Powstrzymał się jednak. To nie był po prostu jakiś nawiedzony bębniarz, domorosły muzyk czy nawet faktycznie czarodziej z Afryki, próbujący tu przywoływać duchy. Cathal znajdował podobieństwa tego całego ołtarzyku do paru rzeczy w swojej pamięci, i choć nigdzie nie było przeniesienie jeden do jednego, to każde porównanie wypadało niepokojąco. Myśl o czarnej magii, oślizgła, wędrowała gdzieś po jego umyśle. Shafiqowi zdarzyło się też użyć – nieczęsto, nigdy bez potrzeby – ale właśnie dlatego wiedział, jak jest groźna i jak dużą ostrożność z tą trzeba zachowywać.
Ktokolwiek stworzył… to coś… tej ostrożności nie zachowywał.
– Wydaje mi się, że krew jest na tym bębnie – powiedział sucho, kalkulując, jak duże problemy będzie miał z powodu tej piwnicy, i czy powinien spalić to wszystko w cholerę i udawać, że niczego nie znalazł, zgłosić to czy może zbadać na własną rękę. – Ktoś tu był niedawno… ale raczej nie dzisiaj. Ten dźwięk bębnów mógł być zaklęciem.
Po co?
Miało go tu zwabić?
Wkurzyć?
Zadziałało przypadkiem?
Shafiq odetchnął, raz i drugi. Opanował frustrację. Mieli tu coś do zbadania i należało się zabrać do tego metodycznie. Najpierw więc ostrożnie zbliżył się do ołtarza, niczego nie dotykając, i najpierw oglądając starannie podłogę. Szukał jakichś napisów, run, symboli, pozwalających skojarzyć to wszystko z określonym kręgiem kulturowym.
– Wygląda jak te z konkretnego kraju w Afryce? – spytał kobiety, różdżką wskazując na bęben. Znał się na historii. Niekoniecznie na instrumentach. Może coś takiego kiedyś widziała w ojczyźnie… – Trzeba iść na górę i wziąć sprzęt, wprawdzie jest pokryty tą cholerną sadzą, ale coś znajdzie się na górze.
Aparat, rękawiczki, pędzle, narzędzia pomiarowe, coś na próbki. Może to było po prostu dzieło jakiegoś szaleńca, może nie: w każdym razie Cathal najpierw zamierzał zbadać to wszystko sam i dopiero gdy wyciągną jakieś wnioski, zastanowić się, co zrobić z tym dalej.