• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue

[1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
11.05.2026, 21:44  ✶  
1957

Nie narzekała, chociaż jej oddech mówił sam za siebie. Miała problem, aby za nim nadążyć. Nie była sportowcem, nie miała długich nóg, a na jej stopach oczywiście znajdowały się całkiem urocze pantofelki, które zdecydowanie nie nadawały się do przemierzania podobnego terenu. Mogło być gorzej, mogła postawić na sandały, a wtedy czułaby pod bosą stopą każdy kamyk, każdy patyczek... więc póki co nie zamierzała narzekać. Szła przed siebie bardzo szybkim jak na siebie tempem i nie zwalniała, nie chciała mu dać tej satysfakcji. Nie lubiła stawiać się w roli ofiary, zamiast tego zacisnęła po prostu zęby i starała się nadążać, co sporo ją kosztowało, ale póki co działało wcale nie najgorzej. Miała świadomość, że to ona rzuciła te wyzwanie, głupio by było, gdyby zaczęła jęczeć, a że potrafiła się dostosowywać, to właśnie to w tej chwili robiła.

- Dokładnie tego się po Tobie spodziewałam. - Dodała całkiem pewnym tonem głosu, chociaż wiedziała, że nie było w tym ani odrobiny prawdy. - Czyli mogę modlić się o to, że w końcu coś wciągnie Cię głębiej, jest dla mnie jeszcze jakaś nadzieja. - On mógł się modlić o to, żeby nic go nie wciągnęło, ona mogła o coś zupełnie przeciwnego. Nie mogła tak po prostu sobie odpuścić tego ich typowego przekomarzania się, być może szli dzisiaj w jednym kierunku, jednak nie zmieniało to tego, w jaki sposób się traktowali. To było ich stałą od kilku lat, dobrze było wiedzieć, że coś nadal działało w przeciwieństwie do tej całej sytuacji.

- Przynajmniej mamy co do tego zgodność. - Uśmiechnęła się sama do siebie, bo uznała to nawet za drobny sukces. Nie zaprzeczył jej słowom, przyznał, że doskonale wiedzą jak to wygląda, zgodził się z nią, a więc mieli mały kompromis. Pewnie nie spodziewał się, że jego słowa sprawią jej, aż taką satysfakcję. Wiedziała, że jest dupkiem, który myśli tylko o sobie i najwyraźniej nie chciał zmieniać tej wizji, doskonale - przynajmniej nie psuł jej wyobrażenia o jego osobie.

- To całkiem zaskakujące, zwłaszcza, że nigdy nie możesz mieć pewności, że upadek będzie spektakularny, a po co zaśmiecać tę Twoją pamięć, czymś zwyczajnym? Śmiem stwierdzić, że po prostu wszystko, co związane ze mną uważasz za warte zapamiętania. - Gdyby znajdowali się w innej sytuacji pewnie nie odezwałaby się do niego w ten sposób, ale ten dzień był inny od tych wszystkich, które spędzali w szkolnych murach. Znajdowali się na zupełnie neutralnym gruncie, nikt nie mógł przyglądać się ich dyskusji, dzięki temu też była nieco odważniejsza, zupełnie nie musiała przejmować się przecież tym, że ktoś ich podsłucha, a więc mogła prowokować go bardziej niż zazwyczaj, co było całkiem przyjemną odmianą.

Prudence nadal podążała za nim, nie miała szansy go wyprzedzić, w sumie może nie było to wcale takie złe, gdyby pojawiło się jakieś niebezpieczeństwo to on pierwszy by się w nie wpakował, ona mogłaby uciec, czy coś... tak, jasne - na pewno zostawiłaby go na pastwie losu, nie była taką osobą, nawet jeśli sprawa dotyczyła jej największego wroga. Szła jednak za nim, aż w końcu do jej uszu doszedł ten charakterystyczny dźwięk. Wydawało jej się, że gdzieś w oddali w końcu mogli usłyszeć wodę, czy to było jezioro, czy rzeka jeszcze nie wiedziała, ale istniało, a przynajmniej tak się jej wydawało, zmysły na pewno nie płatały jej figli.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
11.05.2026, 21:44  ✶  
1972

Nie umknęło jej to, że Benjy dostosował do niej swoje tempo. Ostatnio ciągle to robił, nie zostawiał jej w tyle, nie gnał do przodu, równał się z nią, jakby naprawdę mogli ze sobą współpracować, jakby byli sobie równi. To było całkiem miłą odmianą od tego, jak kiedyś wyglądały ich interakcje, jak wtedy gdy musiała za nim biegać z wywalonym językiem, bo jej krótkie nogi nie pozwalały się Prudence poruszać tak szybko jakby chciała. Nie wypuszczał jej dłoni, oczywiście, że zauważała ten delikatny gest który wykonywał - dodawał jej odwagi, powodował, że bez żadnego zawahania szła dalej przed siebie, chciała być przy nim, gdy przyjdzie im się zmierzyć z tym, co kryło się w tym wyjątkowo ciemnym lesie. Dziwiła ją ta aura, która panowała między drzewami, jeszcze chwilę wcześniej, na plaży wszystko wydawało się być raczej przyjemne i pozytywne, słońce niezwykle jak na ten czas prażyło, jezioro pokrywała czysta tafla. Kiedy jednak znaleźli się w lesie zrobiło się dziwnie. Niby słyszeli dźwięki dochodzące z tego miejsca, ale gdy się w nim znaleźli to otoczyła ich cisza, nienaturalna cisza, jedyny dźwięk na jaki potrafiła zwrócić uwagę to były ich oddechy i kroki, które stawiali i wcale jej się to nie podobało.

Nie mogła przewidzieć tego, co właściwie się działo. Ktoś mógł szykować właśnie na nich zasadzkę, w którą całkiem ochoczo weszli. Ostatni czas był pełen dziwnych przygód, dziwnych ludzi, dziwnych miejsc, dziwnych wydarzeń. Możliwości było naprawdę wiele, co tylko skutecznie utrudniało jej analizę, nie mogła przewidzieć, kto lub co czekało na nich w tym ciemnym lesie, jedną z opcji była też ta, że nic się tam nie kryło. Nie należała jednak do optymistów, wolała założyć, że faktycznie coś zaraz wyjdzie im na przeciw, ale będą gotowi, żeby spojrzeć temu w oczy. Nie zamierzała lekceważyć bowiem ich umiejętności, razem zdecydowanie byli silniejsi niż w pojedynkę, może ona była drobnym balastem, ale jeśli wymagała tego sytuacja to potrafiłaby zareagować, być może nawet w bardzo nieoczekiwany sposób.

Poczuła dreszcz przechodzący jej po plecach, zrobiło się chłodno, naprawdę chłodno, zwłaszcza, że jeszcze kilka minut temu znajdowali się na plaży, która bliska była tropikalnemu klimatowi. To nietypowe, że wystarczyło wejść kilka kroków w głąb lasu i zaczęła im doskwierać, aż taka różnica temperatur. Coś było nie tak, ale przecież mogli się tego spodziewać, przeczuwali, że wśród tych drzew czai się coś niedobrego.

- Nie wiem, ile Ty widzisz, ale przeczuwam, że nie jesteśmy tu sami. - Powiedziała cicho, tak, aby jej głos nie dotarł do uszu tego, kto ich podglądał, no tego, albo czegoś, bo wciąż nie ustalili skąd wzięło się to dziwne uczucie i świadomość, że ktoś ich obserwuje. Nie wyczuwała, aby to miejsce samo w sobie niosło ze sobą jakąś historię, nie było tu też żadnych przedmiotów, które miały jej coś do powiedzenia, to było coś innego, jakby gdzieś w krzakach czaił się ktoś, kto ciągle na nich patrzył, kto chciał ich podglądać. - To nie pierwszy raz dzisiaj, kiedy tak się czuję. - Powiedziała jeszcze, bo chyba był to odpowiedni moment na to, aby się tym z nim podzielić, no, może powinna to zrobić trochę wcześniej, ale nie dostrzegła lepszej okazji, więc zrobiła to teraz.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
12.05.2026, 01:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.05.2026, 01:03 przez Benjy Fenwick.)  
1957
Wbrew temu, co pokazywałem na zewnątrz, pilnowałem, żeby nie wyrwać się za bardzo do przodu i nie zmienić naszej wędrówki w półmaraton, szczególnie że przecież za jakąś godzinę lub dwie musieliśmy pokonać ten sam dystans w drugą stronę, a nie byłem pewien, ile tak naprawdę mogła przyjąć na siebie kondycja mojej towarzyszki - wiedziałem tylko, iż nie byłbym w stanie zostawić jej tutaj zupełnie samej, a noszenie kogokolwiek na barana nigdy mi się nie uśmiechało, nieważne, że Prudence z pewnością była lekka. Nie oglądałem się jednak za siebie, bo nie chciałem dać Bletchley satysfakcji z dojścia do wniosku, że w jakikolwiek dostosowywałem dla niej tempo, jakbyśmy znowu mieli po dwanaście lat, po prostu zwalniałem odrobinę tam, gdzie teren robił się trudniejszy, gdzie korzenie wychodziły spod ziemi, gdzie łatwo było się potknąć w tych jej absurdalnie niepraktycznych pantofelkach… Pantofle - no, właśnie, nigdy nie miałem zrozumieć, dlaczego wybierała akurat ten typ bucików, zamiast postawić na coś znacznie bardziej trwałego, solidnego i przede wszystkim komfortowego dla stóp, ale nie zamierzałem tego analizować - chciała to chciała - w zupełności wystarczyło mi parokrotnie wywrócenie do siebie oczami i milczące zestawienie paradnego, babskiego obuwia z moimi własnymi, pełnymi i skórzanymi trepami, które może nie były najładniejsze, zdecydowanie nie „godne panicza z dobrego domu”, ale przynajmniej nie miały obedrzeć mi stóp do żywego mięsa.
- Oczywiście, że się tego spodziewałaś. - Rzuciłem swobodnie przez ramię, nawet nie obracając głowy. - W końcu jestem przewidywalny, prawda?
Bez wahania ruszyłem przed siebie, w linię lasu, wciskając się pomiędzy gęstsze zarośla, między nisko zawieszone gałęzie drzew, które zaczęły zamykać się nad nami, ograniczając światło i odbierając tej całej wyprawie wcześniejszą letnią lekkość - cień był coraz cięższy, chłodniejszy i… Chociaż było to przyjemne po tym upale, przynosząc ulgę spieczonej skórze, coś w tym przejściu drażniło moje zmysły, coś tu było nie do końca naturalne, nie dokładnie takie, jak być powinno… Gdybym się nad tym zastanowił, gdybym postanowił poruszyć z Prue ten temat, pewnie doszlibyśmy do tego, czy chodziło wyłącznie o urojenia, ale…
Stop. Przecież nie zamierzałem pytać, czy też to czuła - w najlepszym przypadku może by to potwierdziła, być może nawet postanowiłaby przyznać mi cząstkową rację, uznawszy, iż nie była to aż tak wielka cena za to, aby zrozumieć, co tu było nie tak, lecz istniały również zdecydowanie zbyt duże szanse na to, że miała mnie wyśmiać, a tego zdecydowanie bym nie darował ani jej, ani tym bardziej sobie, nawet jeśli ta nagła iskra całkiem do niej pasowała. W końcu nie dało się nie dostrzec zmiany, jaka w niej zaszła, byliśmy tu razem, wyłącznie we dwoje, i być może wcale nie chodziło o ten drobny fakt, jednak bez wątpienia stała się bardziej bezpośrednia. Już wcześniej nie miewała problemów z wygłaszaniem przy mnie swojego zdania, lecz w tym momencie przed niczym się już raczej nie powstrzymywała - nie musiałem na nią patrzeć, by widzieć, iż czerpała z tego satysfakcję.
- Wiesz, co mówią o nadziei, nie? Modlić się możesz. - Odpowiedziałem bez wahania. - Chociaż odkąd jesteś taka wiarojebna, co? - Nie czekałem na odpowiedź, bo i tak ją znałem, ruszyłem dalej, wchodząc głębiej w zarośla, torując sobie i przy okazji jej - ale tylko przy okazji! - drogę ku miejscu, z którego musiał docierać do nas szum jeziora. Nie widziałem innej możliwości, to musiała być woda, a po natężeniu chlupotu wydawało mi się jasne, iż nie chodziło o wartką rzekę ani o stojące bagno, dźwięki były na to zbyt jednostajne, za bardzo rytmiczne. Nie zwalniałem wyraźnie, bo to byłoby zbyt oczywiste, zamiast tego wybierałem ścieżkę tak, żeby idąca za mną dziewczyna nie musiała walczyć z każdym krokiem bardziej, niż było to konieczne, no i może zabawne, odgarniałem gałęzie odrobinę szerzej, niż wymagała tego moja własna wygoda, robiąc to wszystko bez komentarza, bez najmniejszego sygnału, że to w ogóle zauważałem…
- Zaskakujące, hmmm? - Powtórzyłem, przeciągając drugie słowo odrobinę, jakbym testował jego brzmienie. - Nie, raczej praktyczne. Skoro już mam coś pamiętać, to wybieram to, co mnie nie zanudzi na śmierć. - Zatrzymałem się na moment przy gęstszej kępie dojrzałych dzikich malin, odwracając się do niej bokiem na wystarczająco długo, żeby skrócić ten dystans, który utrzymywałem przez całą drogę, przez ułamek sekundy nic nie mówiłem, po prostu spojrzałem jej prosto w oczy, z tym bezczelnym półuśmiechem, który zawsze działał ludziom na nerwy. Nie musiałem tego mówić - lubiłem patrzeć na nią, gdy się irytowała, a im bardziej zła była, tym bardziej zwykło mnie to bawić, przynajmniej zazwyczaj - to było jasne samo przez się, stanowiła całkiem interesującego przeciwnika, więc rzeczywiście się przy niej nie nudziłem. - Tylko się nie przeceniaj. Nie przeczę, masz w tym swój udział, ale nie schlebiaj sobie aż tak. - Dopowiedziałem od razu, z tą samą lekkością, która zazwyczaj maskowała wszystko inne, co mogło być choć trochę niewygodne. - Po prostu jesteś wystarczająco problematyczna, żeby nie dało się o tobie zapomnieć. Panie przodem. - To mówiąc, wykonałem teatralny gest ręką - byliśmy już blisko, więc mogłem na moment oddać jej honory. Głównie dlatego, by mogła na własnej skórze przekonać się, jak niewdzięczne bywały nienaruszone krzaczory, bo przecież nie z uprzejmości i dżentelmeństwa.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
12.05.2026, 01:04  ✶  
1972
Do chwili, gdy zatrzymaliśmy się w miejscu, podświadomie pilnowałem konsekwentnie naszej pozycji względem siebie, wybierając drogę tak, żebym to ja pierwszy wchodził w każde zagęszczenie, w każdy cień, który mógł skrywać coś więcej niż tylko roślinność - to było całkowicie naturalne, w końcu to ja byłem tym, który zaproponował przekonanie się na własnej skórze, co tak naprawdę było tu nie tak. A było wiele… Nawet pozornie nieszkodliwa cisza panująca wokół nas wydawała się za czysta, zbyt kompletna, gęsta i wszechobecna, pozbawiona nawet tych drobnych zakłóceń, które powinny istnieć w lesie. Nie było subtelnych dźwięków, które zwykle tworzyły coś w rodzaju leśnego tła - może słyszalnego na pograniczu świadomości i w dużej mierze umykającego zmysłom, lecz będącego integralną częścią obcowania z dziką przyrodą, dla którego zwykle w ogóle szło się na spacer - towarzyszyła nam głęboka pustka, nienaturalna wyrwa w materii rzeczywistości, która rzadko kiedy pojawiała się sama z siebie. Właśnie to działało mi najbardziej na nerwy - nie obecność czegoś konkretnego, tylko brak wszystkiego innego.
Ani odrobinę nie pocieszało mnie przy tym, że nie byłem tu sam, zdany wyłącznie na siebie, nawet jeśli jednocześnie nie mogłem pomyśleć o nikim innym, z kim chciałbym w takiej chwili jak ta znaleźć się w podobnym miejscu, gdyż we dwoje mogliśmy dostrzec i zdziałać zdecydowanie więcej. Chociaż wiele nas różniło, niektóre z tych pozornych dysproporcji, gdy podchodziliśmy do nich we właściwy sposób, bez wątpienia działały na naszą korzyść - zwłaszcza teraz, kiedy wyjaśniliśmy sobie przeszłe punkty napięcia, wątpliwości i nieporozumienia.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, skupiając się na szczegółach, które mogły mieć znaczenie, na kierunku, z którego napływało to wrażenie bycia obserwowanym, na najmniejszych zmianach w układzie cieni… Przebiegłem wzrokiem po gęstwinie, wolno, metodycznie, nie szukając konkretnego kształtu, raczej wychwytując to, co nie pasowało do reszty - nic się nie ruszało, nie biło po oczach, ale to wcale nie było uspokajające - żaden nowy szczegół nie zwrócił mojej uwagi, jednak las nie reagował normalnie, cisza nie była zwykłą ciszą, tylko czymś, co tłumiło dźwięki zamiast je nieść, sprawiało, że każdy szelest ruchu wydawał się bardziej wyraźny niż powinien, jednocześnie ginąc szybciej, niż było to logiczne. Jeszcze chwilę temu świat był jasny, otwarty, nagrzany do granic przyjemności, lecz teraz powietrze stało się chłodne, ciężkie, jakby ktoś obniżył temperaturę o kilka stopni za mocno, zostawiając nas w miejscu, które nie pasowało do reszty krajobrazu. Dźwięki zniknęły niemal całkowicie, nie było ptaków, nie było szelestu drobnych stworzeń, tylko nasze oddechy, które nagle zaczęły brzmieć zbyt głośno…
- Fantastycznie. Czyli mamy anonimowego wielbiciela. - Mruknąłem pod nosem, z cieniem ironii, który pojawił się niemal automatycznie, nie wydawało mi się, bym musiał dodawać coś więcej - ja też byłem przekonany o tym, iż właśnie straciliśmy upragnioną prywatność na rzecz stania się czyimś fascynującym widokiem. Byliśmy tu wspólnie, spędzaliśmy ten dzień we dwoje, może niezupełnie tak jak za starych, dobrych czasów, bo w naszym kontekście trudno byłoby wskazać jakieś całkowicie miłe wspomnienia - poza garstką z bardzo odległych czasów, rzecz jasna - praktycznie takich nie mieliśmy, i gdy wreszcie mogliśmy jakieś stworzyć…
Świetnie, naprawdę świetnie, mieliśmy siedzieć nad jeziorem, wygrzewać się w słońcu, całować się bez pośpiechu, może pozwolić sobie na coś więcej, coś głupio prostego i przyjemnego, co nie wymagało czujności ani kalkulacji, więc - oczywiście - zamiast tego staliśmy w środku cholernie podejrzanego lasu, pod czyimś spojrzeniem, którego nie potrafiłem nawet namierzyć.
- Ja pieldolę… - Syknąłem ciszej, już bez wcześniejszej wyluzowanej maski, bez lekkiego tonu, bardziej do siebie niż do niej, ale wystarczająco wyraźnie, żeby usłyszała mój komentarz. - Mieliśmy się tu po plostu… - Urwałem na moment, krzywiąc się lekko, bo słowa, które przyszły mi do głowy, były zbyt absurdalne w zestawieniu z tym, gdzie właśnie staliśmy i co robiliśmy. - Spędziś tu, kulwa, czas. Sami.
To, co dodała odnośnie swoich odczuć, w zupełności wystarczyło, żebym mógł poskładać w głowie tych kilka rzeczy, jakie wcześniej zbyłem, potraktowawszy je jako zbieg okoliczności, który dało się wytłumaczyć zmęczeniem, światłem, paranoją, moim własnym napięciem... Teraz układało się to w ciąg, który nagle przestawał być wygodny, „nie pierwszy raz” wybrzmiało wyraźniej niż reszta, bo jeśli oboje mieliśmy wrażenie, iż nie zaczęło się to przed chwilą… Zacisnąłem lekko szczękę, zdecydowanie bardziej w wyniku narastającej irytacji niż z lękliwego napięcia, to nie był moment na panikę, tylko na w miarę chłodne myślenie, nawet jeśli sytuacja zaczynała wyglądać coraz mniej komfortowo.
- Ja tesz. - Przyznałem krótko, bez owijania w bawełnę, bez próby rozbrojenia tego żartem. - Nie od telas. Nad wodą. I lano. Wcześniej. - Skoro obiecaliśmy sobie szczerość, nie zamierzałem tego zachowywać dla siebie, szczególnie że mogło mieć to jakieś głębsze znaczenie. Jakie? Trudno było stwierdzić, skoro nic się jeszcze nie wydarzyło. Zrobiłem krok w stronę gęstszych krzaków, bo cofanie się teraz oznaczałoby przyznanie, że to coś miało nad nami przewagę, a na to nie miałem zamiaru pozwolić.
- No, dalej. Wiesz, sze im dłuszej tam siedzisz, tym goszej to dla ciebie wygląda, plawda? Skolo jusz wiemy, sze tu jesteś - odezwałem się nagle, głośniej, wyraźnie, bez śladu zawahania, kierując słowa w przestrzeń przed nami - to ten moment, w któlym wychodzisz sam, czy mam uznaś, sze potszebujesz pomocy, szeby podjąś decyzję? - Nie do końca wiedziałem, na co tak naprawdę liczyłem, lecz z pewnością warto było się przekonać - co nie?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
12.05.2026, 08:08  ✶  
1957

Prue nie myślała jeszcze o tym, że czekała na nich droga powrotna, później będzie się tym martwić. Póki co chciała zweryfikować jedynie swoje podejrzenia, sprawdzić, czy faktycznie w lesie znajdował się jakiś zbiornik wodny, w którym mogliby nieco się ochłodzić. Tak właściwie póki co nawet nie wiedziała, czy będzie chciała do niego wejść mając świadomość, że on jej towarzyszył. Aktualnie jedynym istotnym problemem było to, czy jezioro znajduje się w głębi lasu. Wolała nie myśleć o późniejszych krokach, chociaż starała się mieć zawsze wcześniej zaplanowane wszystko, kiedy Aloysius znajdował się obok pojawiały się z tym jednak pewne komplikacje, nad którymi nigdy do końca nie udało jej się panować. Powodował, że była innym człowiekiem, niekoniecznie jej się to podobało, ale nie pozostawało jej nic innego jak po prostu to zaakceptować, skoro walka nie przynosiła żadnych efektów.

- Cóż, nie da się temu zaprzeczyć. - Miała pewne zdanie na temat tego, jaką osobą się stał. W jej oczach nie różnił się niczym od innych, bogatych, zadufanych w sobie dzieciaków, którzy lubili udowadniać innym, że są gówno warci tylko przez to, że pochodzili z mniej majętnych rodzin. Starała się wierzyć w te założenia, chociaż przecież nadal, mimo tego, że już się nie przyjaźnili czasem pokazywał swoją inną stronę. Poszedł z nią w głąb tego lasu, gdy siedziała z nim na łące oddał jej swój kapelusz, były to drobne gesty, które wprowadzały nieco niepewności do jej osądu, jednak starała się mimo wszystko trzymać pierwotnej wersji, Aloysius nie był kimś komu zależało na kimkolwiek poza nim samym i jego statusem społecznym.

Nie przestawała za nim podążać, cel był jasny - nie mieli się zatrzymać dopóki nie odnajdą jeziora znajdującego się w głębi lasu. Zarośla robiły się coraz gęstsze, przez co spacer stawał się coraz mniej wygodny, nie narzekała jednak, bo przecież to był jej pomysł, to ona chciała wyruszyć na te poszukiwania, podpuściła go, aby zrobił to z nią, nie wiedzieć czemu to zrobiła, chciała udowodnić coś sobie, czy jemu? To też nie był czas na takie rozmyślenia, wolała skupić się na omijaniu gałęzi, które co chwila pojawiały się przed jej nogami. Nie była wyjątkowo sprawnym piechurem, nigdy nie przepadała za podobnymi wyprawami, jednak robiła co w swojej mocy, żeby przypadkiem się nie przewrócić, podejrzewała, że nie dałby jej zapomnieć o takim błędzie. Była więc wyjątkowo skupiona na pokonywanej przez nich drodze. Nie umknęło jej to, że w lesie było dużo chłodniej niż poza nim, aura również była bardziej podejrzana, ale może ciało tak reagowało na nagłą zmianę temperatury? Wolała sobie nie wmawiać, że gdzieś w tych krzakach, między drzewami czaiło się na nich coś. To był tylko las, nic więcej.

- Od wtedy, kiedy może to przynieść jakieś korzyści. - Miała ochotę pokazać mu język, bo oczywiście miał rację, Prudence raczej nie była człowiekiem wielkiej wiary, to się nie zmieniło, tak samo jak wiele innych rzeczy. Nie chciała jednak, żeby mógł sobie uznać, że dobrze ją zna, wolała trzymać się wersji, w której nic o niej nie wiedział.

Wydawało jej się, że dźwięki dochodzące do ich uszy świadczyły o tym, że woda była coraz bliżej nich. Już niedługo powinni znaleźć się tuż przed jeziorem, to na pewno nie były bagna, ani rzeka, to musiało być jezioro, które czekało na to, aby się w nim zanurzyć. - Zawsze możesz nie pamiętać niczego, to byłoby jeszcze bardziej praktyczne. - Zresztą łatwo mu to przychodziło, w końcu całkiem zgrabnie wyparł z pamięci kilka lat ich przyjaźni. Nie gryzła się dzisiaj w język, to, że znajdowali się na neutralnym gruncie temu sprzyjało.

Szła nadal przed siebie przyglądając się ściółce, nie chciała o nic zahaczyć nogą, zauważyła, że się zatrzymał dopiero wtedy, kiedy niemalże w niego nie wlazła. Przystanęła też na moment i spojrzała na niego, przez krótką chwilę intensywnie się w niego wpatrywała. Nie umknął jej ten charakterystyczny dla niego uśmiech, wiele razy miała ochotę zetrzeć mu go z twarzy.

- Nie śmiałabym się przeceniać, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, gdzie jest moje miejsce w hierarchii. - Nie musiał jej wcale o tym przypominać. - Na Twoim miejscu jednak zastanowiłabym się kto z naszej dwójki jest bardziej problematyczny. - Nie uważała siebie za kłopot, w przeciwieństwie do niego, nie byłaby nim, gdyby zachowywał się inaczej, a tak po prostu radziła sobie z tym, jak wyglądała ich bieżąca relacja.

Zrobiła w końcu krok do przodu, nieco obawiała się tego, co może czaić się w krzakach, jednak nie pokazywała strachu, jeszcze tego brakowało, aby dostrzegł jej moment niepewności, na pewno by to wykorzystał. Ruszyła więc przed siebie, nadal nieszczególnie szybkim tempem, zarośla były coraz wyższe, więc musiała wyżej podnosić nogi, aby je pokonywać, gdzieś w oddali dostrzegła światło, które całkiem malowniczo odbijało się w tafli jeziora. Znaleźli je.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#16
12.05.2026, 08:09  ✶  
1972

Różnili się swoim podejściem do sposobu w jaki oceniali zagrożenie. Ich sposoby działania były zupełnie od siebie inne, co powodowało, że raczej nic nie było w stanie się przed nimi ukryć. Wbrew pozorom to tylko sprzyjało temu w jakiej sytuacji się znaleźli. Zwracali uwagę na różne rzeczy, inaczej analizowali to, co się działo, a jednak mogli doskonale ze sobą współpracować, to mogło być ich siłą. Cieszyła się, że znaleźli się tutaj jako partnerzy, a nie wrogowie. Nie musieli już ze sobą walczyć, co niosło ze sobą dodatkowe profity, które mogli wykorzystać. Mieli spore doświadczenie z przeszłości, zdecydowanie służyło im to, że w końcu przestali wszczynać ze sobą kłótnie o każdą pierdołę, a zamiast tego zaczęli grać do jednej bramki.

- Jeśli uważasz to za fantastyczne, to niech tak będzie. - Jej również nie podobała się ta sytuacja. Nie sądziła, że ktoś postanowi podążyć za nią w głąb lasu, tak właściwie to nie za nią, za nimi, to martwiło ją jeszcze bardziej. To o niego się bardziej obawiała, bo Benjy znajdował się w trudnej sytuacji. Nikt nie powinien wiedzieć, że wrócił do kraju, kto wie, kim właściwie był ten wielbiciel i czego od nich chciał, opcji było wiele i chyba żadna się jej nie podobała, pojawiały się pytania i obawa, że ktoś mógłby chcieć mu zrobić krzywdę. Musieli uważać.

- Nic jeszcze nie jest stracone. - Starała się być optymistyczna, chociaż dobry nastrój szlag trafił. Jak niby mogliby być spokojni mając świadomość, ze ktoś postanowił ich podglądać? To nie było normalne. Gdy znaleźli się w głębi lasu otoczenie zachowywało się dziwnie, było milczące, to było nietypowe, bo miejsca jak to zawsze żyły własnym rytmem, a ten gdzieś przepadł. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Rozglądała się uważnie po okolicy, szukając czegoś, co nie pasowało do otoczenia, tyle, że póki co nic nie zwróciło jej uwagi i to też nie było niczym dobrym. Wolałaby wiedzieć z czym mają do czynienia. Zwłaszcza po jej ostatniej leśnej przygodzie, kiedy coś mieszało jej w głowie. Nie sądziła, że tak szybko dojdzie do powtórki z rozrywki, ścisnęła mocniej dłoń swojego towarzysza, jakby chciała się upewnić, że nadal jest przy niej. Jedynym plusem tej całej sytuacji było to, że to właśnie on znajdował się obok, miała dziwną pewność, że nie pozwoli na to, aby stała się jej krzywda.

- To dziwne, bardzo dziwne. - Mruknęła jeszcze cicho, chociaż było to przecież oczywiste. Ktoś obserwował ją, kiedy była w Londynie i jego - gdziekolwiek by nie był w tym czasie, a teraz podglądał ich kiedy postanowili spędzić razem popołudnie z dala od całego świata. Nie podobało jej się to wcale.

- Czy mogliśmy komuś zajść za skórę? - Nie wydawało jej się to prawdopodobne, nie pokazywali się razem, od ledwie kilku dni coś zaczęło się między nimi dziać, całkiem niedawno się odnaleźli i tyle wystarczyło, aby ktoś się tym zainteresował? Nie sądziła, aby ktokolwiek miał szansę zauważyć cokolwiek. Przez to czuła się jeszcze bardziej niepewnie, bo wyglądało na to, że ktoś postanowił się im przyglądać, mimo tego, że raczej nie dawali ku temu powodu.

Wyprostowała się gwałtownie, kiedy głoś Benjy'ego rozległ się po lesie. Cóż, ktoś kto czaił się gdzieś w krzakach na pewno zdołał ich już dostrzec, no, nawet jeśli nie, to teraz zdecydowanie zwrócili na niego swoją uwagę, może lepiej, aby wiedział o tym, że oni wiedzieli, i że się nie bali. Benjy nie wyglądał jakby obleciał go strach w przeciwieństwie do niej, starała się jednak wyglądać na całkiem pewną siebie, poza była w końcu istotna. - Myślisz, że wywołasz wilka z lasu? - Mruknęła jeszcze cicho, nie chcąc, aby akurat te słowa doszły do kogoś poza nimi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
13.05.2026, 23:26  ✶  
1957
Nie zatrzymałem się, nie zwolniłem bardziej, niż było to absolutnie konieczne, utrzymując tempo, które wymagało od niej wysiłku, ale nie przekraczało granicy, za którą przestałaby iść, bo w tym właśnie tkwił cały sens naszej rywalizacji - to była ta cienka linia, na której od kilku lat balansowałem, oczywiście, bez większego wysiłku, ponieważ wiedziałem, że gdybym przesadził, cała zabawa przestałaby być zabawna. Nie chodziło przecież o to, aby doprowadzić Prudence do momentu, w którym postanowiłaby się całkowicie wycofać, nie chciałem tak naprawdę, by traktowała mnie jak kogoś, kto dążył po trupach do celu - lubiłem wygrywać, jasna sprawa, jednak sama gra również sprawiała mi satysfakcję. Z niektórymi ludźmi nawet bardziej niż w przypadku innych…
Chłód w lesie stawał się coraz bardziej wyczuwalny, nieprzyjemnie kontrastujący z wcześniejszym upałem, ale ignorowałem to, skupiony bardziej na niej niż na samej zmianie temperatury. Słuchałem jej uważnie, nawet jeśli z zewnątrz wyglądało to tak, jakbym ignorował połowę tego, co mówiła, idąc dalej swoim tempem i rozgarniając kolejne gałęzie bez większego wysiłku. Słyszałem w jej głosie tę pozorną zgodę, tę lekką kapitulację, która wcale nią nie była, i chociaż nie odwróciłem się od razu, uśmiech, który przemknął mi przez twarz, pojawił się szybciej, niż zdążyłem go powstrzymać - to, co mówiła, brzmiało jak przytaknięcie, a jednak niosło w sobie tyle zastrzeżeń, tyle niewypowiedzianych „ale”, że aż prosiło się o odpowiedź.
- Mhm. W końcu twoje opinie mają tę cudowną właściwość, że zawsze brzmią jak fakty - „nawet kiedy są tylko wygodną wersją rzeczywistości”, rzuciłem lekko, z pozorną zgodą, która była bardziej prowokacją niż ustępstwem. Szedłem dalej, nie zatrzymując się ani na moment, prowadząc nas przez coraz gęstsze zarośla, które wymagały już nie tylko uwagi, ale i pewnej dozy uporu, żeby przez nie przejść bez zbędnych potknięć. Utrzymywałem ten dystans, który pozwalał mi być pierwszy, rozsuwać gałęzie, brać na siebie to, co mogło okazać się mniej przyjemne, i robiłem to tak, żeby wyglądało na czysty przypadek, coś wynikającego z tempa, nie z intencji.
Las wokół nas zrobił się wyraźnie chłodniejszy, powietrze cięższe, a światło rzadsze, przytłumione i przefiltrowane przez gęste korony drzew, zwieszające się nisko nad naszymi głowami, które zaczynały się rozstępować dopiero gdzieś dalej. Słyszałem już wyraźniej wodę, ten charakterystyczny, rytmiczny szum niósł się między pniami, więc przyspieszyłem odrobinę, choć nie tak mocno, żeby zostawić ją całkiem w tyle - wbrew pozorom, nie byłem aż takim kawałem chuja, szczególnie wtedy, kiedy istniały dziesiątki, jeśli nie setki całkiem wygodnych odpowiedzi na „a dlaczego nie?”, mogło chodzić o Eliasa, o reakcję starych Bletchleyów, gdyby dowiedzieli się, że pozwoliłem, by coś zeżarło im córkę, o dobre imię mojej własnej rodziny, jeśli wyszłoby, iż porzuciłem koleżankę w krzakach… Ludzie wprost uwielbiali dopisywać sobie różne scenariusze - im bardziej skandaliczne, tym lepiej - a ja, nawet jeśli zazwyczaj nie miałem nic przeciwko dobrej sensacji i lubiłem wywoływać zgorszenie wśród świętojebliwych baranów, przecież nie chciałem być kopią tego konkretnego człowieka…
- Czyli jednak modlisz się warunkowo. - Zauważyłem lekko, odchylając głowę, by rzucić jej krótkie spojrzenie przez ramię. - To interesujące. Wiarołomna oportunistka brzmi znacznie lepiej niż ta rozsądna dziewczyna, którą próbujesz udawać. - To był najmniej komplementujący komplement, jaki pewnie się spodziewała usłyszeć, ale w tym momencie mówiłem prawdę. - Podwójna moralność to przydatna cecha, szkoda tylko, że ujawnia się tak wybiórczo. Uważaj, o co prosisz, Bletchley, bo możesz się zdziwić, kto pierwszy straci grunt pod nogami. - Nie zatrzymałem się, przeciwnie, ruszyłem dalej, jakby to było tylko luźne stwierdzenie, rzucone mimochodem, chociaż w rzeczywistości obserwowałem reakcję Prudence, nawet jeśli nie patrzyłem na nią bezpośrednio.
- Nie pamiętać niczego? - Powtórzyłem wolniej, jakbym rozważał tę opcję całkiem poważnie. - Brzmi kusząco, przyznaję. Zwłaszcza kiedy ma się wokół siebie ludzi, którzy tak chętnie przypominają rzeczy, o których równie dobrze można by zapomnieć. - Nie musiałem mówić, o kogo mi chodziło, szczególnie że ta osoba zaraz praktycznie sama prawie na mnie wpadła. Przez ułamek sekundy byliśmy zbyt blisko, ciało przy ciele, ciepło jej skóry kontrastowało z chłodem, który osiadł między drzewami - patrzyłem na nią z góry, nie poruszając się od razu, rejestrując to zawahanie, ten minimalny brak kontroli, który rzadko jej się zdarzał. Trudno było nie docenić ironii sytuacji. Kącik ust drgnął mi wyżej, wyraźniej, niż zamierzałem, kiedy cofnąłem się o ten jeden krok, wystarczający, żeby dać jej przestrzeń, ale nie na tyle duży, żeby całkiem ją od siebie odsunąć. Nie zareagowałem od razu, kiedy odpowiedziała na moje zarzuty, pozwalając, żeby jej słowa zawisły w powietrzu na ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne, zanim w końcu zerknąłem na nią, góra-dół, z tym samym półuśmiechem, który od lat działał jej na nerwy.
- Ja? Problematyczny? - Obdarzywszy ją spojrzeniem spod uniesionych brwi, lekko potrząsnąłem głową, wyraźnie akcentując to jedno słowo i ani przez chwilę nie ukrywając tego, iż smakowało lepiej niż powinno - bycie problemem, zwłaszcza dla kogoś, kogo po prostu lubiłem irytować i drażnić, nie stanowiło dla mnie ujmy, wręcz przeciwnie, byłem nader świadomy, że nie każdy potrafił wywoływać u niej bardzo konkretne reakcje, więc mogłem być z tego całkiem dumny. Oczywiście, nie zamierzałem przyznawać się do tego, ile wysiłku wkładałem czasem w doprowadzanie jej do furii, ale mogłem wziąć na siebie część odpowiedzialności. Tylko taki skromny fragment, tyci, malutki, bo przecież nie chodziło wyłącznie o mnie, chcąc nie chcąc, ona też mi wtórowała, nie była tu wyłącznie niewinną ofiarą mojego zachowania i nie mogła temu zaprzeczyć. - Prudence, jedynym powodem, dla którego jestem problemem, jest to, że nie robisz tego, co byłoby dla ciebie najprostsze. - Dodałem, praktycznie od razu, znacząco zezując w przestrzeń, w jakiej się znaleźliśmy, żeby przypadkiem nie pomyślała, iż cofnąłem swoje słowa - to ona była źródłem wszystkich komplikacji, ona i jej podejście do życia, ona i jej zachowania, ona i ta jej wiara w to, iż świat mógł być inny niż w rzeczywistości. Nawet wtedy, gdy mówiła „hierarchia”, nie brzmiało to dobrze, bardziej jak usilne próby powrotu w ramy, w których nigdy się nie mieściła - wiedziała to ona, wiedziałem ja, a jednak wciąż powtarzaliśmy te same kwestie, praktycznie do znudzenia. - To naprawdę nie jest skomplikowane… Ale rozumiem… Gdzie byłaby zabawa, gdybyś faktycznie wybrała najprostszą opcję. - Zakończyłem, przepuszczając ją przed siebie i tym razem odwracając dzielący nas wcześniej dystans do podążania dwa i pół kroku za nią, nawet jeśli strasznie się ślimaczyła. Całe szczęście, nie czekała nas długa droga, zaledwie chwilę później zatrzymaliśmy się na skraju polany, w miejscu, gdzie drzewa ustępowały miejsca otwartej przestrzeni. Przystając krok przed nią, przez chwilę patrzyłem na nieduże, nieregularnie ukształtowane jezioro, spokojne, niemal zbyt idealne, żeby było położone w takim miejscu jak zapomniana przez Merlina dzicz - powietrze było tu chłodniejsze niż wcześniej na łące, wyraźnie inne niż przez całą naszą wędrówkę przez las, ciepło-rześkie, sprawiało, iż moja skóra reagowała lekkim napięciem, które nie miało nic wspólnego z odbytym wysiłkiem.
- Więc? - Obróciłem się do Prue powoli, opierając się lekko o jeden z grubych, chropowatych pni, i pozwoliłem sobie na uśmiech, który tak bardzo ją irytował, a który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy coś układało się dokładnie tak, jak chciałem. - Co dalej, Panno Odważna?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
13.05.2026, 23:29  ✶  
1972
To, że było „dziwne”, było eufemizmem roku, bo im dłużej z tym obcowaliśmy, tym bardziej byłem pewien, iż to, co nas otaczało, nie było zwykłym podglądactwem, lecz precyzyjnie utkaną siecią. Pytanie tylko, przez co lub przez kogo… Może i komuś zaszliśmy za skórę, może moja lista dłużników i wrogów urosła do rozmiarów grubego tomu, którego nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby czytać na dobranoc, ale fakt, że dopadli nas akurat tutaj, w sercu sielanki, budził we mnie raczej sportową złość niż paraliżujący strach. Prawda była taka, że nawet jeśli od kilku dni próbowaliśmy udawać normalną parę, żyjąc na angielskiej wsi, wcale nie wymazywało to lat mojej radosnej twórczości w dziedzinie pakowania się w kłopoty na trzech różnych kontynentach. Fakt, że ktoś mógł nas śledzić, nie był dla mnie nowością, w końcu moja biografia aż roiła się od ludzi, którzy chętnie zobaczyliby mnie w poziomie, ale obecność Prue zmieniała reguły tej gry, czyniąc ją znacznie mniej zabawną, niż bym sobie tego życzył w leniwe popołudnie we dwoje.
Zatrzymałem się na ułamek sekundy, by wsłuchać się w tę martwą, duszną ciszę, która zdawała się napierać na nas ze wszystkich stron jednocześnie. Las zamknął się wokół nas szczelniej, niż powinien, przejmujący chłód z minuty na minutę coraz wyraźniej wgryzał się pod ubranie, kontrastował z tym, co jeszcze chwilę temu było duszącym upałem, i nawet według zwyczajnych kryteriów naszego świata to przejście było zbyt gwałtowne, żeby uznać je za naturalne - normalne knieje nie zachowywały się w ten sposób, nie było to typowe nawet dla zapomnianych przez Merlina miejsc, w których spędziłem ostatnie lata, co dopiero mówić o swojskiej, na ogół umiarkowanie nieszkodliwej florze Wielkiej Brytanii. Czułem się tak, jakbyśmy nagle weszli do wnętrza groty albo w podziemne przejście, tyle tylko, że przecież nadal byliśmy w tej samej gęstwinie pomiędzy drzewami - może nie docierało tu zbyt wiele słońca ani nie wiał wiatr, lecz trudno byłoby nie zauważyć, gdybyśmy przypadkiem znaleźli się w kręgu skalnym albo w zagłębieniu terenu, co dopiero w jakiejś jaskinii. Wokół nas przez cały czas było dokładnie tak samo - płasko i zielono, chociaż korony drzew były tu bardziej zbite i porośnięte bluszczem, tworząc baldachimy i kurtyny zaciemniające widok.
Uśmiechnąłem się półgębkiem, wzruszywszy ramionami, choć sytuacja obiektywnie rzecz biorąc była daleka od komfortowej, ponieważ w moim świecie „fantastyczne” było zazwyczaj synonimem do „cholernie dochodowe” albo „wyjątkowo upierdliwe”, a to tutaj śmierdziało drugim aż na milę, czy jak daleko ciągnął się ten las… Miło było jednak kolejny raz usłyszeć coś na kształt zgody płynącej z ust Prudence Bletchley, nawet po latach brzmiało to dla mnie szczególnie niecodziennie, jak nieoczekiwanie przyznane osiągnięcie, które zamierzałem traktować z adekwatną satysfakcją. Łatwo było się przyzwyczaić do bycia znowu po tej samej stronie, może wydarzyło się to dosyć szybko i zaskakująco prosto, ale nie czułem się z tym ani trochę nie na miejscu, dokładnie tak jak z tym, co rozkwitło między nami.
- Masz lasję, jeszcze nikt nas nie zakopał, więc technicznie szesz bioląs, wyglywamy ten mecz. - Przytaknąłem jej niemal niedostrzegalnym ruchem głowy, odwzajemniając uścisk dłoni. - Skolo twieldzisz, sze nic nie jest stlacone, to tszymam cię za słowo, chociasz póki co tlacimy głównie cenne minuty na stanie w tej lodówce. - Rzuciłem lekkim tonem, chociaż moje oczy nieustannie skanowały przestrzeń między pniami, szukając choćby najmniejszego załamania światła, które zdradziłoby obecność intruza.
Czułem na sobie badawcze spojrzenie Prue i choć zwykle bawiło mnie to, jak bardzo różniły się nasze metody procesowania rzeczywistości, tym razem ciężar tej ciszy osiadał mi na karku niczym wilgotny całun. Spojrzałem na nią kątem oka, dostrzegając w jej oczach błysk niepokoju, który podzielałem, chociaż maskowałem go chłodną obojętnością, wypracowaną przez lata w miejscach, o których pewnie raczej wolałaby nie słyszeć - nie dlatego, że te opowieści mogłyby ją przerazić, już to ustaliliśmy, lecz wzbudzenie w niej niesmaku też nie było na mojej liście osiągnięć, teraz chciałem wywoływać u niej wyłącznie pozytywne uczucia. W obliczu wszystkiego, co zdążyło się wydarzyć - akcji z kotem, pożarów, nawiedzonego kromlechu, nocy spędzonej w innym przeklętym lesie, ogniska i ataku druzgotków - brzmiało to dosyć śmiesznie, ale naprawdę się starałem, byśmy mogli spędzić razem chociaż kilka przyjemnych chwil… Więc jasna sprawa, że ktoś musiał nam to zepsuć, inaczej nie bylibyśmy nami, najwyraźniej oboje mieliśmy tendencję do tego, by przyciągać dziwne sytuacje.
Nie widziałem sensu w uspokajaniu jej tanimi frazesami, bo oboje wiedzieliśmy, że nieprzenikniona cisza wokół nas nie była brakiem dźwięku, lecz aktywnym tłumieniem oznak życia innego niż nasze, a więc miała swoje konkretne źródło, które mogliśmy zlokalizować, aby odzyskać spokój ducha. Świadomość, że ktoś nas obserwował, zadał sobie trud, by śledzić nas w to zapomniane przez bogów miejsce, budziła we mnie zresztą raczej irytację niż lęk - ten nagły, grobowy spokój okolicy drażnił moje nerwy bardziej niż otwarte wyzwanie do walki, potrzebowałem konkretu, punktu zaczepienia, czegoś, w co mógłbym uderzyć albo co mógłbym rozszarpać, bo to bezczynne czekanie w ciszy, która aż dzwoniła w uszach, zaczynało mnie wkurwiać bardziej niż ten nagły spadek temperatury.
- „Dziwne” to mało powiedziane, to jest jusz wlęsz niegszeszne. Balso nie lubię, gdy ktoś bez powodu pszelywa mi landkę i nawet nie chce się pszedstawiś. - Odparłem, przesuwając kciukiem po jej kostkach.
Pytanie o to, czy mogliśmy komuś zajść za skórę, było tak rozkosznie retoryczne, że aż poczułem ukłucie dumy, sprawiło, że prychnąłem cicho, bo lista osób, które chętnie zobaczyłyby moją głowę na półmisku, była prawdopodobnie dłuższa niż niejeden magirasistowski postulat. Mimo to w głowie i tak układałem już listę wszystkich ludzi lub bytów, które mogłyby mieć interes w przyczajaniu się na nas w ten sposób, zamiast po prostu skorzystać z okazji, kiedy byliśmy najbardziej rozproszeni i zajęci sobą nawzajem. Po otaczającej nas aurze wnioskowałem, iż mogło chodzić bardziej o ten drugi typ problemu, jeśli natomiast się myliłem, fakt, że nieprzyjaciele dobrali się do nas tak szybko po naszych przenosinach na wieś świadczyłby albo o ich genialnej siatce szpiegowskiej, albo o naszym wyjątkowym pechu. Niezależnie od okoliczności, nie widziałem już jednak innego wyjścia, niż tylko dążenia ku bezpośredniej konfrontacji z czymkolwiek, co na nas czyhało.
- Skalbie, nie wiem, jak ty, ale ja zachodzę ludziom za skórę samym tym, sze lano otwielam oczy. - Skwitowałem z rozbrajającą szczerością, poprawiając chwyt na różdżce ukrytej w rękawie. Uniosłem kącik ust w półuśmiechu, który był moją stałą maską, gdy sprawy zaczynały przybierać obrót równie gówniany, co ekscytujący. Nie po to wracałem do kraju incognito, by teraz dać się podejść jakiemuś leśnemu podglądaczowi, który najwyraźniej pomylił role i uznał, że to on tutaj rozdaje karty. Jeśli to miał być koniec naszego spokojnego popołudnia, to zamierzałem zadbać o to, by był on spektakularny.
- Wilki są pszeleklamowane, kochanie, pszy takiej oplawie liczyłbym jednak na coś znacznie balsiej intelesującego… - Odparłem z błyskiem w oku, prostując się i rzucając wyzywające spojrzenie w stronę najgęstszych zarośli - tam, gdzie czerń drzew i oplatającego je bluszczu wydawała się najgłębsza. - Poza tym, wolę wiedzieś, czy muszę wyciągaś lószczkę, czy wystalszy, sze kogoś po plostu wyzwę. Wiesz, sze nigdy nie miałem cielpliwości do podchodów. - Nie dbałem o to, że mój głos niósł się echem między pniami, bo w tej ciszy, która nas otaczała, powrót do szeptu byłby jedynie przyznaniem się do słabości, a ja nigdy nie grałem roli ofiary, nawet gdy miałem pętlę na szyi i grunt usuwał mi się spod nóg. Jeśli to coś, co nas obserwowało, liczyło na paraliżującą grozę, to srodze się zawiodło, bo w mojej osobistej skali zagrożeń mroczny las zajmował miejsce gdzieś pomiędzy spóźnieniem na bardzo oficjalną kolację a wyjątkowo nudnym wykładem z historii magii.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#19
16.05.2026, 07:25  ✶  
1957

- Być może bardzo łatwo przychodzi mi dostrzeganie faktów. - Naprawdę chciała w to wierzyć. Fakty były od zawsze dla niej dość istotne, lubiła wiedzieć, a kiedy nie dostawała konkretnych informacji starała się wszystko analizować w swojej głowie dopóki nie ustaliła jakiejś wersji, która wydawała jej się właściwa i prawdziwa. Było to dużo prostsze od zadawania niewygodnych pytań tym, którzy pewnie nie mieliby ochoty udzielić jej informacji. Miała więc swoją własną wizję świata i ludzi, niekoniecznie pozytywną, bo raczej za każdym razem starała się wybierać tę najmniej mogącą ją skrzywdzić opcję, a że zdawała sobie sprawę, że mało kto kierował się dobrymi pobudkami to jej wizja rzeczywistości była z tych ciemniejszych. Zawsze lepiej się pozytywnie zaskoczyć, niż rozczarować.

Nie przestawali iść przed siebie, zarośla były coraz gęstsze, a więc i ona nieco zwolniła. Była trochę zła na siebie za wybranie nieodpowiedniego obuwia, jednak nie przewidziała tego, że będzie dzisiaj wędrować przez las. To dość spontaniczne jak na nią, bo raczej miała wszystko dokładnie zaplanowane, aby nie doprowadzać do podobnych sytuacji. Lubiła być przygotowana na to, co miało się dziać, wiec nie było to dla niej do końca komfortowe, ale nie narzekała, nie znosiła pokazywać swoich słabości, nawet wtedy kiedy niekoniecznie zależały od niej.

- Wygodniej jest być rozsądną dziewczyną. - Dzięki temu nikt nie mógł wiedzieć, co tak naprawdę siedziało jej w głowie, nikt nie mógł przewidzieć, czego do końca się po niej spodziewać, mogła wyciągać karty, które nie powinny znaleźć się w jej talii. Doskonale wiedziała co robiła, nie bez powodu przecież ludzie nosili maski, one zawsze istniały. Odpowiadało jej bycie odbieraną za zupełnie nieszkodliwą, dostosowującą się do tego, czego od niej oczekiwano. To nie tak, że czasem jej to nie męczyło, ale potrafiła w swojej głowie prowadzić długie dyskusje, co ułatwiało jej niedzielenie się swoim zdaniem, wolała po prostu przytakiwać, tak było prościej i mniej kontrowersyjnie.

- Nawet ze stracenia gruntu pod nogami można wyciągnąć coś dobrego. - Chciał ją przestraszyć? Być może, nie zamierzała dać mu jednak tej satysfakcji, nie sądziła, aby chodziło tylko o bagna, na które mogli trafić. Kryło się pod tym stwierdzeniem coś więcej, w jego przypadku nigdy nic nie było takie proste.

- Na szczęście ludzie pojawiają się w naszych życiach i w końcu z niego znikają, dostaniesz szansę na zapomnienie, nie wątpię, że z niej skorzystasz. - U większości ludzi wspomnienia z czasem się rozmywały, szczególnie te mało istotne, zwłaszcza, kiedy przestawało się wpadać na osoby, które mogły je wywoływać. Zbliżali się do etapu, kiedy mieli zakończyć swoją edukację, a więc nie będzie musiał już na nią wpadać i patrzeć, będzie miał święty spokój, nie będzie musiał przypominać sobie o tym, że kiedyś się znali. W jej przypadku nie było to takie proste, w takich chwilach naprawdę nie znosiła tego, jak działał jej umysł, nie umiała zapominać i to było bardzo bolesne, zwłaszcza, kiedy porównywała sobie przeszłość do teraźniejszości, nie wiedząc, co właściwie poszło nie tak. Nie lubiła bierności, a w tym wszystkim nie miała szansy zapobiec temu, co się wydarzyło. Nie wydawało jej się, że coś mogło spieprzyć się samo, ale nie widziała innej odpowiedzi.

Pozwoliła sobie znowu odpłynąć na chwilę, przez co praktycznie w niego weszła. Znaleźli się zbyt blisko siebie, powinna się bardziej pilnować. Westchnęła jedynie ciężko, nie komentując tego w żaden sposób, nawet gdyby chciała to pewnie nie znalazłaby odpowiednich słów. Czuła irytację, znowu całkiem dobrze udało mu się ją podpuścić.

- Przecież nie ja. - Rzuciła w końcu. To on w jej oczach był kłopotem i problemem, który komplikował jej życie. Pojawiał się znikąd, stawał na jej drodze, a ona nie potrafiła być na to obojętna, wzbudzał w niej te wszystkie emocje, z którymi nie potrafiła sobie poradzić. Nie umiała się tak po prostu od tego odciąć, ignorować jego istnienia, nawet jeśli bardzo tego chciała.

- Tego co dla mnie najprostsze? Czy może bardziej dla Ciebie najprostsze? - Na pewno łatwiej by było, gdyby miała inne podejście, gdyby przestała tak bardzo chcieć udowadniać to, jak się różnili, gdyby nie skupiała się na tej swojej udawanej nienawiści, jednak to pozwalało jej jakoś pogodzić się z tym, co się z nimi stało. Zresztą on na to przystał, od początku towarzyszył jej w tej grze, jakże teraz mogliby z niej zrezygnować?

- To całkiem zabawne, że sądzisz, że mnie rozumiesz. - Nie wydawało jej się, aby zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego postępowała tak, a nie inaczej. Ona sama tak do końca tego nie wiedziała, dla niej nie było to po prostu zabawą, z zabawy powinno się czerpać radość, a ta często kończyła się czymś zupełnie przeciwnym. Czerpała satysfakcję z tych drobnych zwycięstw, ale wiedziała, że nigdy nie przyniosą jej większej wygranej, więc właściwie jaki był w tym wszystkim sens?

Przepuścił ją przodem, znaleźli się dość blisko miejsca, którego istnienie chciała zweryfikować. Ruszyła przed siebie z pewnością, że znajduje się ono gdzieś przed nimi. Jej założenia były trafne, w lesie faktycznie znajdowało się jezioro, o którym pomyślała kiedy znaleźli się na polanie. Zdawała sobie sprawę, że tempo jej chodu nie należało do szczególnie szybkich, jednak nie był to moment, w którym chciała coś udowadniać, tym razem to Aloysius musiał się do niej dostosować, co pewnie nie było dla niego takie proste.

Przystanęli, a przed nimi rozpościerał się widok na jezioro, które wcale nie musiało się tu znaleźć, ale jednak było. Pierwszy punkt z listy odhaczony - nie miała przecież pewności, że jej przeczucie się sprawdzi. Przez krótką chwilę się w nie wpatrywała, nie do końca zakładała sukces, więc nie wiedziała, co dalej. Oczywiście więc, że musiał zadać to pytanie. Przeniosła na niego swoje spojrzenie, dostrzegła ten uśmiech, który zawsze wzbudzał w niej irytację, na pewno zdawał sobie sprawę, że nie miała planu, więc zadał to pytanie, aby jak zawsze wyprowadzić ją z równowagi.

- Dalej zamierzam sprawdzić, czy da się wejść do tej wody. - Istniała jeszcze szansa, że będzie ona wyjątkowo chłodna, co mogłoby ją uratować przed znalezieniem się w jeziorze, chociaż, czy na pewno? Nie mogłaby się teraz wycofać. To pokazałoby, że jest słaba, a kto jak kto, ale on nie powinien widzieć jej zawahania.

Powinna zastanowić się nad tym, co może mieszkać w tym jeziorze, znajdowało się przecież w głębi lasu, możliwe, że jakieś stworzenia postanowiły w nim zamieszkać, był to jednak moment, w którym nie chciała analizować, ruszyła więc w stronę wąskiej plaży, tak właściwie to trudno było nazwać to plażą, był to raczej kawałek piasku, dzięki któremu można było zejść do wody. Dopiero wtedy znalazła koc, co nieco ją zdziwiło, zatrzymała się przed nim, najwyraźniej chwilę wcześniej ktoś tutaj był. Szybko zmierzyła wzrokiem okolicę, ale nie dostrzegła tutaj nikogo więcej poza nimi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#20
16.05.2026, 07:26  ✶  
1972

- Niekoniecznie to miałam na myśli, aczkolwiek kiedy tak o tym mówisz to brzmi nawet jak większy sukces. - Naprawdę sądził, że ktoś mógłby chcieć ich gdzieś zakopać? Mrugnęła analizując te słowa. Nie mieli pojęcia, kto postanowił ich obserwować, jakie miał zamiary. No nie mógł mieć dobrych zamiarów, jeśli udawał, że go tutaj nie było. Nie robiło się czegoś takiego z dobrych pobudek, to było całkiem jasne. Musiał chcieć coś im zrobić, tylko po co i dlaczego?

Prudence nie miała wrogów, no, przynajmniej tak się jej wydawało. Prowadziła życie raczej z tych nudnych i stabilnych, jedyne co przychodziło jej na myśl, to ten chłopiec o wyglądzie cherubinka, który bez zawahania machał różdżką w stronę ludzi podczas spalonej nocy, ale czy czaiłby się w krzakach? Nie wyglądał na kogoś kto planował swoje działania, tak nie znała go - jednak widziała w jaki sposób postępował kiedy dostrzegła go tamtej nocy w tłumie. To sugerowało jej, że raczej nie jego powinni spodziewać się siedzącego w krzakach.

- Fakt, być może powinniśmy to olać. - Sama nie wierzyła, że to powiedziała, jednak czy naprawdę powinni się bać kogoś, kto siedział w zaroślach i bał się zaznaczyć swoją obecność? Mieli spędzić ten dzień całkiem miło, nacieszyć się na nowo swoją obecnością, zamiast tego znaleźli się w chłodnym lesie i szukali igły w stogu siana. Mieli świadomość, przeczucie, że ktoś postanowił ich obserwować, mogli więc dać mu wcale nie najgorszą rozrywkę, było na co popatrzeć.

- Dla mnie to coś zupełnie nowego, nie spodziewałam się, że komuś może sprawiać frajdę podglądanie mnie, Ty jesteś zdecydowanie bardziej ciekawym okazem, to pewnie przez Ciebie. - Nie było co się oszukiwać, Prudence była nuda, a przynajmniej starała się pokazywać jako nudna dla większości osób. Mało kto wiedział o jej nietypowych zainteresowaniach i talentach, bardzo starała się trzymać je w tajemnicy. Cóż, być może ten ktoś miał szansę spotkać ją gdzieś, gdzie nie powinien, może wiedział coś więcej. Te myśli spowodowały, że przygryzła dolną wargę. - W sumie cofam to, też mogłam się komuś narazić. - Całkiem szybko zweryfikowała to, co powiedziała kilka sekund wcześniej. Pomagała różnym ludziom, w różnych sytuacjach.

Pokręciła głową, kiedy usłyszała jego parsknięcie, ruch kciuka na jej kostkach uspokajał ją, naprawdę nie czuła, że znajdują się w jakimś ogromnym zagrożeniu, co było dziwne, bo powinna się bardziej martwić tą sytuacją, a powoli zaczynała to uważać za całkiem zabawne. Trafił jej się mężczyzna, który samym otwarciem oczu potrafił zaleźć komuś za skórę, naprawdę ciekawa umiejętność. - Widzę, że jesteś z tego całkiem dumny. - Jakby nie patrzeć było to sporym osiągnięciem. Zdawała sobie sprawę z tego, że Benjy z racji na swoje postępowanie mógł mieć wielu fanów, którzy mieliby chęć spotkać się z nim bliżej, niekoniecznie o najlepszych zamiarach.

- Trochę obawiam się, co w Twoim słowniku może oznaczać coś znacznie bardziej interesującego. - Nie dało się ukryć tego, że prowadzili zupełnie inny tryb życia, mierzyli się z zupełnie innymi problemami, jej chłopak spotykał oko w oko zagrożenia, o których ona tylko czytała, więc było to sporą różnicą. Czy była gotowa na to, aby zmierzyć się z czymś podobnym, pewnie nie, chociaż z nim, pewnie nie miałaby z tym problemu.

- Tak, nigdy nie byłeś szczególnie delikatny. - Nie mogła się z tym nie zgodzić. Benjy zawsze reagował szybko, nie bał się konfrontacji i tak było tym razem. Tyle, że nadal odpowiadała im tylko cisza. Nikt się nie pojawił, nikt nie zareagował na jego słowa, najwyraźniej wolał pozostać anonimowy.

- Skoro ten ktoś wie, że my wiemy, to może wróćmy nad jezioro, może to wystarczy, żeby dał nam spokój? - Nie mogli przecież przeszukać całego lasu, to byłoby dopiero stratą czasu. Mogli wrócić do spędzenia miło czasu.

Ciszę przerwały głosy, trudno było wyłapać treść rozmowy, ale jednak dało się usłyszeć to, że ktoś, gdzieś prowadzi ze sobą jakąś konwersację. Odwróciła się więc w stronę z której przyszli i zmrużyła oczy. - Też to słyszysz? - Wolała się upewnić, że jej zmysły nie próbują sobie z niej żartować, bo jeszcze przed chwilą ciężko było wyłapać jakikolwiek dźwięk, a teraz ktoś informował o swojej obecności, tyle, że nie z tej strony z której powinien.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12838), Prudence Fenwick (9042)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa