06.06.2026, 16:56 ✶
Skrzydlaty brunet zbliżał się do niego, a wszystko co mówił i robił wskazywało raczej na to, że był przynajmniej w tym momencie sojusznikiem. Oczywiście i w tym mógł być jakiś podstęp, jakaś finta w fincie, nie można było ufać nocnikom, jak ich nazywano na południu Prythianu, czy może w każdym Dworze na południe od Dworu Nocy.
Srebrzyste nieufne oczy wgapione były w sylwetke, choć świadomość powoli uchodziła z wilczej głowy. Zdradzieckie ciało podcinało mu nogi, pozbawiało siły sprawczej impetu zdziczałej magii wiosennej ziemi. W jego stronach dotykanie wysokiego fae, nawet w jego zwierzęcej powłoce, było skandalem, dyshonorem i najgorszym nietaktem. Sierść jeżyła się wciąż kompulsywnie, gdy leżał bezwładnie na tej przeklętej trawie, mchu, nocnikowych kwiatkach i gałązkach. Sapnął w irytacji i powoli, powolutku odwrócił łeb ku dłoniom, które manipulowały przy metalowym zębom wbitym w grubą skórę gigantycznego wilkora.
Gdy tylko odpuściły, poczuł słodki przepływ magii. Mógł znów się przemienić, mógł teleportować się możliwie daleko od tych głupich lokalnych zbrodniarzy, mógł… mógł też. Oprzeć łeb o biodro błoniastego i na moment na krótki moment przymknąć wytrzeszczone powieki, nie dbając, że brudzi mu w ten sposób szatę pianą toczoną przed momentem z pyska. I tylko uniósł chrapy i zawarczał ostrzegawczo na wspomnienie o łotrach którzy teraz mieliby go gdziekolwiek nosić. Powiedzmy że miał w sobie przestrzeń na zgodę by dotykał go kuzyn księcia, ale jakieś brudne łapy pomniejszych fae? Jeśli tylko by się zbliżyli, jeśli usłyszałby choć szelest zbliżających się ku niemu intruzów, warkotem i odsłoniętymi zębiskami w paszczy dłuższej niż ludzkie przedramie zapewniałby solennie, że może błoniasty zasłużył sobie na jego łaskę, ale nikt poza nim.
Srebrzyste nieufne oczy wgapione były w sylwetke, choć świadomość powoli uchodziła z wilczej głowy. Zdradzieckie ciało podcinało mu nogi, pozbawiało siły sprawczej impetu zdziczałej magii wiosennej ziemi. W jego stronach dotykanie wysokiego fae, nawet w jego zwierzęcej powłoce, było skandalem, dyshonorem i najgorszym nietaktem. Sierść jeżyła się wciąż kompulsywnie, gdy leżał bezwładnie na tej przeklętej trawie, mchu, nocnikowych kwiatkach i gałązkach. Sapnął w irytacji i powoli, powolutku odwrócił łeb ku dłoniom, które manipulowały przy metalowym zębom wbitym w grubą skórę gigantycznego wilkora.
Gdy tylko odpuściły, poczuł słodki przepływ magii. Mógł znów się przemienić, mógł teleportować się możliwie daleko od tych głupich lokalnych zbrodniarzy, mógł… mógł też. Oprzeć łeb o biodro błoniastego i na moment na krótki moment przymknąć wytrzeszczone powieki, nie dbając, że brudzi mu w ten sposób szatę pianą toczoną przed momentem z pyska. I tylko uniósł chrapy i zawarczał ostrzegawczo na wspomnienie o łotrach którzy teraz mieliby go gdziekolwiek nosić. Powiedzmy że miał w sobie przestrzeń na zgodę by dotykał go kuzyn księcia, ale jakieś brudne łapy pomniejszych fae? Jeśli tylko by się zbliżyli, jeśli usłyszałby choć szelest zbliżających się ku niemu intruzów, warkotem i odsłoniętymi zębiskami w paszczy dłuższej niż ludzkie przedramie zapewniałby solennie, że może błoniasty zasłużył sobie na jego łaskę, ale nikt poza nim.