metalicznie. - To, sze mnie tlafił, sze mnie złapał na tym szałosnym wahadełku, to nie znaczy, sze nie powinienem był to… - Zacząłem, ale ona szła dalej - mówiła, że wolałbym odejść niż powiedzieć jej prawdę, a wystarczyłoby jedno zdanie „coś mnie niepokoi”, to był moment, kiedy naprawdę chciałem uderzyć głową w ścianę. Przeszła do tego, jak to powinno działać, a ja naprawdę chciałem wiedzieć, słuchałem więc, mimo że każde jej słowo było jak wbicie palca w ranę, którą próbowałem zaszyć od kilku tygodni. - To wyszło z mojej głowy. Moja głowa - mój ploblem. - Splunąłem w myślach, choć głos miałem równy. - Nie umiem. - Przerwałem jej ostro, zbyt ostro. - Nie umiem pszyjść i powiedzieś „hej, coś jest nie tak”, bo u mnie coś jest nie tak zawsze. Całe szycie, jak mam wyblaś moment, w któlym stwieldzam „o, to jest ten ploblem, o któlym walto powiedzieś”? - Parsknąłem pod nosem, bardziej w bezsilności niż w złości, choć tej ostatniej też mi nie brakowało. - Widzisz? - Prychnąłem z goryczą. Nie miałem pojęcia, czemu mówiłem to tak, jakby to było oczywiste. - Mówisz to tak, jakby wszystko było ploste, powinienem był pszyjść i powiedzieś „Pluey, ktoś majstluje w mojej głowie, mose zlobię ci kszywdę, ale nie pszejmuj się, damy ladę”. Do cholely, ja cię… Nie miałem plawa lyzykowaś, sze… Sze stanie się coś, czego nie cofnę. Nie lób mi tego. - Poprosiłem, a w moim głosie zabrzmiało coś, czego nie lubiłem słyszeć u siebie. - Nie mów mi takich szeszy. Nie wybielaj mnie w ten sposób. - Tak, byłem na nią wściekły. Ona była najmądrzejszą głupią osobą, jaką znałem, ja byłem jej perfekcyjnym, katastrofalnym przeciwieństwem. Kompatybilni jak dwa granaty. Nie pojęła, że nie chodziło o to, że jej nie ufam, tylko o to, że nie ufałem sobie w jej pobliżu, nie ufałem światu, nie ufałem temu, co zrobił mi Romulus, nie ufałem temu, co jeszcze mogło we mnie siedzieć.
- Poza tym, jak, kulwa? Jak miałem ci powiedzieś, sze coś mnie niepokoi, kiedy „coś” to byłem ja? Miałaś usiąść napszeciwko i słuchaś, jak mówię „hej, słoneczko, tlacę kontrolę nad własną głową, istnieje lysyko, sze będę gadał jak popieldolony fanatyczny psychol, ale spoko, to tylko były pszyjaciel wplowadza mi śmielcioszelcze szeptanki pod czaszkę”? - To brzmiało tak samo absurdalnie w mojej głowie, co w momencie, w którym to powiedziałem na głos.
A potem jebnęła mi w twarz tym swoim „nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy”, tym swoim „wybrałeś mnie”, tym wszystkim, co nigdy nie powinno było paść z jej ust, a ja zareagowałem tak, jakby ktoś przyłożył mi różdżkę do gardła. Powinienem był stanąć prościej, powiedzieć „dobranoc”, odwrócić się i iść dopóki nogi nie odpadną, ale nie mogłem. Uparcie trwała przy tym, że nikt nigdy jej tak nie traktował jak ja… To było jak cios, bo to właśnie było największym problemem, gdyby ją kiedyś ktoś potraktował tak, jak powinien, nie musiałaby się trzymać mojego podziurawionego wraku emocjonalnego. Nie musiałaby patrzeć na mnie jak na jakąś odpowiedź, bo ja nawet pytaniem nie byłem.
- Kulwa, Sun… - Przetarłem twarz dłonią. - Ty nie losumiesz, co ja ci zlobiłem, zanim cokolwiek się zaczęło. - Bo ona uważała, że przetrwała, i nawet jeśli nie wiedziała, to żyła dalej, „jakoś” sobie poradziła. - Nie wiedziałaś, bo byłem tchószem. Voilà. - Wzruszyłem ramionami. - Co tu więcej mówiś? Wyblałem cię, ale nie miałem jaj, szeby cokolwiek s tym zlobiś. A potem szycie mnie pszemieliło i wyszygało na chodnik jako kogoś innego, i… Wlóciłem. W pełnej, kulwa, chwale, lospieldoliś ci szycie. - Zacisnąłem powieki. - Więc może to nie powinno brzmieć jak komplement, co? - Ale dla niej było, było nim, cholera.
Potem zaczęła o tej stabilności, o tym, że nie chce kogoś, kto wraca o piętnastej do domu - nie chce nudnego życia, że chce żyć, a nie egzystować.
- Ja ci nie mówiłem, sze masz egzystowaś. Ja ci mówiłem, sze… Kulwa, chcę, szebyś była bespieczna. Szeby cię nikt nie dolwał, kiedy będziesz spaś, losumiesz? - Wyrzuciłem z siebie, zanim zdążyłem to ocenzurować, bo tak - była czarnoksiężnicą, silną, błyskotliwą, pięknie popierdoloną istotą, która potrafiła zrobić rzeczy, o których większość tylko czytała w księgach, ale nie była kuloodporna, nie była odporna na to, co za mną chodziło. - Tak, pieldolę wciąsz o nolmalnym facecie wlacająsym o piętnastej, ale kulwa, bo to jest to, co zasługujesz mieś, teściów, któszy cię polubią, oglód, któly będziesz mogła olaś, bo zapomnisz go podlaś. Bo jak zakopię jednego tlupa w tym twoim, naszym oglódku, to będę musiał zakopaś kolejne, jeszcze kolejne, a ty nie jesteś kobietą glabasza, Sun, nawet jeśli byś chciała.
Ale potem powiedziała coś, co mnie kompletnie zmiotło.
Że już miała pierścionek.
Że ją to nie uszczęśliwiło.
Że nóż by ją ucieszył bardziej.
Wiedziałem, że potrafi go użyć… A jeśli nie, to mogę ją nauczyć.
„Kupisz mi nóż…”
- Mon dyé… Ty naplawdę mnie wykończysz. - Parsknąłem krótkim, szorstkim śmiechem, tym, który bardziej przypominał kaszel niż cokolwiek wesołego, podniosłem wzrok na sufit, jakbym liczył belki, żeby się uspokoić. - Wiem, sze nie jesteś besblonna. - Prychnąłem. - Jesteś najbalsiej funkcjonalnie nienolmalną kobietą, jaką znam.
Cisza między nami była gęsta, jakby powietrze zgęstniało od wszystkich słów, które padły i które nie powinny paść.
- Bo jest o mnie. - Odpowiedziałem natychmiast. - A ja siebie znam. Nie, nie widzisz mnie takim, jaki jestem. - Wycedziłem. - Nie kwestionuję twojego zdania dlatego, sze myślę, sze jesteś głupia. - Powiedziałem, twardo, nie ruszając się ani centymetr. - Widzisz mnie takim, jakiego sobie ubzdulałaś, bo mnie chcesz. Ty naprawdę we mnie wieszysz, co jest… - Skrzywiłem się, bo to słowo bolało. - Piekielnie niefoltunne. Nie jestem twoim ideałem. - Powiedziałem. - I nie chcę nim byś, bo ideały się lospadają, kiedy pszychodzi do lealnego szycia. - Pokręciłem głową, bo wciąż nie docierało do mnie, że ona tego nie widzi w sposób, który wydawał mi się oczywisty.
Kiedy skończyła, kiedy zapytała, czy nie da się zakopać trupa… Parsknąłem.
- Oczywiście, sze dałoby się zakopaś tlupa. - Mruknąłem. - Gdyby to był tlup, ale to nie jest tlup. To jest coś, co chodzi, oddycha i wlaca, nawet jak myślisz, sze jusz po nim. Jak ja. Ja jestem dokładnie tym, przed czym ostszegają lodzice, chyba pierwszy las w szyciu plóbuję byś odpowiedzialny. Pielwszy las w szyciu plóbuję zlobiś to, co będzie dla kogoś dobre, nawet jeśli to mnie lospiepszy od ślodka. Nie, nie ma opcji. Nie ma szadnego magicznego loswiązania, w któlym to wszystko znika, a my zostajemy sobie w tym twoim mieszkanku, zapominając o leszcie świata. Tak to nie działa. - Odwróciłem wzrok na chwilę, żeby uspokoić oddech, po czym spojrzałem z powrotem. - Nie mówi się komuś, że będzie się za nim powoli umielaś s tęsknoty. Nie mówi się tego komuś, kto i tak ma wlaszenie, sze kulwa wszędzie wnosi tylko śmielś. - Kurwa, jak ja byłem na nią zły, na nią, na siebie, najbardziej na siebie. - Mówis to jak coś lomantysznego, a to jest jak wylok, to jest jak mówienie „zlób coś, bo inaczej we mnie coś zgaśnie”. - Jej dłonie na mojej piersi paliły mnie jak ogień, ale nie ruszyłem się ani o centymetr.
A potem, kiedy powiedziała „kocham cię”…Drgnąłem, jakby ktoś przyłożył mi różdżkę pod żebra i szepnął „Crucio”. Kiedy zaś powiedziała, że nie pozwoli mi robić czegoś przeciwko sobie… To było jak wbicie sztyletu między żebra. Jedno złe, drugie złe - dwa różne rodzaje jednego bólu. Ja ją kochałem od lat, od tamtego dnia, pierwszej chwili, ale to nie znaczyło, że powinienem był to w ogóle wypowiadać na głos, ale już powiedziałem - już się stało. Wziąłem ją za ramiona, ignorując ból ręki, spojrzałem w te jej oczy, które potrafiły mnie rozbroić jednym mrugnięciem. A potem, kiedy patrzyła na mnie, gdy w powietrzu wisiało już tylko jedno pytanie - „co teraz?” - zacisnąłem szczękę, bo wiedziałem, że podjęta decyzja zaboli oboje. Przez chwilę staliśmy tak blisko, że czułem jej oddech, moje dłonie dalej były na jej ciele, jej dłonie na moim torsie. A ja czułem się jak idiota, który przyszedł ją ocalić przed sobą, a w rezultacie tylko bardziej ją do siebie przykleił - oczywiście, że dotarło do mnie, że kręcimy się w kółko. Nie powinno było boleć tak, jak bolało, ale bolało, bo ona była pierwszą osobą od lat, przy której chciałem być kimś więcej niż sumą swoich błędów.
- Wiesz, co ja będę lobił, kiedy ty będziesz czekaś? Będę umielaś kawałek po kawałku s myślą, sze malnuję ci szycie. - Wyrzuciłem w końcu, odchyliłem się od niej odrobinę, głos mi zadrżał, ale się nie złamał. - Jeśli dalej będziemy to ciągnąś, to będziemy klęciś się w kółko. Toujou menm bagay la. Wlacamy do punktu wyjścia, i tak w kółko, i w kółko, i w kółko… - Nawet nie wiedziałem, jak to ułożyć, żeby brzmiało jak człowiek, a nie jak ktoś, kto właśnie próbuje przegryźć sobie język, żeby nie powiedzieć za dużo. Rozłożyłbym ręce w geście bezradności, gdybym tylko nie chciał jej puścić. - Stoimy dokładnie tam, gdzie zaczęliśmy. Ty kochasz mnie jak waliatka, ja kocham ciebie jak debil, i oboje wiemy, sze ani jedno, ani dlugie nie plowadzi do niczego doblego. Ty chcesz mnie, nawet jeśli cię zniszczę. Ja cię nie chcę zniszczyć, ale i tak to zrobię. Ty jesteś mądsze głupia. Ja jestem po plostu głupi. I chyba właśnie dlatego jesteśmy, kulwa, kompatybilni. - Słowo „kompatybilni” wypowiedziałem tak, jakby było obelgą, a nie było - było wyznaniem, chujowym, ale jednak.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
27.11.2025, 19:25  ✶  

Przyszła tutaj z nim okropnie wkurwiona, zła na niego za to, że zachował się jak wszyscy dotąd. Nie spodziewała się spotkać go w Londynie, nie miała pojęcia, że wrócił. Przez ten czas dowiedziała się o jakichś listach, które do niej nie trafiły, o całej masie innego gówna, które się kryło za tym, że postanowił odejść. Wystarczyło tych kilka wyjaśnień, by jej złość na niego minęła, przynajmniej częściowo, bo pojawiły się kolejne zmienne przez które zaczynała tracić grunt pod nogami, mieli sobie sporo do wyjaśnienia, sporo do naprostowania, o ile w ogóle zdecydują się to zrobić, bo opcje mogły być różne. Pewna była tylko i wyłącznie tego, że nie wyobrażała sobie tego, żeby nagle miał zniknąć z jej obrazka, nie tym razem, tym razem mogła reagować, bo nie zostawiał jej bez słowa, a to było wiele jak na to, jak wyglądało to do tej pory.

Nie zamierzała milczeć, wręcz przeciwnie postanowiła wyciągać wszystkie argumenty, które przychodziły jej na myśl, a tych zawsze miała sporo, zresztą nie byle jakich, takich które potrafiły trafiać w sedno. Musiał się z tym pogodzić, chciał od niej prawdy, na jego prośbę więc dawała mu całą jaką miała do zaoferowania. Mogło to być zbyt wiele, ale trudno, jeśli nie dzisiaj to kiedy? To mógł być ostatni moment, ostatnia szansa, ostatnia deska ratunku.

Rozumiała co miał jej do powiedzenia, docierało do niej, że ostrzegał ją przed tą drugą wersją siebie, która była brutalna, której powinna się obawiać, tyle, że przecież wiedziała, od samego początku miała świadomość, jak wyglądała jego rzeczywistość, z czym musiał się mierzyć na co dzień, jak zarabiał na życie. Nie ruszało jej to, każdy wybierał swoją drogę, jeśli taka mu odpowiadała, to dlaczego miałaby mieć coś przeciwko temu. Jasne, być może miał wracać do domu z obitą twarzą, z kosą pod żebrami, ale czekałaby na niego gotowa mu pomóc, do tego przecież przygotowywała się przez większość życia, nie musiałby sobie radzić sam, bo mogłaby mu się na coś przydać, wystarczy, że pozwoliłby sobie, żeby zaryzykować, wiedziała, że nie chciał jej krzywdzić, nie chciał, żeby patrzyła na niego takiego, ale nie mógł jej przed tym ochronić, była gotowa wziąć to wszystko na siebie, byleby tylko mogli spróbować stworzyć swój mały świat, jakoś to wszystko ułożyć. Tacy jak on mogli mieć dom, wystarczyło tylko nieco nad tym popracować.

- Nie jestem głupia Benjy, wiem, że to nie jest cały obraz, co z tego? Myślisz, że uciekłabym, gdybym zobaczyła więcej? To spróbuj, sprawdź mnie. Naprawdę sądzisz, że tak łatwo mnie przestraszyć? I tak jesteś najlepszym co mnie spotkało, bez względu na to, co musisz robić. - Wydawała się być bardzo pewna swoich słów, nie miał pojęcia jak się przy nim czuła, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nikomu nigdy nie udało się w niej wzbudzić chęci do życia, chęci sięgania po coraz więcej, przy nim wszystko nabierało sensu, a świat przestawał być czarno-biały.

- Nie usprawiedliwiam Cię, stwierdziłam fakt. Mam Ci to rozłożyć na czynniki pierwsze? - Prue nie była osobą, która próbowała szukać wytłumaczeń na siłę. Jeśli jednak coś było oczywiste, to przecież nie mogła tego ignorować. Widziała, że miał do siebie pretensje o to, że pozwolił namieszać sobie w głowie, że ktoś mu to zrobił, ale to nie było jego winą, niby jak mógł przewidzieć to, że jego przyjaciel zrobi mu coś takiego? Tego nie dało się przewidzieć, znalazł się w miejscu, w którym miał być bezpieczny, przecież od czasu do czasu, każdy może sobie pozwolić na złapanie oddechu, nawet on i zamierzała wbić mu to do tej pustej głowy wcześniej, czy później.

- Wydaje mi się, że raczej da się zauważyć kiedy jest coś bardziej nie tak, niż normalnie, przecież zazwyczaj nie gadasz jakiś farmazonów wbrew sobie, takie sytuacje są raczej dość klarowne. - Westchnęła ciężko, oczywiście, że zawsze coś było u niego nie tak, był jednym, wielkim chodzącym problemem, miała ochotę mu nakopać do dupy za to myślenie, ale pewnie by nie dosięgnęła. - Gdybyś do mnie przyszedł, gdybyś to zrobił. - Zaczęła, bo nie podobało jej się to podejście, naprawdę sądził, że by to zignorowała, udawała, że wszystko jest w porządku? - To pomogłabym Ci znaleźć rozwiązanie, nie udawałabym, że wszystko jest dobrze, kiedy tak nie jest. Nie o to chodzi. Nie byłoby to mówienie, że damy radę, naprawdę uważasz, że postąpiłabym w ten sposób? Znasz mnie przecież. - Nie podobał jej się ton jego głosu, zresztą nie bez powodu się odezwała. Chciała go uświadomić w tym, że wspólnie łatwiej było szukać rozwiązań, a nie ignorować problemy, bo nie miała w zwyczaju lekceważyć takich sytuacji.

- Benjy, kurwa... - Prudence przeklinała naprawdę bardzo rzadko, tym razem jednak nie mogła powstrzymać tego przekleństwa, które nasuwało jej się na usta, nie mogła już tego znieść. - Nie wiem, czy pamiętasz, jestem uzdrowicielem na emeryturze, teraz badam trupy, czy naprawdę sądzisz, że zrobiłoby na mnie wrażenie to, że ktoś namieszał Ci w głowie? Że wsadził w nią myśli, które nie były Twoje, że tymczasowo nad sobą nie panowałeś? Takie rzeczy się zdarzają, ba, zdarzają się też dużo gorsze i też je widziałam. Jak miałeś mi to powiedzieć? NORMALNIE. - Uniosła nieco głos, ale nie miała siły na dalsze przepychanki. Naprawdę widziała w swoim życiu sporo, absurdalnych sytuacji i tych mniej, chyba nie do końca brał to pod uwagę.

Miała ochotę w tej chwili go udusić, albo przyciągnąć do siebie i pocałować. Sama nie do końca wiedziała, co byłoby lepsze, to, czym się z nią podzielił... Wybrał ją, wybrał ją już dawno temu i naprawdę nie zdawał sobie sprawy, jak mocno ją ruszyły te słowa. Nie miał zielonego pojęcia. - Byłeś młody i głupi, naprawdę uważasz, że mogłeś wtedy zrobić więcej? - Nie chciało jej się w to wierzyć, przecież widziała na własne trzecie oko, że próbował i jak to się skończyło, nie był tchórzem, nie w jej oczach. - Nie niszczysz mi życia, nie widzisz tego? Ty powodujesz, że wreszcie w ogóle zaczęłam żyć. - Zdecydowanie mieli różne zdanie na ten temat, każde z nich bardzo zaciekle próbowało sięgać po swoje argumenty, zawsze potrafili się nimi wymieniać, co nie oznaczało wcale, że któreś z nich było gotowe zmienić swoją własną opinię, wręcz przeciwnie, potrafili być bardzo uparci.

- Nikt mnie nie dorwie, kiedy będę spać, nie pozwolę na to, potrafię o siebie zadbać. - Obawiał się tego, że może stać się jej krzywda, jasne, to było całkiem zrozumiałe, ale ona wcale się tego nie bała. Być może nie była kuloodporna, ale umiała o siebie zadbać, umiała reagować szybko.

- Nie chcę tego, czy Ci się podoba czy nie, nie tego chcę. - Już to zresztą to miała i jak to się dla niej skończyło? Pętlą na szyi, która zaciskała się coraz mocniej każdego mijającego dnia, wiedziała, że nie pozwoli na to, żeby znowu sobie to zrobić, nie było w ogóle takiej możliwości. Nie chciała mieć typa, który będzie wracał do domu o piętnastej, nie chciała mieć ogródka z kwiatkami, to nie było nigdy spełnienie jej marzeń. - Jeśli trzeba będzie to kupimy sobie ogródek specjalnie na trupy, które będziesz mógł w nim zakopywać, a jeśli w pierwszym zabraknie miejsca, to dokupimy drugi, będę mieć szpadel pod ręką, na wypadek gdyby nadszedł ten moment. - Była śmiertelnie poważna w tym, co mówiła, to naprawdę wydawało się jej być dużo lepszą opcją niż skończenie u boku jakiegoś nudziarza, któremu po kilku pierwszych spotkaniach zaczęłoby przeszkadzać to, że zdarza jej się zbyt długo rozmawiać w myślach ze sobą, czy potrafi odpłynąć dotykając jakiś przedmiot.

- Nie do końca do tego zmierzam, ale jeśli tego potrzebujesz, to mogę Cię najpierw wykończyć. - Całkiem precyzyjnie odbijała piłeczkę, okropnie łatwo jej to przychodziło, bo była przecież pewna tego, czego chciała, w takim wypadku musiała walczyć o swoje, o niego, o nich, bo on wcale jej tego nie ułatwiał, mimo tego, że przecież wiedziała, co czuje.

- Wierzę Ciebie, bo wiem, że nigdy celowo byś mnie nie zranił, wiem, że chcesz dla mnie tego co najlepsze, to wystarcza by uwierzyć, że jest jakiś sens. Nic sobie nie ubzdurałam, czy nie możesz tego zaakceptować, że jesteś tym, czego pragnę? Pogódź się z tym, bo nie zmienię zdania. - Mógł mówić, że to była jej chora wizja, która nie była do końca prawdziwa, ona i tak wiedziała swoje, była w tym okropnie zawzięta.

- Próbujesz zrobić coś, co będzie dla kogoś dobre, kiedy on wcale tego nie chce, ironia, co nie? Ostrzegają, bo nie wiedzą, jak to jest być z Tobą, nie wiedzą, jak to jest mieć Ciebie blisko, każdy niesie swoje piętno, swoją przeszłość, ale to nie jest argument dla tego, żeby nie pozwolić sobie w końcu sięgnąć po to, na czym Ci zależy. Nie musisz pozwalać na to, żeby rozpieprzyło Cię to od środka, to nie jest potrzebne. - Naprawdę starała się jakoś na niego wpłynąć, miała jednak wrażenie, że przegrywała tę walkę, że zupełnie jej nie szła ta dzisiejsza rozmowa, że jej argumenty były niczym przy jego podejściu, a naprawdę starała się trafiać jak najbardziej celnie.

- Chciałeś szczerości, to ją masz. Nie zamierzam Cię oszukiwać, radź sobie z tym. - Być może nie powinna tego mówić, ale chciała, żeby wiedział, jak to się dla niej skończy, zresztą dla niego też, jeśli podejmą taką decyzję to będą sobie umierać, każde na innym końcu świata, powoli, osobno, czy było im to potrzebne?

- Bo zgaśnie, będzie się tliło, aż w końcu zgaśnie, nie ma innej możliwości. - Wiedziała o tym, że tak to się skończy i chciała, żeby zdecydował się coś zrobić, żeby dał im szansę by odnaleźli się jakoś w rzeczywistości, by ułożyli to sobie, ale czuła, że nie będzie im to pisane.

- Nie widzisz, że po tych wszystkich latach, po tym co każde z nas przeżyło nadal to w nas było, tak będzie zawsze, naprawdę chcesz, żebyśmy dalej rozpadali się na drobne kawałki, kiedy możemy temu zapobiec? Naprawdę tego chcesz? - To trwało wiele lat, nie minęło, nie przeszło z upływem czasu, czy naprawdę wierzył, że tym razem będzie inaczej, że to minie? Jak przy dotknięciu czarodziejską różdżką? Że wystarczy, że zniknie z jej życia i już? Nie było w ogóle takiej możliwości.

Wydawało jej się, że to, że znajdowali się tak blisko, ona opierała się o jego tors, jego dłonie również znajdowały się na jej ciele powodowało, że wszystko jeszcze było w miarę stabilne, mimo słów które padały, gesty mówiły same za siebie, nie odpuszczali, nadal chcieli swojej bliskości, to było zdradliwe, serce bowiem trzepotało jej jak oszalałe, kiedy znajdowała się tak blisko, wiedziała co to oznacza, zresztą była pewna tego, że stoi przed miłością swojego życia, szkoda tylko, że on mimo tego, że też ją kochał obawiał się tego, co mogło przynieść im to uczucie. Nie mogła pogodzić się z jego podejściem, nie chciała tego robić, tylko też nie bardzo wiedziała, w jaki sposób mogła na niego wpłynąć, miała wrażenie, że znaleźli się pod ścianą, ale przecież zawsze istniało jakieś rozwiązanie.

- Znienawidzisz mnie za to, nie chcę, żeby to się tak skończyło. - Nie chciała, żeby przez nią umierał kawałek po kawałku, nie mogła do tego dopuścić, w końcu też zależało jej na jego szczęściu, jeśli pozwoli mu odejść z takim podejściem... to nie skończy się dobrze. Będą zgorzkniali i nieszczęśliwi, kiedy razem mogliby mieć coś zupełnie innego.

- Musi być jakieś wyjście. - Mruknęła cicho, bo nie chciało jej się wierzyć w to, że będą się tak kręcić w kółko, ale też to widziała, póki co tkwili w miejscu, nie była przecież ślepa.

- Wiem, że nie jest to szczególnie pocieszające, ale głupota we dwójkę boli jakoś mniej, chyba tak już mają zakochani, że są nieco głupi? - Próbowała, aby jej głos brzmiał lekko, chociaż nie dało się nie zauważyć, że wszystko układało się raczej dramatycznie, ktoś na pewno na tym ucierpi, jeśli nie i ona i on, a nie chciała tego. Czy nie mogliby być zupełnie normalni? Nie, to raczej nie było możliwe w ich przypadku, oni nigdy nie byli zupełnie normalni, pewna była tylko tego, że kocha go, kochała go tak, jak nikogo wcześniej, tak, że byłaby gotowa go wypuścić z ramion, jeśli powiedziałby jej, że właśnie tego potrzebuje, chociaż sama okropnie by to przeżywała.

- Daj nam szansę, proszę. - Wyszeptała jeszcze cicho, było w tej prośbie słychać nieco desperacji, bo nawet jeśli da im szansę, to co potem? Nadal będą kręcić się w kółko, nie do końca wiedząc co robią? Nie wiedziała, miała odpowiedzi na naprawdę wiele pytań, jednak na to, jak mogłaby im pomóc, jak mogliby sobie pomóc, co zrobić nie potrafiła jej znaleźć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
27.11.2025, 21:04  ✶  
Czułem, jak moje oczy mrużyły się same, chociaż w pomieszczeniu nadal panował półmrok, nie było w nim ani grama jasności - dokładnie tak jak w tej rozmowie o naszej przeszłości, przyszłości, teraźniejszości. Zaciskałem zęby tak mocno, że aż bolała mnie szczęka, wiedziałem, że wyglądam na złego, cholernie złego, jakbym zaraz miał eksplodować, a ona stała, patrzyła na mnie tym swoim wzrokiem, który sprawiał, że w środku kipiałem jeszcze bardziej.
- Spieldoliłem to, byłem blisko podjęcia właściwej decyzji, a potem znowu poszedłem w to, co było najgolse. Spieldoliłem to wtedy, spieldoliłem to telas. Wlóciłem ci do szycia jak jakiś piepszony duch s pszeszłości. Jak gówniarz, któly nie wie, czego chce. - Syknąłem, nawet nie próbując ukrywać tego, ile było we mnie tyle złości - tyle frustracji, tyle cholernej bezradności, że miałem wrażenie, że zaraz coś zrobię, coś głupiego, coś nieodwracalnego. Byłem wściekły na nią, na siebie, na to, że staliśmy tak blisko, a każde jej słowo trafiało we mnie jak nóż, ten sam, który - jak twierdziła - mogłaby chcieć ode mnie dostać. Wściekły na to, że była tu, nie odsunęła się, patrzyła na mnie w sposób, który robił mi kolejne dziury w klatce piersiowej.
- Mówisz, sze poladzisz sobie s nieploszonym gościem? Zakopiesz go w oglódku? Ja wiem, sze sobie poradzisz. Wiem. Tylko sze ja nie chcę, szebyś musiała. Nie chcę, szebyś sięgała po swoje metody tylko dlatego, sze ja pszyniosłem ci ploblem pod dszwi. - Patrzyłem jej prosto w oczy, jakbym czekał, aż się odważy mrugnąć. Półmrok tylko podkreślał to, jak bardzo byłem nad nią pochylony, jak musiałem zniżyć głowę, żeby widzieć jej tęczówki.
Wszystko we mnie wrzało - każde słowo, które powiedziała, każdy argument, ten jej tok myślenia, to kurewskie „jestem gotowa”, te wszystkie jej „ja to przetrwam”, „ja będę czekać”, „ja też cię wybrałam”, jakby to było coś prostego, jakbyśmy nie stali w środku jebanego pola minowego. Oddychałem ciężko, patrząc na nią z góry, niemal z wrogością, chociaż tak naprawdę to była czysta panika pod maską. Zacisnąłem palce mocniej na jej płaszczu, jakbym musiał się czegoś trzymać, żeby nie ruszyć się ani o centymetr, bo jakbym się ruszył, to bym zrobił coś głupiego, bardziej głupiego niż to, co już zrobiłem.
- Ploblem jest taki, sze my oboje jesteśmy piepszonym ploblemem, tylko innym. Kompatybilnym, fakt, ale innym. - Odetchnąłem ostro, niemal przez zęby. Patrzyłem na nią z góry, czując, jak moje serce tłucze się w piersi nie dlatego, że się bałem, ale dlatego, że wiedziałem, dokąd nas to prowadzi - wiedziałem i nienawidziłem tego wiedzieć. Jej dłonie na mojej piersi były jedyną rzeczą, która mnie jeszcze trzymała w miejscu, bo inaczej bym odszedł albo zrobił coś głupszego, bardziej destrukcyjnego, niż wszystko, co powiedziałem. Moje palce zaciskały się na jej płaszczu tak mocno, że czułem pod nimi każdy przeszyty szew. Pochylałem się nad nią w półmroku, cień padał mi na oczy, bolała mnie szczęka, z pewnością wyglądałem na wkurwionego, bo byłem wkurwiony - Bon Dieu, byłem - na nią, na siebie, na wszystko, co powiedziała, na to, co czułem. Sfrustrowany do granic możliwości, jakbym trzymał ją tylko po to, żeby nie rozpierdolić czegoś obok. Ba, właśnie po to - dokładnie po to.
Chciałem jej odpowiedzieć czymś ostrym, czymś, co by ją odsunęło, czymś, co by przerwało tę chorą logikę, w której ona twierdziła, że powinniśmy razem tonąć. Chciałem, kurwa, wyjaśnić jej, że nie ma sensu, żadnego, ani kawałka, że powinniśmy przestać, że powinniśmy…
I wtedy, w tym całym syfie, w tej ciszy, która wisiała między nami… Coś we mnie strzeliło. W tym napięciu, w tym ścisku, w tym gównie, które wisiało między nami tak gęsto, że niemal czułem jego smak, coś we mnie po prostu puściło. Nie w złości, nie w słabości, w jakiejś popierdolonej, desperackiej, nagłej klarowności, która wyszła ze mnie sama. Nachyliłem się jeszcze niżej, patrząc jej prosto w oczy, twardo, bez uśmiechu, bez łagodności. Nie zrobiłem kroku w tył, nie zrobiłem kroku w przód, po prostu otworzyłem usta.
- Sun… - Powiedziałem nisko, niżej niż wcześniej, jakby to był początek groźby, a nie czegokolwiek innego - ani cienia miękkości, ani odrobiny żartu, nic. Stała tak blisko, że czułem jej oddech na mojej szyi, a mimo to miałem wrażenie, że między nami stoi jakiś pieprzony mur, o który teraz oboje jebaliśmy.
- Pludence Madison Bletchley… -  Wypowiedziałem jej imię całe, powoli, z rozmysłem, jak wyrok. - Wyjdziesz za mnie? - Powiedziałem to ostro, niemal burkliwie, w tym samym tonie, w którym chwilę wcześniej kłóciłem się z nią o własne istnienie - prowokacyjnie, bez cienia miękkości, jakbym ją właśnie konfrontował z czymś poważnym, a nie pytał o coś, co powinno być ciepłe, romantyczne, popierdolone w zupełnie inny sposób. To pytanie zawisło w powietrzu, rzucone między nas jak zaklęcie niewybaczalne.
Patrzyłem na nią, bez mrugania, jakbym oczekiwał, że miała mi odpowiedzieć natychmiast, nie później, nie za chwilę, nie po namyśle, bo wtedy świat miał się przez to zawalić. Chuj wie, może właśnie dlatego to powiedziałem - bo wszystko i tak już waliło się w cholerę. Odetchnąłem krótko, jak ktoś świadomy, że musiał to powtórzyć, bo inaczej zabrzmiałoby to jak coś, co powiedziałem w amoku, a potem, wciąż patrząc jej w oczy, bez mrugnięcia, powtórzyłem to, mocniej, pełniej, tak, jakbym wbijał coś w ziemię, żeby się już nie ruszyło.
- Słyszysz mnie, Sun? Pytam powasznie. Wyjdziesz. Za. Mnie? Czy nie? -
Wiedziałem, jak to brzmi - wiedziałem, jak bardzo to pojebane. Powiedziałem to tak, jakby to było jedyne sensowne rozwiązanie w całym tym gównie, bo, kurwa, może właśnie było.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
27.11.2025, 22:54  ✶  

Dostrzegała jego frustrację, widziała, jak się męczy próbując postępować właściwie. Walczył sam ze sobą. Czasem tak bywa, że rozum podpowiada co innego, a emocje, serce cóż - mają swoją własną wersję. To, że tu wrócił, że z nią teraz rozmawiał wyklarowało jej co nieco. Ułożyło jej w głowie sporo rzeczy, chociaż pojawiły się inne czynniki, które nie ułatwiały im życia. Zawsze coś musi się popsuć, nic nie może być zbyt proste, powinna do tego przywyknąć. Z dwojga złego i tak wolała tę świadomość, że nie zostawił jej dlatego, że coś z nią było nie tak, jednak chyba nie do końca była gotowa na to, żeby godzić się z tym, że dla jej dobra chciał to zrobić ponownie.

- Nie mogę powiedzieć, żebym żałowała, że to spierdoliłeś. - Jej zdaniem wyglądało to nieco inaczej, ale już ustalili, że mieli co do tego bardzo odrębne opinie. Czuła złość która się w nim zbierała, była niemalże namacalna, nie powodowało to jednak, że postanowiła się cofnąć, wręcz przeciwnie, nadal twardo stała tuż przed nim, trzymając dłonie na jego torsie, nie mogła stąd odejść. Jeszcze nie teraz, nie kiedy nie wyjaśnili sobie wszystkiego. Nie poddawała się tak łatwo, wyciągała te swoje argumenty, jakby chciała go nimi zasypać, żeby nie mógł się pozbierać, to była jej metoda na to, by jakoś zatrzymać go przy sobie, póki co nie działało, ale mieli jeszcze czas...

- Nie zawsze można mieć to, czego się chce. Zresztą to tylko hipotetyczny scenariusz, który wcale nie musi się wydarzyć. - Niby wiedziała, że zawsze warto przygotować się na najgorszą wersję z możliwych, w tym wypadku jednak starała się nie sięgać po swoje czarnowidztwo, to wcale nie musiało się tak skończyć. Zresztą też jej problem, nie było problemu z którym by sobie nie poradziła, zresztą przecież wiedziała na co się pisze, miała świadomość, że tak to może wyglądać.

Wydawało jej się, że raczej nie będzie miała siły przebicia, na każdy z jej argumentów miał swoją odpowiedź, to była trudna wymiana zdań, każde z nich miało swoje racje, których mocno się trzymało. Widziała, że się wścieka coraz bardziej, spodziewała się, że niedługo się wszystko z niego wyleje w jakiś prosty sposób, bo do Prue najwyraźniej nic nie docierało. Nie chciała go słuchać, właściwie to nawet słuchała, tylko nic nie robiła sobie z tego co mówił. Faktycznie była gotowa, chciała zaryzykować, zobaczyć, co może im przynieść jutro, albo chociaż dzisiaj. Przyszłość wydawała się być odległa, kiedy ledwie potrafili sobie radzić z teraźniejszością.

Dla niej to było całkiem proste, nie zamierzała rozkładać tego na czynniki pierwsze, on kochał ją, ona jego - proste, mogli być razem bez względu na wszystko, jakoś to sobie wszystko ułożą - naprawdę w to wierzyła, i chociaż Benjy nie do końca się z nią zgadzał, to brnęła w to dalej, bo była pewna czego chce. Poczuła, że jego dłonie zacisnęły się mocniej na połach jej płaszcza, nie chciał jej puścić, chociaż jego słowa świadczyły o czymś innym, gesty jednak, gesty mówiły same za siebie.

Uniosła nieco głowę, aby się mu przyjrzeć, nawet w tym półmroku była w stanie wyczytać z jego oczu to wkurwienie, emanował nim bardzo mocno, jednak jakoś udawało mu się trzymać to w sobie, nie pozwolił sobie na demonstrację tego, co się w nim kotłowało.

- Nikt nie mówił, że będzie łatwo, możemy być swoim problemem nawzajem. - Zawsze mogło być gorzej, w tej sytuacji przynajmniej mieli świadomość, że każde z nich było na swój sposób problematyczne. Każdy miał jakieś wady, czyż nie? Dobrze, że mieli świadomość tych swoich, przynajmniej wiedzieli na co się piszą.

Nachylił się w jej kierunku, jakby zamierzał w końcu zadecydować, powiedzieć coś, co mogło zadecydować o ich losie, Bletchley nie przestawała się w niego wpatrywać, nie mrugnęła przy tym ani razu, jej oczy były szeroko otwarte, jakby czekała na werdykt, o którym sama nie mogła zadecydować, bo byli w tym razem.

Przygryzła dolną wargę, kiedy się do niej odezwał, nieco zbyt mocno, poczuła krew na języku, obawiała się tego, co może usłyszeć, ale czekała, gotowała się w środku, krew jej wrzała, bo nie miała pojęcia, czego powinna się spodziewać, miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi.

Odezwał się tak oficjalnie, jakby miał jej do przekazania coś, co mogło odmienić jej życie, tak właściwie czego by teraz nie powiedział, to pewnie tak by się stało. Wiedziała, jak może się to skończyć, w głowie układała sobie różne scenariusze, widziała siebie siedzącą na parapecie, wpatrującą się w szybę, czekającą nie wiadomo na co. Tego co usłyszała jednak nie było w żadnym z nich.

Mrugnęła dwa razy, nie miała pojęcia, czy się nie przesłyszała, czy jej wyobraźnia postanowiła spłatać jej figle, czy głos w jej głowie odzywał się nieco za głośno? Dałaby sobie jednak rękę uciąć, że on to powiedział. Patrzyła na niego, a jej oczy coraz szerzej się otwierały, czuła, że traci grunt pod nogami, bo jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się, że wszystko zmierza ku temu, że rozejdą się każde w swoją stronę i będą w sobie dusić te wszystkie uczucia, umierać powoli.

Nie odezwała się po pierwszym pytaniu, toczyła naprawdę zaciętą dyskusję w swoich myślach, to nie mogła być prawda, chyba się przesłyszała, ale jak to tak, czy był tego pewien, czy faktycznie to powiedział... bardzo dużo słów, co pewnie było widać po wyrazie jej twarzy.

- Co? - Wymsknęło jej się wreszcie, a wtedy powtórzył swoje pytanie. Nie przesłyszała się, naprawdę ją o to zapytał, po tej całej przeprawie, po rozmowie, która kosztowała ich wiele nerwów, pytał ją o to, czy za niego wyjdzie. Niesamowite, nie spodziewała się tego, że ta rozmowa może doprowadzić ich do czegoś takiego.

Odpowiedź, musiała odpowiedzieć na jego pytanie. Nie zamierzała tego analizować, to nie był odpowiedni moment, kochała go, on kochał ją, szukali jakiegoś rozwiązania, to im je znalazł, fakt było dość mocno niespodziewane, bardzo zobowiązujące, ale przecież mu powiedziała, że tak, czy siak będzie na niego czekać, to mówiło samo za siebie, była gotowa.

- Wybacz, trochę mnie zaskoczyłeś, ale już jestem. - Odezwała się w końcu nieco bardziej konkretnie, znajdowała się teraz przed nim swoim ciałem i duchem, który na moment gdzieś się zgubił.

- Teraz? Czy kiedy? To znaczy tak, tylko powiedz kiedy. - Odpowiedź sama wyszła z jej ust, no bo przecież nie zamierzała mu odmówić, jakże by mogła po tych wszystkich słowach, i zapewnieniach, którymi dzisiaj w niego tak zgrabnie uderzała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
28.11.2025, 01:44  ✶  
Nie wiedziałem, jakim cudem ona jeszcze stała tak blisko, skoro ja emanowałem wkurwieniem jak piec hutniczy. Widziałem, że to wszystko w niej pracowało - widziała moją frustrację, widziała, jak próbuję być „właściwy”, jak toczyłem wojnę z samym sobą, jak rozum trzymał mnie za gardło, a emocje próbowały je przegryźć, właśnie to sprawiało, że wrzałem, bo ona wszystko widziała, a mimo to nie odpuściła. Kiedy powiedziała, że nie żałuje, że to spierdoliłem, poczułem, jak coś we mnie drgnęło niebezpiecznie. Kto normalny mówi coś takiego? Kto normalny patrzy facetowi prosto w oczy, kiedy on jest tak zdenerwowany, że mógłby zionąć ogniem? No kto? Ona. Bo oczywiście, że ona. W półmroku jej oczy wyglądały jak dwie przeklęte latarnie, które świeciły dokładnie tam, gdzie nie chciałem patrzeć.
A potem dorzuciła to swoje „nie zawsze można mieć to, czego się chce”. Ironia, bo ona właśnie chciała mnie, mówiła o tym jakby to była najbardziej oczywista sprawa świata. Doskonale wiedziała, że jesteśmy problemami, ona chciała być moim. Kto normalny tak mówi? Znowu - ona. Potem to jej milczące czekanie, ta krew na ustach, te szeroko otwarte oczy - to mnie dobiło, ten upór, którego nie potrafiłem złamać ani argumentem, ani sykiem, ani ciszą. Kładła mi na stół wszystkie te swoje rzeczy - pragnienia, strach, pewność, determinację - i ja w końcu musiałem coś na to postawić, coś większego niż moje jebane „to nie ma sensu”. Jej dolna warga drgnęła, przygryzła ją mocno, za mocno, zobaczyłem to i wiedziałem, że czeka na wyrok. Być może miała go dostać, być może nawet tej nocy, ale nie w ten sposób, nie taki.
Więc wyszło ze mnie to pytanie, te słowa, których nigdy nie miałem wypowiedzieć. Nie wiedziałem, kiedy to się stało, nie wiedziałem, w którym momencie wojna, strach, wyrzuty sumienia i wszystkie moje plany wycofania się zamieniły się w jedno, krótkie, gwałtowne zdanie skierowane do niej, ale to nie było ważne. Wszystko, co mi wygarnęła wcześniej, wszystko, co sobie wyjaśniliśmy, i wszystko, o co się posprzeczaliśmy… To składało się na to jedno zdanie, chociaż prawdopodobnie oboje wiedzieliśmy, że żaden normalny człowiek nie stawia pytania o ślub w środku takiej rozmowy.
Ale ja nigdy nie byłem normalny. Ona też nie.
Patrzyłem na nią z góry, z zaciśniętą szczęką, wciąż wściekły, wciąż spięty, wciąż cały zrobiony z frustracji, nie rozluźniłem ani jednego mięśnia, nie cofnąłem ręki, nie uniosłem kącika ust. Nie było w tym nic miękkiego, było mi z tym cholernie dobrze -  pierwszy raz tego wieczoru wiedziałem, co robię.
Kochałem ją.
Kochałem ją do bólu.
I byłem wkurwiony jak nigdy.
Te rzeczy nie musiały się wykluczać.
Czasem się wręcz uzupełniały nawzajem.
Więc kiedy zapytała „co?”, odpowiedziałem… Wciąż twardo, ostro, ale spokojniej niż sam się spodziewałem:
- Słyszałaś. - Odpowiedziałem nisko, zachrypniętym głosem, zanim zdążyłem się zastanowić, czy powinienem to złagodzić. - Powiedziałem to, co powiedziałem. To, co usłyszałaś, Sun. - Nie powiedziałem tego jak romantyczny debil. Powiedziałem jak ktoś, kto żyje w czasie wojny i zna wartość każdego podpisu, każdego dokumentu, każdej obrączki, która potrafiła zmienić czyjś status z „nikogo” na „rodzinę”. Moje palce zacisnęły się raz jeszcze na jej płaszczu - odruchowo, instynktownie, jakby to był jedyny sposób, żeby nie opaść na kolana. Choć może powinienem? - Oświadczam ci się. - Powiedziałem to tak, jakby to było oczywiste, jakby to było logiczne przedłużenie wszystkiego, co tu się wydarzyło, chociaż przecież było odwrotnością logiki. A jednocześnie… Nie było. Bo po tym, co mi powiedziała wcześniej, po tym, jak mnie kurwa rozłożyła na czynniki pierwsze, jak mi wcisnęła w klatę swoje „kocham cię” bez żadnego drżenia głosu, bez fałszu, bez uników - to nie było z dupy. To było jedyne, co miało sens.
Patrzyła na mnie tak, jakby jej świat właśnie przechylił się o dziewięćdziesiąt stopni i nie bardzo wiedziała, czy się na tym utrzyma. A ja… Ja czułem, jak te jej szeroko otwarte oczy próbują rozgryźć, czy naprawdę byłem na tyle popierdolony, żeby oświadczyć się w środku kłótni. A przecież byłem, byłem dokładnie tak popierdolony. Nie spodziewałem się, że to z siebie wyrzucę, nie w ten sposób, nie teraz, nie kiedykolwiek, ale z drugiej strony - po tym wszystkim, co słyszałem z jej ust, po każdej jej deklaracji, po każdej kurwa próbie wbicia mi do głowy, że ona chce ze mną zostać, choćby miał się świat przewrócić - to nie było znikąd. To było naturalne. To było logiczne, to było jedyne rozwiązanie, które miało sens w tej całej popieprzonej układance.
- Nie będziesz na mnie czekaś. To jest moje ostatnie, jedyne, jebane veto. Nie. Koniec. - Zmrużyłem oczy, patrząc na nią tak intensywnie, że pewnie czuła ten wzrok pod skórą - jakbym sam nie wierzył, że to mówię, ale jednocześnie jakbym nigdy w życiu nie był czegoś bardziej pewien, jakby wybór chwili ślubu był czymś równie prostym jak decyzja, czy wychodzimy z pubu przed deszczem. - Więc jeśli mówisz „tak”… To ja coś lobię. Lobię coś, by to nie zgasło. - Nachyliłem się znów, jeszcze niżej, tak że nasze czoła prawie się stykały - wciąż trzymałem jej płaszcz w pięściach, wciąż wyglądałem na nieprzystępnego - nic się w tym nie zmieniło, ale każde słowo, jakie wypowiadałem, było cholernie jasne. Musiało być. - Dziewczyna mose czekaś na faceta, asz wlósi. Małżonka ma plawo wymagaś, szeby wlósił. To jest lósznica. - Spojrzałem jej prosto w oczy, nie unikałem już niczego. Patrzyłem, jak jej twarz się zmienia, wraca do siebie po tym zaskoczeniu, zbiera myśli. A kiedy powiedziała „już jestem”… Coś mnie uderzyło, tak po ludzku, w mostek. I „kiedy” - to „kiedy” poruszyło mnie bardziej niż wszystko, co powiedziała wcześniej, bo w nim nie było wahania, nie było warunków, nie było „ale”, była czysta decyzja. Złapałem powietrze - płytko, szybko, za szybko. Nie spodziewałem się, że to „tak” wyjdzie z jej ust tak szybko, tak bez wahania - po tym całym gównie, po tej kłótni, po tym, jak niemal sam ją wypchnąłem z drzwi. Patrzyłem na nią, jakby dopiero teraz docierało do mnie, że naprawdę powiedziała „tak” - dokładnie tak było.
- Sun… - Zniżyłem głos, prawie do szeptu, ale to nie był czuły szept - to był szept człowieka, który postawił wszystko na jedną kartę - nie był ani groźny, ani kłótliwy, po prostu niski, zmęczony i nietypowo uczciwy. Przechyliłem głowę, patrząc jej prosto w oczy, z tą intensywnością, która nieco wcześniej była wściekłością, a teraz stawała się czymś bardziej skupionym. - Zawsze wyglądałaś jak ktoś, kto powinien nosiś symbole, nie ozdoby. - Wyszeptałem chrapliwie. - Ktoś, kto powinien nosiś coś plawdziwego, więc mogę ci to daś, kiedy tylko zechcesz. To akulat mogę. Nazwisko. Oblączkę. Kulwa, moje szycie, jeśli chcesz. - Zaciąłem się na ułamek sekundy. Poluzowałem uścisk na jej płaszczu tylko po to, żeby ująć materiał inaczej - nie tak nerwowo, spokojniej. - A pielścionek? Jeśli go nie chcesz, nigdy go nie zobaczysz. Nie będę ci wciskał szeszy, któle cię nie obchodzą. Wolę daś ci nósz i zapałki, chociasz, nie uklywam, pielścionek byłby ładny. - Powiedziałem cicho, ale pewnie, tak jak powinno się mówić rzeczy, które mają wagę. - Powiedz tylko słowo, Pludence Madison Bletchley… A się pobieszemy. Tak jak chcesz, kiedy chcesz. - Spojrzałem w jej oczy, głos miałem niski, chropowaty, wciąż z tym twardym brzmieniem, którego nie potrafiłem wyłączyć. Mówiłem teraz głębiej, ale nie łagodniej. - Dziś, telas, zalas. Jeśli powiesz jedno słowo, znajdę w ślodku nocy kogoś, kto da nam ten ślub, kto połączy nas lęką, lószczką, lytuałem, zaklęciem, plawem, czymkolwiek chcesz, nawet jeśli będę musiał postawiś go na nogi zaklęciem. - Przesunąłem kciukiem po materiale jej płaszcza. - Mogę jutlo. Mogę pojutsze. Mogę za lok, jeśli chcesz mieś celemonię, czalne świece, swoich lodziców, pszyjaciół, moich ludzi, całą tę oplawę, któla splawi, sze będzie to wyglądało jak lytuał, nie papielologia. - Przełknąłem ślinę, czując ciężar tych kolejnych słów w klatce piersiowej, ale nie uciekłem wzrokiem. - Jeśli potszebujesz czasu, dam ci go. Czekanie to nic, jeśli mam czekaś na ciebie, plawda? - Kącik moich ust uniósł się minimalnie, pierwszy raz tej nocy uśmiechnąłem się naprawdę, prosto do niej, bez obrony, bez zaciśniętych zębów.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#16
28.11.2025, 10:09  ✶  

Może właśnie chodziło o to, że ona nie była do końca normalna. Pomimo tego, że dostrzegała jego wkurwienie, bo nie była irytacja, to nie było zdenerwowanie, wkurwienie było idealnym słowem, aby opisać stan w którym się znajdował, to nie miała zamiaru się cofnąć. Nie obawiała się tego, co przed sobą widziała, wcale. Prue nie odpuszczała tak łatwo, czekała na to, co miało się wydarzyć, trzymała się go, opierała o jego tors, jakby sam ten dotyk mógł sprawić, że przy nim zostanie.

Nie dało się nie wyczuć jego napięcia, mimo materiału, który znajdował się pod opuszkami jej palców wyczuwała pod nimi jego napięte ciało. Dostrzegała, że prowadzi właśnie bardzo silną walkę z samym sobą, ale była tu przy nim, mogła mu pomóc podjąć decyzję, jaka by ona nie była. Zresztą starała się to robić. Otworzyła się przed nim, jak przed nikim innym, podzieliła się swoimi obawami, ale też pragnieniami, od niego zależało, co chciał z tym zrobić, ona była gotowa na każdą podjętą przez niego decyzję.

Widziała, że trybiki w jego głowie zaczęły pracować bardzo intensywnie, wpatrywała się w niego czekając, aż się odezwie, oczy miała szeroko otwarte, przygryzała tę dolną wargę, aż w końcu to pytanie padło z jego ust. Bardzo konkretne pytanie, odpowiedź na nie niosła ze sobą wszystko, decydowała o ich wspólnej przyszłości, [i[wspólnej[/i], bo nie widziała innej możliwości. Nie zamierzała pozwolić im na to, żeby umierali od środka, żeby po raz kolejny cierpieli w samotności, może razem nie miało być prosto, ale na pewno lepiej, nie miała co do tego żadnych wątpliwości, nawet najmniejszych.

Odpłynęła na chwilę, wybrała sobie idealny moment, jednak tak już miała, nie potrafiła inaczej, zaczęły w nią uderzać kolejne myśli, w jej głowie było naprawdę głośno, chociaż na zewnątrz nawet nie drgnęła, nadal opierała się o niego, nadal znajdowała się blisko, tak blisko jak się dało.

Mówił dalej, wydawał się być pewny, kurewsko pewny, że była to jedyna, słuszna możliwość. To było logiczne, czyż nie? Najbardziej logiczna z możliwości. Uderzyła w nią zupełnie niespodziewanie, jednak nawet przez chwilę się nie wahała. Wiedziała, czego chce, była zdecydowana, nie było w niej nawet grama niepewności.

Chciał, żeby była kimś więcej, żeby mogła wymagać od niego powrotów, to było wiele, dawał jej prawo do tego, żeby miała wpływ na jego decyzje. Naprawdę ją wybrał, wybrał ją ponad wszystko, ponad swoje przyzwyczajenia, ponad rzeczywistość do której przywyknął. Nie mógł dać jej więcej, wszystko, albo nic. To było do niego podobne, nigdy się nie ograniczał, a teraz nie chciał ich ograniczać.

Gdy tylko wróciła z tej swojej krótkiej wędrówki między swoimi przemyśleniami odezwała się. Gdy dotarło do niej, co jej zaproponował, nie było odwrotu, wiedziała o tym, chciała tego, chciała zostać jego żoną, wymagać od niego powrotów, rościć sobie prawo do tego, żeby był obok.

- Nie będziemy czekać, za długo już czekaliśmy. - Czekali na siebie wiele lat, aż w końcu mogli sięgnąć po to, co wymykało im się z rąk tak długo. Nie chciała dłużej czekać, nie po tym wszystkim, zwłaszcza, że był gotowy tak, jak i ona zrobić to od razu. Pewnie nie było to całkiem normalne, podejmowanie takich decyzji w krótką chwilę, ale wiedzieli, czego chcą, byli zdecydowani, to wystarczyło. To wydawało jej się całkiem naturalne.

- Nie potrzebuję czasu, jestem pewna, że chcę to zrobić. Nie potrzebuję rodziny, czy bliskich, chcę to zrobić z Tobą, nikt więcej nie jest nam do tego potrzebny, tylko Ty i ja. - Nie potrzebowali świadków, nie było im to do niczego potrzebne, bo w końcu liczyli się tylko oni, razem przeciwko całemu światu, przeciwko tym wszystkim problemom, które powodowali. Tylko oni.

- Przyjmę Twoje nazwisko, będę Twoją żoną, to wiele Benjy, naprawdę mnie wybrałeś. - Powiedziała cicho, jakby nadal nie mogła w to uwierzyć. Była jego wyborem, miała stać się nim na stałe, to nie było tylko chwilowe, mieli zostać małżeństwem, przekroczyć kolejną granicę, stać się swoją rodziną, czy mogła oczekiwać czegoś więcej? Nie, właśnie oferował jej wszystko, i zamierzała to przyjąć.

- Jesteś pewien, że znajdziesz kogoś, kto będzie w stanie zrobić to teraz? Bo chcę to zrobić teraz, chcę teraz zostać Twoją żoną. - Nie miała pojęcia, czy w ogóle było to możliwe, ale kiedy o tym mówił wydawało jej się to prawdopodobne, więc postanowiła spróbować. Nie chciała zwlekać, nie było sensu tego robić, chciała to zrobić teraz i miała wrażenie, że Benjy był gotowy naprawdę to doprowadzić do skutku.

Oddychała powoli, zeszło z niej całe napięcie spowodowane wcześniejszą rozmową, ogarnął ją spokój, jakoś to ułożyli, udało im się to naprawić. Dostrzegła uśmiech na jego twarzy, pierwszy dzisiaj, to powodowało, że poczuła ulgę, naprawdę mieli się pobrać, nawet za chwilę.

Naprawdę była gotowa wyjść, znaleźć kogoś kto udzieli im tego ślub, bo zasługiwali jak nikt inny, aby wreszcie móc stworzyć coś razem. Wiele przeżyli, widziała to wszystko, widziała, że od lat była dla niego kimś więcej, to nie zmieniło się przez lata. Prue kochała go, jak nikogo wcześniej, kochała go tak, że była w stanie pozwolić mu odejść, mimo, że sama rozsypałaby się na kawałki. Skoro jednak zadecydowali spleść ze sobą swoje życia, chciała to zrobić od razu, bez niepotrzebnego czekania, bez przygotowań, bez nikogo obok. Mogli to zrobić razem, tak po prostu, bo przecież liczyło się tylko to, że w końcu mogli stać się mężem i żoną, przed sobą samymi, nie obchodziła jej Matka, czy inne boginie, bo na końcu i tak mieli zostać tylko oni, sami ze sobą.

- Nóż i zapałki są odpowiednie, znajdź kogoś kto odprawi rytuał, zróbmy to. - To było jej ostatnie słowo. Nie zastanawiała się nad tym zbyt długo, naprawdę była gotowa zrobić to tu i teraz, chociaż może otoczenie nie było specjalnie sprzyjające, ale to nie miało najmniejszego znaczenia, liczyło się tylko to, że mieli się pobrać, i byli siebie tak pewni, że nie widzieli niczego, co mogłoby im stanąć na przeszkodzie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
28.11.2025, 17:31  ✶  
To stało się zanim zdążyłem pomyśleć. Nie było żadnego wyliczania, żadnego „powinienem”, żadnej logiki. Po prostu patrzyłem na nią, na te jej oczy, które potrafiły mnie rozbroić, rozłożyć na czynniki pierwsze, przywrócić do życia i posłać do diabła jednocześnie. Patrzyłem na nią, na tę jej twarz, na spojrzenie, które ani razu nie uciekło. Ile razy je widziałem? Setki? Tysiące? Ale nigdy tak, nigdy tak jednoznacznie, tak… Wybierająco. I poczułem, że to jest ten moment, jeśli mam zrobić coś głupiego, coś wielkiego, coś, co będzie niosło konsekwencje na całą resztę mojego pieprzonego życia - to właśnie teraz, bo w tym się specjalizowałem, w wielkich, głupich decyzjach, które zmieniają wszystko.
„Zrób to teraz, albo spierdolisz to znowu.”
Wszystko w tym było absolutnie, bezdyskusyjnie popierdolone, ale nic na świecie nie wydawało mi się bardziej właściwe niż ta właśnie chwila. Prue mówiła, że nie będzie czekać, chce tego teraz, nie potrzebuje czasu, że nie potrzebuje nikogo, a ja? Kiedy to mówiła, czułem, jak każdy mój stary nawyk, każdy lęk, każdy pierdolony mechanizm obronny zaczyna się łamać, jak cienka tafla lodu pod zbyt dużym ciężarem. A kiedy powiedziała „przyjmę twoje nazwisko”… Nie wiedziałem, jakim cudem nie upadłem wtedy na kolana od razu.
Ona mnie nie powinna była kochać, nie powinna była mi ufać, nie powinna była mi wybaczyć. A mimo to mnie chciała, chciała mnie teraz - nie za rok, nie „jak będzie spokojniej”, nie „jak się ułoży” - teraz, tu, w tym wszystkim. Patrzyłem na nią, gdy ściskała mój tors, opierała o mnie cały swój ciężar, jakby to było najbezpieczniejsze miejsce, jakie znała - to mnie rozwaliło bardziej niż wszystko inne. Jak mogłem jej to zabrać? Jak mogłem zostawić ją samą? Jak mogłem myśleć, że to dla jej dobra?
Do chuja, ona tu stała, po wszystkim, po latach, po tym, jak mogła mnie znienawidzić, zgasić, opluć, nasłać na mnie pół Ministerstwa, albo po prostu odejść. Czuła mój wkurw, czuła każde spięcie mięśni pod palcami, ale nie cofnęła się ani o milimetr, jakby moja złość była dla niej tylko kolejną falą, którą trzeba przeczekać, wierzyła, że nie utonie, jakby wiedziała, że ja jej na to nie pozwolę. A może po prostu kochała mnie do szaleństwa - tak samo, jak ja kochałem ją. Stała przy mnie blisko, na tyle blisko, że czułem jej serce pod żebrami, jej ciało próbowało przekonać moje, że to jest właściwe miejsce, to jest ten punkt, w którym wreszcie możemy zacząć oddychać. Widziałem, że odpłynęła, ale to było jej odpłynięcie - znane, charakterystyczne - kiedyś mnie to zastanawiało, czasem może irytowało, teraz wiedziałem, że to po prostu jej sposób na to, żeby przeżywać rzeczy całym mózgiem naraz. Wiedziałem już, skąd to się brało, mogłem poczekać, tak długo, jak tego potrzebowała.
Mogłem, bo nagle dotarło do mnie coś jeszcze bardziej popierdolonego niż to, że się właśnie jej oświadczyłem - to, że ona się mnie w ogóle nie bała. Nie mojego wkurwienia, nie mojego zawahania, nie mojej przyszłości, nie mojego cienia. Prue miała w sobie ten rodzaj odwagi, który nie powinien istnieć w żadnym normalnym świecie, ale świat, w którym żyliśmy, normalny nie był.
Była nienormalna, ja też, może właśnie dlatego to wszystko miało sens. W świecie, w którym nic już nie działało normalnie, w którym ludzie znikali, ginęli, tracili siebie szybciej niż własny oddech… Co to w ogóle znaczyło „za szybko”? Za szybko w stosunku do czego - do jutra, którego możemy nie doczekać? Może i byliśmy nienormalni, pewnie cholernie, ale patrząc na nią w tej chwili, stojąc w półmroku z jej dłońmi na mojej piersi, z moimi palcami wbitymi w jej płaszcz, wiedziałem jedno - świat też zwariował, więc czemu mielibyśmy udawać normalność, kiedy wszystko wokół dawno przestało być normalne?
Kiedy powiedziała „nie będziemy czekać”, poczułem, jak coś przechodzi mi przez kręgosłup, krótkie spięcie, które ani nie było bólem, ani ulgą, bardziej czymś, co przywracało człowieka do jednego konkretnego punktu w rzeczywistości. Jakby jej słowa zahaczyły mnie za mostek i przyciągnęły z powrotem do tu-i-teraz. Nie „kiedyś”, nie „pomyślimy”, nie „zastanowię się” - teraz.
Mówiła to z taką pewnością, że naprawdę zaczynałem wierzyć, że nie było tu żadnej pomyłki. Jej twarz była blisko, za blisko, żeby można było zaprzeczyć temu zdecydowaniu, jakie pojawiło się w jej oczach. Czułem jej oddech na swojej brodzie, na ustach, na żuchwie, i wiedziałem, że nie ma w niej ani odrobiny wahania, nie było drżenia, nie było zawahania brwi, nie było niczego, co świadczyłoby o tym, że się nad tym zastanawia. Ona już wybrała.
A kiedy powiedziała „przyjmę twoje nazwisko”, to…
Merlinie.
To coś mnie przecięło od środka, spokojnie, ale głęboko.
Patrzyłem jej w oczy i po raz pierwszy od lat - naprawdę lat - poczułem, że ktoś mnie widział, nie jako problem, nie jako zagrożenie, nie jako faceta, który przynosił śmierć ze sobą jak cień. Tylko jako kogoś, kogo można wybrać. To nie była żadna desperacja, ona naprawdę chciała być moją żoną. Kiedy więc zapytała, czy jestem pewien, że znajdę kogoś, kto zrobi to „teraz”…
Uniósłem jedną brew, powoli, nachyliłem się do niej mocniej, tak że nasze nosy dzieliły może dwa palce.
- Sun, ja jestem człowiekiem, któly potlafi znaleźć zaklinacza w piepszonym kanale, na jebanych ścieszkach, o tszeciej nad lanem, jak tszeba. - Stwierdziłem cicho, ale nie było w tym złości. - Zaufaj mi, jeśli powiesz „telas”, to „telas” się stanie. - Moje palce przesunęły się po jej płaszczu, tym razem nie z nerwu, tylko pewnie.
A kiedy powiedziała „nóż i zapałki są odpowiednie, znajdź kogoś, zróbmy to”… Tak spokojnie, tak pewnie, tak… Nienaturalnie zdecydowanie, jak na człowieka, który dopiero co słyszał oświadczyny wyrzucone w środku kłótni - poczułem, jak moje serce zaczyna napierdalać szybciej niż powinno. To nie była adrenalina, nie był strach, nie był gniew, chociaż jeszcze przed chwilą kipiałem jak kociołek na ogniu. Jej oczy były szeroko otwarte, a ta wkurwiona determinacja, którą jeszcze chwilę temu próbowała mnie zabić argumentami, teraz paliła się zupełnie innym ogniem. Widziałem, jak bardzo była pewna, bardziej niż ja kiedykolwiek byłem pewny czegokolwiek, przynajmniej do tej chwili. To było coś, co rzadko mnie dopadało - coś, czego nie znałem od lat. Całe to napięcie, które trzymałem w barkach, w szczęce, w palcach, w plecach po prostu puściło, jakby ktoś przeciął więzy. Patrzyłem jej w oczy długo, zbyt długo, jak na kogoś, kto jeszcze chwilę temu warczał jak wściekły pies. Zbyt intensywnie, jak na kogoś, kto próbował ją od siebie odepchnąć.
Po raz drugi tej nocy uśmiechnąłem się do niej - prawdziwie, powoli, z jakąś głęboką, męską, nie chłopięcą, nie gówniarską, nie szczenięcą pewnością, która dawno nie miała we mnie miejsca.
- Będziesz moją, zanim wzejdzie słońce. - To nie była obietnica, to była pewność, nie deklaracja, to było pieprzone przewidywanie przyszłości, którą sami sobie kreowaliśmy teraz - nagle, gdy całe to wkurwienie, cały ten chaos, cała ta wojna w środku mnie przestała mieć sens. Odsunąłem się na tyle, by znowu ją zobaczyć, w całości, całą tę jej gotowość, jej popierdoloną odwagę, cały ten ogień, który mnie niszczył i spajał jednocześnie. Patrzyłem jej w oczy, a one były czyste, pewne, nienaturalnie spokojne jak na kogoś, kto właśnie zgadzał się zostać żoną człowieka, przy którym wszystko się pali.
Nie mogłem już stać, nie mogłem utrzymać tej pozycji, tej przewagi wzrostu, tej przygniatającej sylwetki nad nią - to nie było to, kim miałem być w tej sekundzie. Po prostu… Puściłem powietrze. Wypuściłem płaszcz Prudence z jednej dłoni i zanim mózg zdążył powiedzieć „co ty odpierdalasz”, ja już klęczałem - tak, jakby ktoś mnie uderzył od środka, jakbym poddał się sile, która była większa ode mnie.
Nie odwróciłem wzroku ani na sekundę, patrzyłem w jej oczy z dołu, tak intensywnie, że aż mnie paliło pod powiekami. Jedna ręka wciąż trzymała jej płaszcz, kurczowo, jakbym bał się, że odsunie się choć o centymetr, drugą, cholernie drżącą, bolącą, z tą pulsującą raną w śródręczu, wsunąłem w cholewkę buta, aż poczułem chłód metalu. Jego zimno przecięło mi palce natychmiast, ostrze zahaczyło o dłoń, skaleczyło, ale miałem to gdzieś. Nie syknąłem, nie cofnąłem ręki, krew nie była tu przeszkodą, krew była dokładnie tym, co miała znaczyć.
Nóż był wiekowy, rytualny, runiczny, oprawiony w pociemniałą, wytartą kość i skórę, przekazywany jak przekleństwo i błogosławieństwo jednocześnie.
Spuścizna po człowieku, który nigdy nie miał nikogo.
Spuścizna, którą ja zamierzałem złamać.
Chciałbym, żeby to widział.
Chciałbym, żeby się uśmiechnął i powiedział „bon choix, garçon, dobrze wybrałeś”.
Nie powiedziałby. Mój mentor powiedziałby, że użycie go w ten sposób to profanacja, ale mój mentor zmarł sam.
A ja nie musiałem.
Ostrze nie błyszczało, było matowe, przygaszone, jakby pochłaniało światło zamiast je odbijać, a jednak wyglądało prawdziwiej niż jakikolwiek pierścionek, który mógłbym kiedykolwiek kupić. To nie był byle nożyk, to była spuścizna, dziedzictwo - moje jedyne dziedzictwo, które nie było skażone nazwiskiem, którego nienawidziłem. Patrzyłem na nią bez mrugnięcia, napięcie między nami można było przeciąć tym cholerstwem, gdyby chciała. Podniosłem nóż, trzymając go poziomo, ostrzem skierowanym prosto w moją pierś, rękojeścią w stronę Prue - gest nie mógłby być bardziej symboliczny, nawet gdybym go zaplanował.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#18
28.11.2025, 23:27  ✶  

Nie było dla niej bardziej oczywistej rzeczy, niż ta, że jeśli już ją o to zapytał, to zamierzała wyjść za niego tej nocy. Być może wydawać się to mogło nierozsądne, nieprzemyślane, nawet pojebane, jednakże dla Prue była to całkiem prosta decyzja. Skoro mogli sięgnąć po to od razu, to co właściwie stało im na przeszkodzie? Nie potrzebowała przygotowań, ludzi, przemyślanych strojów, czy wybranego miejsca, liczyło się tylko to, że w końcu stanie przed nim i będą mogli sobie przysiąc te wszystkie rzeczy. Zostaną małżeństwem. Tylko to było ważne, nie cała otoczka. Nigdy nie przywiązywała wagi do takich drobnostek, to nie było istotne, liczyło się przede wszystkim to, co miało ich połączyć, tej nocy, bo powiedziała, że tego chce i miała wrażenie, że Benjy zrobi wszystko, aby faktycznie spełnić jej prośbę.

Przez lata wokół siebie orbitowali, niosło to ze sobą różne emocje, ale miało swoje podstawy, wiele zrozumiała ostatnio, wiele do niej dotarło, otworzyło jej to oczy, nie było więc w niej nawet odrobiny zawahania, kiedy miała podjąć decyzję, chyba niczego nie była bardziej pewna w całym swoim życiu. Nie drgnęła nawet odrobinę kiedy przy nim stała, kiedy spoglądał na nią tym zezłoszczonym wzrokiem, kiedy krew w jego żyłach buzowała, wiedziała, że próbuje znaleźć odpowiednie rozwiązanie i w końcu je znalazł.

Nie bała się go, bo dlaczego niby miała? Nie sądziła, żeby mógł zrobić jej krzywdę, mimo tego, że wkurwienie z niego wypływało, nigdy nie dał jej podstaw do tego, aby czuła przed nim strach. Być może zaliczyli wzloty i upadki, ale nigdy, ale to nigdy się go nie bała. Raczej traktowała go jako wyzwanie, podchodziła do ich potyczek z ekscytacją, nawet wtedy gdy byli dla siebie przede wszystkim wrogami, wzbudzał w niej więcej emocji, niż ktokolwiek inny, zdawała sobie z tego sprawę, próbowała z tym walczyć, nie do końca jednak potrafiła.

Dzisiaj było w niej więcej pewności niż przez całe jej życie. Nie szukała dziury w całym, nie analizowała niczego, po prostu chciała, żeby wreszcie dostali szansę od losu, chyba lepsza nie mogła im się przytrafić. Oświadczył się jej, zapytał, czy zostanie jego żoną, przecież nie chciała niczego więcej, to było wszystko o czym marzyła, miało ich to połączyć na zawsze. On wybrał ją, ona wybrała jego, być może byli nienormalni, ale teraz mogli być nienormalni razem, niczego więcej nie potrzebowała.

Musiała się upewnić, że faktycznie jest taka możliwość, to nie tak, że nie wierzyła w jego chęci, czy znajomości, jednak było dość późno, oni znajdowali się na Nokturnie... w sumie na Nokturnie można było znaleźć wszystko o każdej godzinie, z tym faktycznie nie powinno być problemu, potwierdził jej to, przez co Bletchley się uśmiechnęła.

- Ufam Ci jak nikomu innemu. Mówię teraz, więc niech tak się stanie. - Powtórzyła to, bo naprawdę niczego w tej chwili nie pragnęła tak jak tego, aby wziąć z nim ślub. Nie było w niej tej ostrożnej Prue, która musiała wszystko bardzo dokładnie przemyślać, bo wyjątkowo - była pewna podjętej przez siebie decyzji, mimo, że zrobiła to w ledwie kilka sekund.

- A Ty będziesz mój. - Odpowiedziała lekko, nie mogła się przy tym nie uśmiechnąć, bo całe napięcie zniknęło. Czuła spokój, miała wrażenie, że w końcu wszystko jest właściwe, czy mogło spotkać ją coś lepszego od ślubu z miłością swojego życia? No nie. Nie mogło. Miało się to wydarzyć jeszcze tej nocy, nie mogła dostać więcej, i choć nic na początku tego wieczora nie wskazywało na to, że zakończy się to w ten sposób, to nie towarzyszyła jej nawet najmniejsza obawa. Była święcie przekonana o tym, że nie mogli postąpić słuszniej, a co najważniejsze, miała wrażenie, że on w końcu to uwierzył. Wybrał ją, ona wybrała jego. Tak jak powinni zadecydować już bardzo dawno temu. Dobrze, że wreszcie poszli po rozum do głowy. I nie zastanawiała się nad tym, co czeka na nich jutro, czy pojutrze, bo liczyło się tylko tu i teraz, bo to było najważniejsze, to ich dotyczyło. Nad resztą kiedyś będą mogli się zastanowić, albo i nie, bo czy właściwie tego potrzebowali?

Nie spodziewała się tego, że padnie przed nią na kolana. Zrobił to tak szybko, że nawet nie miała szansy zareagować, jeszcze przed chwilą stał przy niej, opierała się o jego tors, a teraz był zupełnie gdzie indziej. Nachyliła głowę, aby na niego spojrzeć, nie miała pojęcia, co robił, bo przecież już się zgodziła za niego wyjść, oświadczyny mieli za sobą, przynajmniej tak się jej wydawało.

Obserwowała go uważnie, jakby nie chciała przegapić żadnego, nawet najdrobniejszego gestu. Serce trzepotało jej jak oszalałe, obawiała się, że istnieje szansa iż wyskoczy jej z piersi, chociaż jako uzdrowiciel przecież wiedziała, że to nie jest możliwe, że nie było takiej opcji, ale aktualnie podchodziła do wszystkiego nieco irracjonalnie, on jej to robił. Od zawsze tak na nią działał, nic nie mogła na to poradzić.

Bletchley zapomniała o zranionej ręce, w półmroku nie widziała krwi, która się z niej sączyła, już dawno powinna była ją opatrzyć, zająć się nim, jednak całe swoje zaangażowanie włożyła w tę kłótnię, która doprowadziła ich do tego momentu. Nie odrywała od niego wzroku nawet na ułamek sekundy, widziała, że się nachylił, szukał czegoś w bucie. Nie zastanowiło jej to jakoś specjalnie, nie widziała w tym niczego dziwnego, nie kwestionowała tego.

Kiedy wyciągał nóż nadal patrzył jej w oczy, ona również to robiła, nie zauważyła tego, że się skaleczył, nie dał po sobie znać, że coś mu się stało, powinna być uważniejsza, powinna zareagować, zamiast tego wpatrywała się w to intensywne spojrzenie. Miała wrażenie, że paliła ją skóra, gdy tak na nią spoglądał, że ten wzrok przeszywał, że potrafił odczytać wszystkie emocje, które się w niej w tej chwili pojawiały, nic nie było w stanie się przed nim ukryć.

Wyciągnął w jej stronę nóż. Zrobił to, co powiedział. Mógł jej dać nóż i zapałki i właśnie to robił. Nie miało być pierścionka, był nóż, ten którego się domagała. Wpatrywała się w przedmiot dłuższą chwilę, nie umknęło jej to, że wyciągnął rękojeść w jej stronę, ostrze było skierowane w jego klatkę piersiową, to mówiło samo za siebie.

Wyciągnęła nieco drżącą dłoń, ostrożnie, tak, żeby przypadkiem nie zrobić mu krzywdy. Zacisnęła rękę, na krótką chwilę na jego dłoni, która trzymała nóż, by poczuć pod palcami ciepło jego skóry, dopiero po chwili go przejęła.

Nie miała pojęcia, jaką historię niosła ze sobą ta broń, czuła jednak, że nie jest to pierwszy, lepszy nóż, że coś dla niego znaczy, może nawet więcej, niż którykolwiek inny. Przyjęła więc ten przedmiot, odwróciła go w dłoni i co miała niby z nim w tej chwili zrobić, na stopach miała pantofelki, nie mogła go wsunąć do butów, tak jak robił to Benjy, więc póki co po prostu ściskała go za rękojeść.

- Pocałujesz mnie wreszcie? - Zapytała jeszcze, bo wolałaby, aby w końcu podniósł się z ziemi, nie czuła się do końca swojo, kiedy się tam znajdował, zdecydowanie wolała mieć go bliżej, chociaż wiedziała dlaczego to zrobił. Przekaz był bardzo jasny.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#19
29.11.2025, 01:09  ✶  
Stałem przed nią jeszcze chwilę wcześniej, a teraz klęczałem na zimnej, brudnej posadzce Nokturnu, jednej z tych, na których człowiek normalnie nie uklęknąłby nawet po to, żeby podnieść pieniądz, ale ja nie myślałem o ziemi. Nie myślałem o niczym, poza nią i tym jednym faktem, który uderzał mnie w klatkę z taką siłą, że serce biło mi jak oszalałe - ona chciała zostać moją żoną tej nocy. Nie jutro, nie potem, nie kiedy świat będzie bezpieczniejszy - teraz, bo powiedziałem “teraz”, a ona powiedziała “niech tak się stanie”. Jej słowa wisiały w powietrzu jak zaklęcie, ieprzona przysięga, która zawiązała się zanim ktokolwiek ją wypowiedział formalnie. Kiedy patrzyłem na jej twarz, na te szeroko otwarte oczy, na ten uśmiech, który był czymś między ulgą a pewnością, wiedziałem już, że nie ma odwrotu - nie będzie odwrotu, nigdy go nie było, bo ona naprawdę mnie wybrała, a ja ją, od lat, tylko oboje byliśmy zbyt zrujnowani, zbyt dumni i zbyt pierdolnięci, by to przyznać. Do dziś.
Prudence zawsze miała ten swój sposób patrzenia na świat - dziwny, intuicyjny, popierdolony, a jednocześnie tak konsekwentny, że czasem miałem wrażenie, że to ja jestem nienormalny, dla niej decyzja, którą inni podejmowaliby miesiącami, latami, ważąc „za” i „przeciw” jakby od tego zależało istnienie wszechświata… Była prosta. Chciała wyjść za mnie tej nocy - nie jutro, nie kiedyś, nie gdzieś.
Teraz. Słuchałem jej, stała przede mną twardo, z tym spojrzeniem, które nie miało w sobie ani krzty zawahania, i każda sylaba, którą wypowiadała, brzmiała jak decyzja za nas oboje.
Nie jak prośba.
Nie jak życzenie.
Jak dekret.
I to było dla niej naturalne.
Właśnie dlatego kochałem ją bardziej, niż było to zdrowe.
Stałem przed nią jeszcze sekundę, czując jej dłonie na mojej piersi, ciepło przebijające przez płaszcz, puls, który uspokajał mnie bardziej niż jakiekolwiek zaklęcie ochronne. A ona waliła we mnie słowami - jedno po drugim, te „nie będziemy czekać”, „ufam ci”, „ty będziesz mój”, i nagle… To nie brzmiało nierozsądnie. To brzmiało jak pieprzona prawda, bo świat dookoła walił się jak rozpadający się grobowiec, bo jutro mogło nie nadejść, bo jakim cudem miałem odmówić kobiecie, która całe życie walczyła o wszystko, a teraz wreszcie walczyła o mnie?
Nigdy nie uciekła przede mną, nigdy się mnie nie bała, nawet wtedy, gdy powinna. To jej spojrzenie - miękkie, pewne, tak spokojne w tej popierdolonej sytuacji - było jak kotwica, która zatrzymała mnie, zanim sam zacząłem tonąć
Czekaliśmy za długo.
Zbyt długo grzebaliśmy się w przeszłości.
Zbyt długo umieraliśmy osobno.
A ona właśnie mówiła mi, że tego nie chce.
Chce mnie.
Teraz.
Nigdy nie należałem do nikogo. Ludzie mnie brali, używali, tracili - ja znikałem. Ale ona? Ona mówiła to tak, jakby to było oczywiste, a ja pozwoliłem, żeby właśnie tak było. Kurwa. Kurwa, kurwa, kurwa. Kiedy mówiła, czułem, jak coś się we mnie uspokaja, choć nie powinno. Jej słowa były tak zdecydowane, tak pewne, że aż nierozsądne - a ja, jebany rozsądny „obywatel wojenny”, powinienem ją od nich odciągać, ale ona tylko stała przede mną i mówiła o tym „teraz”, mówiła o ślubie tej nocy, mówiła to z tym swoim tonem, który nie znosił sprzeciwu, nawet jeśli jej głos był cichy. I nagle cała logika, cała ostrożność, cała moja wypaczona moralność… Wszystko to poszło w diabły.
„A Ty będziesz mój.”
W tym jednym zdaniu było wszystko, przed czym uciekałem całe życie - wszystko, czego pragnąłem, wszystko, czego się panicznie bałem, właśnie dlatego uklęknąłem - nie ostrożnie, nie ceremonialnie, tylko jak ktoś, komu podcięto nogi decyzją, która była większa niż on sam. Moje kolano uderzyło o podłogę z głośniejszym dźwiękiem, niż planowałem, ale nie szukałem równowagi, to ona była moją równowagą. Moje ciało ruszyło szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. Jedna sekunda - stałem. Druga - klęczałem. Upadłem na klęczki jak ktoś, kto złożył broń przed jedyną osobą, która miała prawo mu ją odebrać. Jej twarz drgnęła w zaskoczeniu, ale nie cofnęła się ani o centymetr, patrzyła na mnie, jakby wiedziała, że coś robię, tylko jeszcze nie wiedziała co. Moje palce trafiły na metal i instynktownie złapałem nóż odwrotnie niż trzeba, ostrzem do siebie, rękojeścią na zewnątrz - ten sam, który kiedyś jej pokazywałem w piwnicy w Exmoor. Ten, który trzymałem latami, bo był jedyną rzeczą, która łączyła mnie z kimś, kto kiedyś próbował zrobić ze mnie człowieka. Ten sztylet znał mnie lepiej niż ktokolwiek, kiedy mentor mi go przekazał, powiedział, że to narzędzie „pozbawia człowieka resztek złudzeń”, a teraz ja dawałem je kobiecie, która była jedyną osobą, z którą chciałem te złudzenia dzielić. Poczułem ciepło krwi, ale to nie miało żadnego znaczenia, wyciągnąłem go do niej, rękojeścią w jej stronę, ostrzem w swoją, tak blisko, że każdy głębszy oddech wbijałby mi go w mostek, ale patrzyłem w jej oczy, w jej twarz, nie na jej drżącą dłoń. Wyciągnęła rękę i położyła ją na mojej, delikatnie, aż za delikatnie jak na kogoś, kto przed chwilą wykłócał się ze mną o rzeczy, które mogły nas rozpierdolić na lata, na całe, samotne życie - jej palce dotknęły mojej skóry, tej gorącej od bólu i krwi, i zrobiło mi się tak lekko w klatce, że aż coś we mnie zabolało mocniej. Patrzyła na nóż nie z szokiem, nie z paniką, tylko z czymś, co wyglądało jak… Zrozumienie, jakby wiedziała, że trzymam w dłoni coś więcej niż broń, że w tym momencie podawałem jej kawał mojego życia, by mogła zdecydować, co z nim zrobi. Jej „mój” było jak zaklęcie, mocniejsze niż te, które wypierdalają w powietrze całe budynki. W tym momencie oddałbym jej wszystko.
Nie wiedziałem czy ktokolwiek kiedykolwiek spojrzał na mnie tak, jak ona patrzyła teraz - kurwa, nie, nigdy - ani ze strachem, ani z euforią, tylko z tą absolutną pewnością, która potrafi z człowieka zrobić coś nowego. Prue potrafiła, zawsze, nawet wtedy, kiedy jeszcze byliśmy po przeciwnych stronach, nawet kiedy każde nasze spotkanie kończyło się na krawędzi jakiegoś pierdolonego konfliktu, ona zawsze trafiała tam, gdzie nikt nie miał dostępu. Teraz też.
To jedno zdanie, to jedno cholerne zdanie o pocałunku, zmiotło mnie kompletnie - zmiotło jak fala, która nie powinna istnieć. Nie dałem jej nawet chwili, nawet sekundy, nie było już żadnego „powoli” - żadnej elegancji, żadnego „pozwól, że wstanę”, żadnego łagodnego gładzenia jej policzka. Kurwa, nie. Ja po prostu wyrwałem się w górę, jakby ktoś mnie pociągnął za sznur przywiązany do kręgosłupa. Z kolan do jej ust w pół sekundy.
- Mon toulnesol de cimetièle. - Wysyczałem jej w usta, ledwie oddzielając nasze wargi. - Mój cmentalny słoneczniku. Zawsze. - A potem ją pocałowałem, bez żadnej ostrożności, bez wahania, jak ktoś, kto właśnie zmienił całe swoje i jej życie jednym gestem i nagle poczuł ciężar tej decyzji, i jednocześnie wolność, którą ona dawała. Pocałowałem ją tak, jakby jutro miało nie istnieć - tak, jakby była pieprzonym cudem, który ktoś podsunął mi pod nos w ostatniej chwili przed końcem świata. Przytrzymałem jej twarz dłońmi, kciuki pod kośćmi policzkowymi, jakbym nie chciał jej puścić ani na chwilę. To było pełne wszystkiego, co we mnie siedziało przez lata. Złości. Miłości. Żalu. Pożądania. Frustracji. Tęsknoty. Strachu. Nadziei. Wszystkiego, co kiedykolwiek przed nią ukrywałem. Oparłem czoło o jej, oddech miałem gorący i nierówny, głos rozszarpany czymś, co nie chciało już być niewypowiedziane. Jedną rękę nadal trzymałem na jej twarzy, drugą osunąłem na jej kark, palce zaciśnięte tuż pod włosami, tak blisko, że nie dałbym rady jej puścić, nawet gdyby świat się zawalił, moje usta sunęły po jej ustach tak, jakby próbowały nadrobić wszystkie lata straconego czasu.
- Kocham cię, wiesz? Zawsze cię kochałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#20
29.11.2025, 02:14  ✶  

Otoczenie raczej można było uznać za średnio sprzyjające, ale nie liczyło się przecież miejsce, tylko czas i osoba, która postanowiła się zadeklarować. Czy spodziewała się tego, że kiedyś ktoś jej wyzna miłość w tym obskurnym miejscu? No nie, czy spodziewała się tego, że sama komuś powie to samo tutaj? No nie. Nie mieli na to wpływu, tak się musiało wydarzyć. Dobrze, że w ogóle mieli szansę na to, żeby się przed sobą otworzyć. Potrzebowali takiego oczyszczenia, podzielenia się swoimi obawami, ale też pragnieniami. To wiele wyjaśniło, to doprowadziło ich do momentu w którym właśnie Benjy uklęknął przed nią na tej obrzydliwej podłodze. Prue wolała nie myśleć o tym, co mogło się na niej znajdować, liczył się gest? Czyż nie. Zresztą nie uważała, żeby był im potrzebny w tej chwili, to nie tak, że go nie doceniała, ale zdążyli już ustalić, że chcą zostać małżeństwem teraz, za chwilę, tej nocy. Wszystko wydawało się być całkiem proste, jakby było najłatwiejszą decyzją z możliwych do podjęcia, jakby wcale nie chodziło o to, że zamierzali spędzić ze sobą resztę życia.

Takie rzeczy po prostu się wiedziało, ta pewność uderzała zupełnie znienacka, nie pozwalała nawet na chwilę wedrzeć się do środka odrobinie zawahania. Tak po prostu miało być, miał być ślub, gdy tylko znajdą kogoś kto postanowi im go udzielić. Prosta sprawa, a wierzyła, że faktycznie bo znajdą, bo jeśli Benjy powiedział A to i miał powiedzieć B, on dotrzymywał słowa i nie rzucał ich na wiatr, zdawała sobie z tego sprawę, i może właśnie dzięki temu, dzięki jego podejściu była całkiem spokojna, bo wiedziała, że skończę ten dzień dokładnie tak jak sami chcieli.

Fenwick wyglądał równie pewnego swojej decyzji co ona, zresztą nie sądziła, że inaczej by się jej oświadczył, nie był osobą, która postępowała w jakiś sposób, dlatego, że tak wypadało, że ktoś tego oczekiwał, od zawsze robił tylko i wyłącznie to na co sam miał ochotę. Teraz postanowił uczynić ją swoją - więc miała się stać jego. Było to proste jak jakaś przedwieczna prawda.

Nie było to spontaniczne tak, jak mogło się wydawać, ta więź sięgała dziecięcych lat, kiedy jeszcze nawet nie wiedzieli, co to znaczy kogoś kochać, przyjaźnili się wtedy, byli sobie oparciem, zupełnie tak jak teraz, gdyby nie to że los rzucił im kłody pod nogi, już dawno mogliby spróbować czegoś podobnego. Nie było jednak sensu się na tym skupiać, najważniejsze, że dostali swoją szansę i właśnie mieli ją wykorzystać. Już jej nie ucieknie, teraz będzie trwał przy niej, bo miał zostać jej mężem. Było w tym coś niesamowitego, bo przecież Benjy należał do tych, którzy cenili sobie wolność, którzy sami decydowali o swoim losie, a teraz trochę sam się tego pozbywał, bo to musiało nieco się zmieniły, już nie mógł patrzeć na wszystko w pojedynkę.

Rozpoznała sztylet, który jej podarował. Nie od razu, potrzebowała do tego chwili, aby przypomnieć sobie jak leżał w ręce i, że kiedyś już go w niej trzymała. Piwnica, w której dowiedziała się kim jest, chociaż czy podświadomie już podczas pożarow nie wiedziała, albo jeszcze wcześniej, kiedy pomagali dziewczynce zlapać tego kota? Jej ciało samo na niego reagowało, rozpoznało go, mimo, że umysł doszedł do tego nieco później oraz z drobną pomocą.

Klęknął pod nią, przed nią tak właściwie i patrzył na nią tym swoim spojrzeniem. Widziała w nim wszystko, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, które mieli spędzić razem. Mimowolnie się uśmiechała, chociaż z nożem w ręku mogło to wyglądać nie najlepiej, jakby co najmniej była jakaś opętana. Może była? Opętała ją miłość do niego.

Nie zamierzała pozwolić mu tak trwać przed nią. Nie kiedy dawno nie czuła jego ust ma swoich, oddechu za uchem, ciepłej skóry przyklejającej się do jej. Musiała to przerwać i poprosić go o reakcję. Nie sądziła też, że wygodnie mu było na kolanach na tej nokturnowej podłodze.

Zareagował na jej słowa, miała wrażenie, że od razu. Nie musiała powtarzać swojej prośby, zupełnie znienacka stał przed nią i sięgał wargami do jej wark. Nigdy nie wnikała w to, jak to robił - to była część jego osoby, tak już miał. Uśmiechnęła się delikatnie, całkiem uroczo, kiedy usłyszała jak ją nazwał, pasowało to do jej osoby idealnie, Benjy zawsze umiał sięgnąć po bardzo trafne spostrzeżenia. To też się nie zmieniło.

Pocałował ją tak, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie, zachłannie, intensywnie, chciwie, jakby już należała do niego. Nogi miała jak z waty, uginały się pod nią, ale doznania były niesamowite. Przytrzymywał jej twarz w miejscu, tak, że przy tym wszystkim nie ruszyła się nawet o krok, stała tak po prostu pogłębiając ten najbardziej prawdziwy pocałunek, który przeżyła w swoim życiu. Jak ona wcześniej mogła żyć bez niego? Nie miała pojęcia, teraz jednak wiedziała, że nie może go stracić bo stał się jej całym światem. Docierało do niej, że to trwało od dawna, zawsze gdy się przy niej pojawiał to dostawał całą jej uwagę, nikt inny się nie liczył, ani nic innego, tylko i wyłącznie on.

Oparł czoło o jej czoło, wtedy złapała oddech, kiedy ją całował zapominała o tym, że musi oddychać, bliskość powodowała, że przyjemne ciepło rozwlewało się po jej całym ciele, przymknęła na moment oczy, było tak idealnie, że trudno jej się z tym było pogodzić. Nie była przyzwyczajona do tego, że cokolwiek szło po jej myśli, a w tej sytuacji przecież zupełnie przekorczyło jej oczekiwania, nie spodziewała się, że zostanie jego żoną, że będzie ją chciał, a za maksymalnie kilka godzin mieli wziąć ślub. Niesamowite.

- Ja Ciebie też i zawsze będę Cię kochać. - Bez żadnego zawahania powiedziała te słowa, bo to było dla niej oczywiste, taka miłość nie zdarzała się często, była jedna, jedyna w swoim rodzaju i nie wszyscy mieli szansę ją spotkać, oni mieli te możliwość, teraz wypadałoby to odpowiednio wykorzystać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (19460), Prudence Fenwick (15509)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa