– Powinni narzekać na zły wybór, którym jest ubranie skarpetek do sandałów – mruknęła. Guinevere na szczęście już od dawna była dużą dziewczynką i sama potrafiła podjąć za siebie decyzję co do spraw wszelakich. Nie musiała potem wysłuchiwać, jak to bardzo jest sprowadzana na złą stronę i tak dalej. I gdyby to była inna sytuacja, inny dzień, który tak by jej nie przygniatał, to pewnie bardzo ostentacyjnie wywróciłaby oczami i to tak, żeby Cathal dokładnie wiedział, co ona myśli o tym „ojj jestem złym człowiekiem”. Nie było ludzi nieskazitelnych. Ginewra też nie było, nawet jeśli niektórzy ją idealizowali.
Pokiwała niespiesznie głową, bo tu się z nim zgadzała. To zawsze był jej wybór i to samo powtarzała matce: że są rzeczy, które interesują ją bardziej. Jak właśnie ta historia. Jak uzdrowicielstwo. Wymyśliła to sobie jako dziecko i nie zwątpiła ani przez moment, że to dla niej odpowiednia droga. Tak, wierzyła w przeznaczenie. Wierzyła też we wróżby, ale wróżby to nie były przepowiednie, wróżbitą mógł zostać każdy, o ile nauczył się patrzeć ponad. Wychowała się pod jednym dachem z jasnowidzką i doskonale wiedziała, jakie to było upierdliwe dla otoczenia i zawsze, gdy matka mówiła jej „odziedziczyłaś talent po mnie”, to Guinevere głośno wzdychała i mówiła, że jakoś nic nie widzi. Kaprysiła, jak to dziecko, ale widziała też jakim potrafiło to być obciążeniem dla samego jasnowidza… i cieszyła się, że nie nawiedzają ją żadne wizje. Wolność: rozumiała to pragnienie wolności, bo choć dla każdego była czymś odrobinę innym, to nigdy nie chciała naruszać niczyjej granicy tejże wolności. Tak jak nie chciała, by ktoś naruszał tę jej.
– Gdyby to tak działało, to nie nadeszłoby nadal – odparła i zerknęła w końcu na Cathala. – Bo nadal tego nie chcę. Lubię wróżbiarstwo i symbole, ale to jest coś zupełnie innego od jasnowidzenia. Wróżbiarstwo jest… Drogowskazem. Malutkim kamyczkiem na drodze, sytuacją, na którą możesz się przygotować, a która wystąpi w stosunkowo niedługim czasie, lubiącą się objawiać bardzo przewrotnie i obarczoną interpretacją wróżbity, który rozczytuje symbol, który przed nim staje, ale jasnowidzenie… Nawet jeśli czasami mętne, jest właściwie nie do uniknięcia, nawet jeśli czasami trzeba na rozwiązanie czekać latami – mówiła rzecz jasna o wieszczeniu, o przepowiedniach, proroctwach. Nie o tym, że niektórzy Widzący potrafili spojrzeć na drugiego człowieka i powiedzieć dokładnie co ci zrobią w ciągu następnych kilku godzin.
– Nie, zdecydowanie nie gratuluj, ani nie współczuj – gratulacji nie chciała, bo z jakiej okazji? Zaś współczucie… Nie chciała współczucia. To wszystko to było coś, z czym musiała się oswoić, a dzisiaj emocje były w niej żywe, może zbyt negatywne jak na to, jak funkcjonowała na co dzień, ale nie można było być każdego dnia słońcem, które uśmiecha się do innych. Czasami przychodziły chmury. Zacisnęła mocniej palce na butelce i wzięła kolejnego łyka, po czym podsunęła ją Calowi, nic nie mówiąc na temat tego, że właśnie ominął jedną kolejkę.
Rozmowa z jasnowidzem, ha, a to dobre. Ciekawe z jakim? Znała tu jednego, ale nie uważała, by rozmowa z nim była dobrym pomysłem. Wręcz uważała to za pomysł fatalny.
– Z jakim jasnowidzem? – zapytała za to i może to przemawiała przez nią Ognista, ale dało się usłyszeć z jej tonu jakieś nuty irytacji. Choć po prawdzie to nie Cathala.