Cisza otaczało jej osobę od zawsze. Niewiele mówiła, niewiele wysuwała anegdot, była obserwatorem, który patrzył na ludzi otaczających ją zewsząd. Każde święta, kolacje, obiady w jej domu były pełne ludzi, hałasu, historii, opowieści wzburzonych przygód, dzieci opowiadały przygody przeżywane każdego dnia w otoczeniu innych dzieci. Ona siedziała cicho, patrząc i powoli jedząc, zlewając się z tłem, z siedzeniem, znikając, a przynajmniej starała się znikać. Ożywiała się dopiero jak wypiła odpowiednią ilość alkoholu, język robił się wtedy miękki, myśli wychodziły z niej nim zdążyła je przeanalizować. Teraz też tak było. Powiedziała słowo, którego nigdy nie powinna skierować w stronę Rookwooda. On nigdy nie powinien go usłyszeć od niej. Było na to zbyt późno, był na innym etapie życia niż ona. Ułożył je sobie, znalazł odpowiednią pracę, znalazła odpowiednią żonę, spłodził odpowiednie dzieci, wchodził po szczeblach drabiny w kierunku zadowolenia ojca. Jeśli teraz wda się w relacją z nią, dziewczyną półkrwi, córką szlamy, mugolaka, osoby, która w tym świecie według niektórych nie powinna istnieć to wszystkie stopnie, szczeble, które tak wytrwale pokonywał przez większość swojego życia pękną, zawalą się bezpowrotnie i cała jego praca, cały jego wysiłek pójdzie na marne. Wypiła jednak nieodpowiednią do sytuacji ilość czerwonego wina, tak pięknie zgrywającego się z jej szminką i czerwonymi szpilkami, że język jej jadowitych ust za bardzo się rozluźnił i powiedział coś okropnego.
Szkło z każdym jej stukotem pod ich stopami rozpadało się, pękało, krzyczało wręcz, aby tego nie robili. Ona w odpowiednim momencie uciekła niczym Kopciuch przed księciem, w odpowiednim momencie porzuciła go, aby nie popełnić błędu, aby nie zniszczyć ich życia jeszcze bardziej. Czuła, że miała serce ze szkła, które z każdym stukotem jej szpilek rozpadało się na drobne kawałki. Roztrzaskało się jak wazon o podłogę, ale zwykłe reparo mu nie pomoże, nie naprawią tego w tak łatwy sposób. Tutaj potrzebna była pradawna magia, która usunie ze świata walki szczurów i uprzedzenia. Usłyszała jego głos, ale się nie zatrzymała – wręcz przeciwnie przyśpieszyła i żałowała jednocześnie, że ubrała te beznadziejne buty, że wydawały dźwięk, który kojarzył się jej z mijającym czasem wybijającym przez jakiś modernistyczny zegar. Chciała mu uciec, ale miał nad nią przewagę, miał lepsze buty, miał dłuższe nogi i większą siłę. Złapał ją bez problemu niczym wprawiony łowca królików. Ścisnął jej ramię, aby nie uciekła, aby go nie zostawiła, aby go nie porzucała. Tak, byli perfekcyjni w porzucaniu siebie nawzajem, byli idealnymi przeciwieństwami, które zamiast pozwolić na przyciąganie uparcie próbowali się odpychać. Mówił, a ona nie chciała mu patrzeć w oczy, bała się spojrzeć w nie. W końcu odważyła się i uniosła głowę, chciała patrzeć na niego zadziornie, z siłą, z odrzuceniem, ale nie potrafiła. Jej spojrzenie zmiękło, zaszło łzami, ale nie pozwoliła im spłynąć, próbowała powstrzymać się przed płakaniem. Jego oczy krzyczały, a jej błagały, aby się nie odzywał, aby nie ranił ich bardziej. On jednak mówił, prosił, błagał o coś, co tak cholernie bardzo chciała zrobić.
Chciała spuścić wzrok, aby na niego nie patrzeć, aby mu powiedzieć, aby ją zostawił, ale on dotknął jej twarzy, a jego dotyk parzył jak milion rozżarzonych węgielków. Zmusił ją do patrzenia, a ona chciała pokręcić głową, znowu uparcie go odrzucić, ale jego wzrok sprawił, że sparaliżowała ją obawa, uczucie pragnienia. Tak cholernie go pożądała, tak cholernie chciała, aby ją teraz pocałował, aby ją przytulił. Zagryzła znowu tą cholerną wargę. Chciała poczuć ból, chciała ją przebić do krwi, aby się ocknąć, ale nim to się stało wypowiedziała kilka słów.
– Tak, kurwa tak, kocham cię – szepnęła czując jak łzy opuściły jej brązowe oczy – zadowolony? – zapytała cicho patrząc na niego i łapiąc jego nadgarstki, gdy trzymał jej twarz. Był taki ciepły, delikatny, przyjemny.