• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[12.07.1972] Over and under | Victoria, Rodolphus

[12.07.1972] Over and under | Victoria, Rodolphus
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#21
15.03.2024, 10:34  ✶  
Nie do końca. Rodolphus był wtedy po prostu sobą. Brenna go fascynowała, a raczej fascynował go jej umysł, odruchy które miała. Wydawało się, że jest głupią siksą (chociaż była starsza od niego) - śmiała się w głos, była energiczna, wszędzie jej było pełno. Łatwo było ją ocenić. Zbyt łatwo. Lestrange podejrzewał, że Longbottom skrywała więcej, niż chciała pokazać światu. Być może to była pewna kreacja, którą pokazywała innym - nie zdziwiłoby go to. Ród, mimo że szlamolubny, był stary i bogaty. Brenna na pewno odebrała odpowiednie wykształcenie, a jej rodzina zadbała o to, by potrafiła dopasować się do każdej sytuacji. Zdążył już poznać jej wuja, Morpheusa - i im dłużej przebywał z Longbottomami, tym bardziej odnosił wrażenie, że mimo iż starają się pokazać, że są inni niż wszyscy, to są tacy sami. Oczywiście poza kilkoma fundamentalnymi różnicami, ale to były szczegóły. Chodziło o całokształt.
- Na pewno - odpowiedział, lekko wzruszając ramionami. Gdy Victoria wspomniała, że nie sądzi, że Brenna nie życzy sobie kontaktu, uniósł brew. No tak, ona nigdy by nikomu tak nie powiedziała. Nawet przyjaciółce. Wydawało mu się, może mylnie, że kobieta była po prostu zbyt dobrze wychowana albo zbyt dobrze weszła w swoją rolę. Nie kazałaby komukolwiek iść w diabły. Prędzej robiłaby to, co dobrze wychowane damy: po prostu by ghostowała. Z cichym westchnięciem przeniósł wzrok gdzieś na bok, na regał z równo ułożonymi książkami. - Zdążyłem zauważyć. I usłyszeć. Akurat o twojej znajomej jest głośno na pewnych piętrach Ministerstwa. Jeszcze chwila, a wyślą ją na przymusowy urlop. Albo wyląduje w Mungu.
Nie obchodziło go w zasadzie, czy Brenna zrobi sobie poważniejszą krzywdę, ale na pewno odczułby coś na kształt dyskomfortu, gdyby się o tym dowiedział. Trochę targały nim sprzeczne emocje, bo tego, co Longbottomowie sobą reprezentowali, nienawidził - gardził z całego serca. Brenna była poniekąd tego ucieleśnieniem. Z drugiej strony był Morpheus, który wydawał się być mu bliższy zachowaniem i osobowością. Być może częściowo poglądami. Ale był Longbottomem, a im nie można było ufać. Zresztą - czy on komukolwiek ufał? Raz zaufał kobiecie i skończył marnie: na koncie miał już dwie przysięgi wieczyste, w każdej chwili mógł dostać wezwanie od kogoś, kto nie był Mistrzem, i zginąć. Naginał swój wolny czas i zasady, byle by tylko sprostać zadaniom, które mu rzucano. Pomieszkiwał u znajomego. I chociaż 90% z tych rzeczy było wynikiem jego własnych decyzji i efektem własnych działań, to jakoś nie potrafił elementu kobiecego wyrzucić z pamięci, chociaż ten stanowił zaledwie 1% jego problemów.
- Mogę sobie tylko wyobrazić, jakie to było wrażenie - powrócił do Victorii spojrzeniem, a kącik ust na moment się uniósł. Och, oczywiście że było to złe wrażenie. Zdawał sobie sprawę z tego, jak się zachowywał: i wtedy, i dzisiaj. Gdy chciał, potrafił być sympatyczny, ale z reguły nie chciał. Od uśmiechania się bolała twarz, a od uprzejmości skręcało go w żołądku. Troskę okazywał w dość niekonwencjonalny sposób - to, że w tej chwili rozmawiał otwarcie (powiedzmy) z Victorią, było wyjątkiem, przeznaczonym wyłącznie dla rodziny. - Zwłaszcza po tym, jak mówisz... Jak to było? "Jesteś jedyną normalną i wartościową osobą w tej rodzinie".
Nie dotykało go to w żaden sposób. Raczej bawiło, że wielka Brenna Longbottom leciała stereotypami i tak szybko oceniała ludzi. Bo ile razy się widzieli? Dwa? Może trzy, jak się minęli na korytarzu. Nawet on nie oceniał książki po okładce.
- Chciałbym powiedzieć, że przestanę się wokół niej kręcić, ale jest to chyba niemożliwe. Prędzej czy później na siebie wpadniemy ponownie. Jak nie przez jednego z Niewymownych, który postanowił biegać po Ministerstwie nago, to przy jakiejś sprawie, która będzie wymagała mojego udziału - rzucił to w sumie mimochodem, bo do tej pory nie pracował razem z Brenną, chociaż w ciągu niecałego tygodnia to się miało zmienić. Ale tego jeszcze nie wiedział: teraz po prostu dopuszczał do siebie taką opcję.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#22
16.03.2024, 13:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2024, 13:29 przez Victoria Lestrange.)  

Nawet dla Victorii, która znała Brennę całe swoje życie, jasne było, że zaczęło coś ukrywać, może grać. Jej napięty grafik, brak odpoczynku… oczywiście, że skrywała więcej, niż chciała pokazać i to również przed bliskimi ludźmi. Victoria nic na ten temat nie mówiła, jedynie obserwowała i notowała w głowie, nie pytała, tak długo, jak nie wchodziło to w jej własne kompetencje i nie naruszało strefy komfortu.

– Tylko na pewnych? Myślałam, że na każdym – stwierdziła od niechcenia, bo doskonale pamiętała o tym, jaka Brenna była w szkole; nie obchodziło ją z kim się zadaje, czy to Gryfon, Puchon czy Ślizgon. Zawsze i wszędzie było jej pełno, znajomych miała tylu, że aż trudno by to zliczyć. I Victoria podejrzewała, że dokładnie tak samo było też teraz, tylko na większą skalę. Czy się myliła? Może. Ale nie robiła żadnego śledztwa na temat Longbottom. – Przymusowy urlop by jej się przydał, ale wątpię, że podziała. A w Mungu już była i to nie raz – wzruszyła ramionami, bo od dawna uważała, że Brenna w końcu się wpędzi do grobu. Przeżywała jednocześnie kilka żyć standardowej osoby, biorąc pod uwagę, ile się u niej działo na raz.

Gdyby wiedziała, co dokładnie dzieje się u Rodolphusa, to pewnie by mu coś na to poradziła, może potrząsnęła i dała kopniaka, ale nie miała pojęcia, że młody Lestrange w ostatnim czasie popełnił szereg błędów i to jeszcze na tyle krytycznych, że zaowocowały złożeniem nawet nie jednej, ale aż dwóch przysiąg wieczystych. To nie było nic lekkiego, a wyjątkowo kiepska sytuacja i pozycja, w której się znalazł… I z powodu kobiety? Ach, gdyby Victoria wiedziała, że to wszystko, by chronić damę jego serca, która, jak uważał,  wzgardziła nim. Naprawdę, mężczyźni zamiast podejmować decyzję, by swoje kobiety trzymać z dala i je „chronić”, powinni dać im wolną wolę do tego, by same mogły podjąć tę decyzję – czy tego w ogóle chcą. Ostatecznie… jej wybranek zrobił dokładnie to samo. Wypisał ją z równania, bo uważał, że w ten sposób ją uchroni, skoro plan z usmażeniem się na słońcu został mu zabrany i wybity z głowy. I, Rodolphusie, czy to wszystko było tego warte? Niemal sprzeniewierzenie własnej duszy, a na pewno własnego życia, czasu, w imię… czego?

Dumy?

– Weź poprawkę na to, że z Brenną znam się całe życie, wychowywałyśmy się razem do pewnego stopnia – po prostu się razem bawiły jako dzieci i ta przyjaźń przeniosła się później na Hogwart, i dalej. – Więc to normalne, że na mnie patrzy trochę inaczej, niż na resztę naszej rodziny – tym bardziej że o Lorettcie i Louvainie pisało się w gazetach to i owo, i to nie zawsze pochlebnie, zwłaszcza w rubryce plotkarskiej. – I dla mojej osoby może sobie pozwolić na pewne przerysowania i wyolbrzymienia – nawet nie do końca zgodne z prawdą. – Kręcić? – oczywiście, że musiała złapać go za słówko. Inaczej nie byłaby sobą. I spojrzała na niego wymownie, cichutko parsknęła i ponownie sięgnęła po szklankę z wodą.

Raz jeszcze rzuciła spojrzeniem na wystrój pomieszczenia.

– Tu zawsze było tak pusto? Nie trzymasz tu nic swojego? – co by oznaczało, że mieszka tu właśnie Rodolphus, a nie ktoś inny. Zwróciła na to uwagę chyba tylko dlatego, że wczorajszego dnia w podobnych warunkach „przyłapał” ją Laurent – że w jej pokoju brakowało… wielu charakterystycznych dla niej rzeczy. Bo je pakowała i po kryjomu przed matką wynosiła do mieszkania w Londynie.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#23
17.03.2024, 18:17  ✶  
Wzruszył ramionami. Podobnie jak Victoria, nie przeprowadzał szczegółowego śledztwa na temat Brenny. Wiedział tyle, co mu sama powiedziała i co sam zaobserwował i wydedukował. Być może powinien mieć na nią większe baczenie, skoro w końcu była Longbottomem, ale zwyczajnie nie miał w tej chwili na to czasu. Nie miał też do tego głowy, nie miał ochoty. Bo Brenna mogła być najbardziej dobrą osobą na świecie, ale jej gadanie w obecnej sytuacji tylko by go zirytowało. Z trudem odzyskał równowagę po ostatnich wydarzeniach, chciał żeby tak pozostało - musiał więc trzymać się jeszcze na dystans od praktycznie każdego, kto paplał z prędkością światła.

Gdy chwyciła go za słówko nawet nie westchnął. Nie przewrócił oczami. Po prostu się na nią spojrzał, jakby nie do końca rozumiał, co chciała tym osiągnąć. Wzruszenie ramion już zużył, więc teraz po prostu zabębnił palcami o podłokietnik fotela.
- Mówisz więc, że tylko ona ma takie destrukcyjne zapędy? Ciebie również rzadko można spotkać na korytarzach Ministerstwa. Dotąd myślałem, że każdy z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów ma grafik wypchany po brzegi, obojętnie czy jest z Brygady, czy nie - zerknął na nią z ciekawością. Bo w zasadzie o nim można było powiedzieć to samo. Też raczej siedział na swoim piętrze, w gabinecie, przy biurku, przerzucając dokumenty lub wchodząc za drzwi, za które nie można było wejść nikomu poza Niewymownymi. - Zwłaszcza ostatnio mam wrażenie, że wszyscy macie dużo pracy, ale mogę się mylić. Nie powiem, żebym sam się nudził i spacerował po korytarzach.
Zauważył, odruchowo wplątując palce w swoje włosy. Przeczesał je, ciężko wzdychając. Być może nie wyglądał na specjalnie zmęczonego, ale przecież od zawsze dbał o jako-taką równowagę między snem a nie-snem. Gdy Victoria jednak szturchnęła go metaforycznie o to, że mieszkanie jest bezosobowe, uniósł brew. Co te kobiety miały z kurzołapami? Trix też mu chciała wcisnąć zielony wazonik.
- Nie rozumiem. Przecież te wszystkie rzeczy są moje - odpowiedział w końcu, na chwilę odwracając wzrok od kuzynki. Przeleciał nim po regałach z książkami, po ciężkich, ciemnych zasłonach. Po kanapie z równo ułożonymi poduszkami. Po barku, na którym stały butelki z alkoholami oraz karafki z wodą, z których częściej korzystał. Szklanki znajdowały się za drzwiczkami, na półce, żeby nie zbierały kurzu. Kto by chciał pić z zakurzonego szkła? Nawet świeczniki nie pełniły tutaj funkcji dekoracyjnej - spełniały swoją rolę, podtrzymywały świece, które wieczorami zapalał gdy miał taki kaprys. Oczywiście wiedział, co kuzynka miała na myśli, ale nie bardzo wiedział, co miałby jej odpowiedzieć. Nie lubił ozdób. Nie miał własnego stylu, a wszelkie prywatne rzeczy miał głęboko pochowane, bo były po prostu niebezpieczne, gdyby wpadły w nieodpowiednie ręce. Nawet swoje eliksiry trzymał pod kluczem, chociaż z wiadomych względów obecnie szafka w sypialni świeciła pustkami.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#24
17.03.2024, 20:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2024, 21:05 przez Victoria Lestrange.)  

A ona ani myślała odwrócić wzrok spłoszona. Bo spłoszona nie została, za to czuła jakąś nieopisaną satysfakcję, gdy tak patrzyła na kuzyna, zapędzonego odrobinę w kozi róg, nie potrafiącego znaleźć odpowiednich słów, by odpowiedzieć na zaczepkę. Uśmiechnęła się do niego uprzejmie – ogólnie całe to spotkanie i rozmowa były nader uprzejme.

- Na pewno nie tylko ona. Natomiast po niej widzę co wyprawia i w jakim natężeniu – Brenny zawsze było pełno, wszędzie. W porównaniu do energicznej, nabuzowanej przyjaciółki, Victoria była tym statycznym i powolnym elementem, który do niczego się nie spieszył bo miał na wszystko czas. - Mamy zapchany grafik. Ale w maju uznałam, że co mi po tym, zdrowie i życie mam tylko jedno – nieprawda, można było dostać swoją drugą szansę… - I nikomu niczego nie jestem winna – dlatego sumiennie odpoczywała kiedy był na to czas, nie migała się od wizyt u lekarza (których nota bene w ostatnim czasie odbyła zatrważająco dużo, jednak nikogo to nie dziwiło, zważywszy na jej stan), i już planowała krótki urlop za kilka dni. Jeszcze nie wiedziała, że po powrocie czekają ją grube nadgodziny i to jeszcze w nocy. Wolny czas wykorzystywała głównie na szukanie informacji o Zimnych i jak można to odkręcić. Póki co… to była trochę ślepa uliczka, prowadząca wprost na Samhain. - Ale jeśli tak cię to interesuje to przedwczoraj udało nam się trafić wprost do leża smoka. A ten był samicą, w dodatku matką i na domiar była bardzo… zdenerwowana – zakończyła dyplomatycznie i od niechcenia zakręciła szklanką z jeszcze odrobiną wody. - Czy to zaspokaja twoją ciekawość? – powiedziała mu to, bo nie była to sprawa ściśle tajna, nie było to nic co wskazywało na powiązanie z śmierciozercami. A poza tym było tylko krótkim wtryskiem jej typowego dnia pracy w terenie. I dlatego była jedną z nielicznych osób, które lubiły swoją papierkową robotę i wręcz poprosiła o nią, gdy była gotowa do pracy po Beltane. - Podejrzewam że wasze piętro jak tak i nasze jeszcze długo nie będzie miało luźniejszego momentu – ale za to właśnie im płacili. I to naprawdę niemało – najwyższe stawki były u aurorów i w Departamencie Tajemnic, i nie bez powodu. To była praca z ogromnym ryzykiem. - Wiesz jak postępy w Kniei? Cokolwiek idzie do przodu? – mówiła rzecz jasna o Kniei Godryka i sprawie z nieszczęsnymi widmami, które wysysały z ludzi życie. Bardzo dosłownie.

Uśmiechnęła się trochę z politowaniem, kiedy Rodolohus uznał, bardzo zdziwiony zresztą, ze to wszystkie jest przecież jego. Aż wywróciła na to, bardzo nieelegancko zresztą, oczami.

- Tak, są twoje. Ale wygląda tu tak, jakbyś tu nie mieszkał. Ot, meble, bo w mieszkaniu muszą być meble, ale brakuje tutaj… duszy – nie była pewna czy on tak na serio czy palił głupa. Czy był takim minimalistą aż do bólu, czy kręciło się tutaj coś grubszego. Nie jej sprawa, ale oczywiście, że musiała tracić kijem. - Kup sobie jakąś roślinę albo dwie. Nie mówię od razu o tych wyjących żonkilach, ale jakaś monstera do postawienia w kącie, albo kilka kaktusów… – wtedy ludzie zwykle nie pytali bardziej. - Nie masz żadnych zdjęć? Albo nawet jednego obrazu? Po prostu bardzo tutaj pusto. Sterylnie. Zbyt sterylnie – oczywiście, że musiała sobie pogadać, jak taka starsza siostra, która nie może się powstrzymać przed dobrymi radami. - Wiesz. To sztuka pozorów – dodała, obdarzając go uważnym spojrzeniem, ale kąciki ust jej drgały.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#25
17.03.2024, 21:05  ✶  
Czy zapędziła Rodolphusa w kozi róg? Nie wyglądał na kogoś, kto dałby się zaskoczyć tymi kilkoma słowami. Raczej był oporny na tego typu uwagi, po prostu spływały po nim jak woda po kaczce - po prostu wpuszczał je jednym uchem, a wypuszczał drugim. Uwagi kuzynki jakoś niespecjalnie długo zatrzymały się w jego głowie. ACZKOLWIEK tylko ta pierwsza część, o której mówiła. Bo gdy wyjaśniała sprawę Brenny, kiwał głową, z kolei gdy powiedziała o smoku, uniósł brwi.
- Słusznie, zwłaszcza w twoim przypadku zdrowie powinno być teraz priorytetem - powiedział ostrożnie, trawiąc słowa o smoku, na którego trafiły. - Chociaż czyż dbanie o zdrowie nie powinno równać się nie spotykaniu smoczyc na swojej drodze? Zwłaszcza z młodymi. Tym się teraz zajmują aurorzy? Ganiają za smokami i...
Przerwał. Ach, cholera jasna. To dlatego Brenna odpisała mu w liście, że prawie spłonęła. Lestrange westchnął ciężko i mimowolnie uniósł dłoń do twarzy. Zacisnął palce na nasadzie nosa, przymknął oczy.
- To by wiele tłumaczyło - machnął ręką, nie zamierzając wchodzić w szczegóły. Baby. I to dwie narwane. Nie będzie opowiadał kuzynce, że być może przynosił pecha, tak samo jak drobne prezenty, które zdążył podesłać Longbottom. Mówi się trudno, najwyraźniej liczyły się intencje, a te jego zdecydowanie nie były dobre. - Nie do końca zaspokaja, ale zadowolę się taką odpowiedzią. Zwłaszcza że sama zauważyłaś, że jeszcze długo oba nasze departamenty będą miały pełne ręce roboty. Jeśli chodzi o Knieję, to nic poza tym, co sama wiesz.
Sięgnął po szklankę z wodą. Knieja... Pracował w Departamencie Tajemnic. Nie mógł powiedzieć Victorii nic więcej poza tym, co sama wiedziała. Nawet gdyby chciał, to nie mógł. A prawda była taka, że nie zamierzał się z nią tym dzielić, bo utknęli. Mieli związane ręce, Ministerstwo ich ograniczało. Nie mogli działać tak, jak chcieli - przez co cała sprawa wydłużała się niemiłosiernie.
- Nie lubię kurzołapów - odpowiedział spokojnie, a kącik jego ust drgnął. Może rżnął głupa, a może faktycznie wolał minimalizm aż do bólu? Wystarczyło spojrzeć na to, jak się ubierał. Kilkanaście tych samych spodni, koszul, marynarek. Te same pary butów. Identyczne paski do spodni. Nawet skarpety miał do porzygu nudne. W porównaniu z innymi czarodziejami, śmiało można było posądzić Rodolphusa o brak gustu lub przeciwnie: o mocne przywiązanie do jednego stylu. Podobnie było z mieszkaniem. - Victorio. Czy wyglądam ci na kogoś, kto potrafi i chce dbać o rośliny?
Zapytał nieco pobłażliwie, bo Rodolphus i kwiaty to była chyba ostatnia rzecz, o którą można było go posądzić. To znaczy owszem: kupował je ale tylko po to, by je komuś sprezentować. W teorii znał się na przyrodzie, ale między teorią a praktyką była ogromna przepaść. Z roślinami było tak, że można było napisać najlepszy i najbardziej szczegółowy poradnik, a i tak można było ubić nawet tak oporne egzemplarze, jak kaktus.
- Nie znam się na tym. Mieszkanie urządził ojciec, ja po prostu odebrałem klucze. Od tamtego momentu nikt nie ingerował w jego wystrój. Powinienem? - odbił pytaniem, zerkając na gołe, ciemne ściany. W sumie nawet Robert miał jakiśtam dywan w swoim gabinecie. I obrzydliwą komodę z alkoholem. On z kolei miał wszystko nowe, starannie wysprzątane i czyste. Z drugiej strony faktycznie tak było. Ojciec dał mu praktycznie pustą przestrzeń zapewne z myślą o tym, by syn urządził ją tak, jak chciał. Ale chyba zdawał sobie sprawę z tego, że Rodolphus po prostu zostawi je w takim samym stanie, w jakim je zastał. - Jeśli cokolwiek bym tu przesunął, dostałbym szału, doskonale o tym wiesz.
To, że miał niemalże obsesję na punkcie tego, by jego otoczenie było czyste i uporządkowane, to nie była żadna tajemnica. Wiedział o tym jego brat, wiedziała reszta rodziny. Wiedzieć musiała i Victoria. Wiedzieli nawet jego współpracownicy, bo gdy wracał z przerwy do biura i widział, że kubek jest odrobinę przesunięty, poprawiał go od razu. Układał pióra w określonej kolejności, wedle rozmiaru. Czyste kartki porządkował a potem chował do szuflady.
- Jedna lub dwie martwe rośliny spędziłyby mi sen z powiek. Nie potrzebuję dodatkowego zmartwienia w postaci chwastów - odpowiedział, pomijając temat obrazków na ścianach. Kolejna rzecz, którą by sprawdzał, czy się nie zakurzyła. Mógłby co prawda poprosić ojca o skrzata na stałe, ale... Z pewnych powodów wolał po prostu, by nikt tu się nie kręcił. I nie przestawiał mu rzeczy.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#26
18.03.2024, 22:29  ✶  

– Dbam o nie na tyle ile jestem w stanie, czyli jak kończę pracę to zazwyczaj faktycznie kończę, a nie robię kolejnych dziesięciu godzin nadgodzin żeby pójść do domu, jeszcze coś porobić, a potem spać góra dwie godziny i wrócić do pracy – odparła spokojnie, przyglądając się tym pustkom na ścianach, na regałach, na stoliku… – Przecież nie odmówię polecenia służbowego. Tym bardziej, że zupełnie nie wiedziałyśmy, że to leże smoka. Nic na to nie wskazywało – dodała, odkładając znowu szklankę, tym razem pustą, na stół i zakręciła sobie kosmyk dość długich, niemal czarnych włosów na palec, jakby mówiła od niechcenia. Nie odmówiłaby polecenia służbowego, bo co, może jej też kazaliby wypierdalać, chociaż swoje zdrowie poświęciła Ministerstwu i to przez to, że tak mało ich przydzielili do pilnowania sabatu. Ale gdyby jej tak kazali wypierdalać, to też by nie wróciła. Bo, jak już mówiła, nic nie była im winna. Teraz to Ministerstwo było winne jej. – Wiele tłumaczy? Niby co to tłumaczy? – ach, teraz rzeczywiście nie miała zielonego pojęcia o co Rodolphusowi w ogóle chodzi, dlatego uniosła wyżej jedną brew. – Nie do końca zaspokaja? A co, chcesz usłyszeć, że nie mogliśmy się teleportować z jaskini, smoczyca była bardziej niż wściekła i zionęła na nas ogniem? – tak właśnie szła ta bajka o smoku. Bardzo nie bajkowa, bo smok nie strzegł żadnej królewny, tylko swoich jaj, a te zniknęły. Księżniczki za to zostały potraktowane… na ciepło. I dobrze, że Victoria w ogóle tam była, bo inaczej niewiele zostałoby z Brenny, a tak, mogła wziąć całe uderzenie na siebie. Bardzo dosłownie. – Straciłam tam mój ulubiony mundur – poskarżyła się, bo łatwo można było sobie dosklejać co się stało. A przynajmniej pewną tego część. Czy to spotkanie zamazało pewne dziwne napięcie, które od jakiegoś czasu wisiało w powietrzu pomiędzy nią a Brenną, a wokół czego obie kobiety chodziły jak na paluszkach, nie chcąc zaczynać tematu? Nie. Ale choć raz to nie Longbottom zasłaniała kogoś swoim ciałem.

Nic poza tym, co sama wiedziała… A pewnie wiedziała więcej niż normalna osoba, bo widziała te głupie widma z bliska i traktowała je patronusem, co zostało bardzo skrzętnie przemilczane w raporcie… wiadomo dlaczego. To, że czuła się przy nich trochę tak, jakby była znowu w limbo, to był kolejny puzzel. Była ciekawa, ile zdołali się dowiedzieć w Departamencie Tajemnic – czy nic, tak jak w przypadku Zimnych, albo czy coś… cokolwiek, i jak zwykle woleli być tajemniczy, co nikomu nie służyło. Całe swoje życie mieszkała w Dolinie, a teraz kiedy wstęp do Kniei był zakazany i naprawdę koszmarnie niebezpieczny… Mogła tylko się uśmiechnąć, wyciągając jeden kącik pełnych ust w górę.

– No tak – skomentowała tylko, pozwalając, by temat naturalnie się zmienił… na kwestię umeblowania mieszkania.

Tutaj mogła tylko załamać ręce.

– Kurzołapów… Zobacz – wyciągnęła rękę do swojej torebki, którą wcześniej tak bezceremonialnie rzuciła na stolik, by wyciągnąć z niej różdżkę. Była pewna, że Rodolphus zna te zaklęcia, ale po prostu niemogłasiępowstrzymać. To znaczy – mogła, ale nie chciała. Powoli zrobiła odpowiedni ruch nadgarstkiem. – Machasz różdżką raz i kurz znika. Jest przecież kilka różnych zaklęć do sprzątania. Domu, ubrań z krwi i resztek błotoryja, suszenia… – zaczęła wyliczać, pokazując to na palcach wolnej dłoni, a na koniec uśmiechnęła się iście niewinnie. – Rozumiem, że dotychczas robił to wszystko za ciebie skrzat? To proponuję ci poćwiczyć, bardzo ułatwia życie, jeśli tak ci przeszkadza najdrobniejszy pyłek na stole – sama miała pierdolca na punkcie czystości, u niej też wszystko miało swoje miejsce, było poukładane, posortowane i tak dalej. Ale pusta przestrzeń też nie była dobra, bo zaburzała jej zmysł estetyki; albo jak by to powiedziała znając takie wyrażenie: zaburzało to jej feng shui. – Tak, widzę, że jesteś typowym facetem w moim otoczeniu. Dogadałbyś się z Saurielem i Stanleyem– westchnęła, ale nie dawała za wygraną. – Za to ja się znam na roślinach. Mogę ci podsunąć takie, które nie wymagają dużo uwagi, mogą stać w cieniu, a na dodatek trudno je ubić. Rośliny dobrze wpływają na zdrowie, wiesz? Zwłaszcza na problemy z gardłem i bólami głowy. To nie jest tylko jakaś tam bzdurna ozdóbka – nie kupowała tych wymówek o przesuwaniu, bo sama lubiła jak wszystko jest równo, symetrycznie i tak dalej, a jednak była w stanie swoje mnóstwo roślin wkomponować w otoczenie. – Nie masz skrzata? – zapytała z przekąsem. – Nie możesz poprosić ojca, żeby skrzat wpadła tu nie wiem, dwa razy w tygodniu i podlał kwiatki? Albo nawet raz w tygodniu na kilka minut? – skrzaty były lojalne do bólu, swego pana by przecież nie zdradził, dlatego Victoria spojrzała na Rodoplhusa z pewnym politowaniem. Ale była w tym hipokrytką, bo sama właśnie „uciekała” z domu, całkowicie pewna, że zostanie pozbawiona dostępu do skrzatki, która całe życie przy niej była, sprzątała, pomagała, gotowała… Ale jakoś będzie musiała sobie poradzić. Najgorsza jednak będzie rozmowa z matką, ale wszystko przed panną Lestrange, póki co ona i Isabella udawały, że nie widzą tej drugiej, obrażone na siebie.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#27
19.03.2024, 13:03  ✶  
To była cenna informacja - to, że Victoria jako tako o siebie dbała. Kiwnął głową na znak, że rozumie i poniekąd to pochwala. Sam robił to samo, bo przecież typową pracę zazwyczaj zostawiał w Ministerstwie. Rzadko kiedy brał ją do domu, zwłaszcza teraz. Po pierwsze: nie powinien, z racji tego nad czym pracowali w Departamencie Tajemnic. Po drugie: balansy w życiu były szalenie ważne i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Gdy dopowiedziała resztę bajki o smoku, nie mógł powstrzymać się przed cichym prychnięciem. Rzadko kiedy się śmiał, praktycznie nigdy sobie na to nie pozwalał. Ale nie był przecież z kamienia, miał ludzkie odruchy, chociaż nie były one tak ekspresyjne, jak u innych. A cała ta historia była tak absurdalna, szczególnie z tym mundurem, że ciężko było nie reagować.
- Victorio - powiedział poważnie, kręcąc głową. - To, że znam zaklęcia, które potrafią się pozbyć kurzu nie oznacza, że będę ich chętnie częściej używał. Uważam, że te przedmioty są zbędne. I nie zmieni to faktu, że kurz przyciągają, a ja mam inne rzeczy do roboty, niż sprzątanie. Jeśli chodzi o skrzaty, to...
Zawahał się. Kurwa, jebane skrzaty. Nie mógł powiedzieć kuzynce, że po ostatniej wyprawie z Robertem to najchętniej zmiótłby każdego skrzata z powierzchni ziemi. Cholerne, parszywe stworzenia. Skrzywił się odrobinę na samo wspomnienie tego, co się stało w drodze do Londynu. Potężny czarodziej, pokonany przez skrzata domowego. Ach, jego duma ucierpiała wtedy tak bardzo, że nie potrzebował przysięgi wieczystej, by nigdy nie poruszać z nikim tego tematu.
- Czasem przychodzi. Głównie jak go wezwę. I nie jestem pewny, czy chciałbym poznawać twojego byłego narzeczonego - zmarszczył jednak brwi, jakby sięgając pamięcią do pracy sprzed kilku dni. Słyszał to imię na korytarzach Ministerstwa, ale niejednemu psu na imię burek, prawda? - Stanley... To imię powinno mi coś mówić? Mam wrażenie, że przewinęło się w Ministerstwie na korytarzach ostatnio.
Uparta baba. Widać, że byli rodziną - nigdy nie daliby rady tego ukryć. Tak się czepiła tych kwiatów, że jeszcze chwila, a dla świętego spokoju się zgodzi.
- Dlaczego tak usilnie chcesz wcisnąć mi kwiaty do mieszkania? Nie możesz urządzać swojej sypialni w rodzinnej posiadłości po swojemu? - odparował, ale bez jadu w głosie. Ot, normalna rozmowa, a przecież on nie wiedział, że kuzynka była w trakcie wyprowadzki. Po prostu jeżeli była chociaż w małej części taka, jak on, to już widział kolejną przesyłkę do swojego mieszkania. A potem niezapowiedzianą wizytę, by sprawdzić, czy te kwiaty faktycznie żyją i czy w ogóle ich nie wywalił. Spróbował więc odrobinę zmienić temat, by Victoria dała za wygraną, chociaż doskonale wiedział, że tak się nie stanie. Ale kim by był, gdyby chociaż nie spróbował?
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#28
22.03.2024, 01:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 22:34 przez Victoria Lestrange.)  

Victoria miała tendencje do… przymykania oka na rzeczy, które mogłyby zakłócić jej spokój po pracy. Oczywiście, gdy działo się coś kompletnie rażącego, czego zignorować w publicznym miejscu nie mogła – to reagowała. Ale że na przykład Sauriel obijał komuś mordę, albo podpalił jakiś budynek na Nokturnie? Nie było jej tam i nic nie widziała. Dbała o swoich bliskich tak długo, jak innemu jej bliskiemu nie działa się krzywda. Po pracy była po pracy, a nie nadal w niej; chociaż w obecnych czasach trudno było zostawić myśli o Biurze Aurorów gdzieś totalnie z boku, biorąc pod uwagę co działo się tak ogólnie – i ze Śmierciożercami i w jej życiu prywatnym… Ale miała chociaż przynajmniej jeden powód, by nie prowadzić zakrojonej vendetty wymierzonej w zwolenników Czarnego Pana: powód ten zaczynał się na literę S i kończył na auriel Rookwood. To była jednak ich jakże gorzka tajemnica – że w ogóle wiedziała, że jej powiedział i pokazał.

To miło, że udało jej się rozbawić Rodolphusa swoją jakże rozrywkową i zabawną osobą i rzeczywiście, musiała to przyznać, że ta historia brzmiała absurdalnie i niedorzecznie. I chyba tylko dlatego, że była w stu procentach prawdziwa.

– Nie śmiej się. Wiesz jak to jest? Jak ci smok przypala dupę i musisz ubranie brać od kogoś innego, żeby nie wyjść z jaskini gołym i bardzo niewesołym? – nie mówiła na poważnie, chociaż jej ton mógł tak brzmieć – ale choć sytuacja była wtedy niewesoła, to w poważnym tonie rozmowy raczej nie użyłaby słowa „dupa”… Nawet jeśli było całkowicie akuratne.

– A powiedz mi, kochany ty mój, co nie przyciąga kurzu? Taka już jego natura, że krąży w powietrzu i opada na wszystko. Na twój stół. Na tę pięknie wypastowaną podłogę… Nawet na twoje pociągnięte ulizanną włosy. Czy chcesz czy nie, to musisz machać różdżką, żeby się go pozbyć, więc wytłumacz mi jaka to różnica na co opadnie, skoro i tak ci on przeszkadza i tak? – zwyczajnie nie przekonywały jej te argumenty, bo nie miały w jej głowie żadnego sensu. Stół trzeba było przetrzeć tak czy siak – chociaż ona faktycznie machnęłaby różdżką, żeby szmata sama sobie przeleciała po wszystkim, gdy ona będzie robiła co innego. Rodolphus tego nie robił? Sam sprzątał i to w taki sposób jak robili to mugole? Jakoś wizja Rudiego z mokrą szmatą w ręce była takim kuriozum, że aż musiała pomachać dłonią przed twarzą, by tę głupią wizję odgonić. A wiedziała jak sprzątają mugole, bo jednak przez prawie cztery lata miała z nimi ciągłą styczność podczas interwencji. – A te przedmioty sprawiają, że w pomieszczeniu nie jest tak pusto. Robi się przytulniej i echo nie bębni tak w ściany, jakbyś dopiero co się tu wprowadził, albo jakbyś się właśnie wyprowadzał – Victoria, choć była uparta jak osioł, to potrafiła mieć iście anielską cierpliwość gdy tylko chciała, ewentualnie bardzo krótki lont, gdy ktoś nadepnął jej na odcisk, ale w tym momencie bawiła się na tyle dobrze, że jeszcze trochę, a będzie to zakrawać o nielegalność – więc była cierpliwa i równie metodycznie tłumaczyła. – Chcesz mi powiedzieć, że sprzątasz tu sam i to na mugolską modłę? – uniosła wyżej brwi. To, że nie chciał wzywać skrzata, jakoś tam mogła do pewnego stopnia zrozumieć, nie wiedziała w jakich relacjach był z ojcem, ale jeśli w takich jak na przykład ona z matką, no to mogło być zwyczajnie różnie, ale o to wypytywać w tym momencie nawet nie chciała, bo nie chciała mówić o swojej perspektywie. – Nie jesteś pewien? – zapytała rozbawiona, bo Sauriel… Cóż. Był jaki był, ale potrafił się dogadywać z ludźmi kiedy chciał, albo kiedy kogoś polubił. Wiedziała doskonale jaki potrafił być antypatyczny, ale wiedziała też, w jaki sposób potrafił się o kogoś troszczyć. Uśmiechnęła się na to tylko. – Ach tak. Stanley Borgin, jego miałam na myśli. Moody go wyrzuciła ze swojego gabinetu i tyle go widzieli. Zniknął jak kamfora – prawie powiedziała, że „go szukają”, bo ona nie zawracała sobie tym głowy. A dlaczego? Bo miała swoje podejrzenia – skoro go szukali w sprawie Beltane, a on tak blisko zadawał się z Saurielem… Dwa dodać jeden dawało niechybnie wynik trzy, nie zamierzała więc w tym grzebać ani dokładać swojej cegiełki i to głównie ze względu na Rookwooda. Zresztą… Borgin był jej potrzebny żywy i wolny.

– Urządziłam – powiedziała bez mrugnięcia okiem i nawet była to prawda. Przecież sypialnię w domu rodziców urządziła całkowicie po swojemu, a teraz zamierzała to samo zrobić ze swoim mieszkaniem na Pokątnej, do którego się sukcesywnie przenosiła. Co się tyczyło sypialni w posiadłości w Londynie, tej rodowej… Bywała tam raz na jakiś czas i nawet jakieś kwiatki tam babci naznosiła, ale nie było to jej oczko w głowie. – Bo jest tu tak pusto i sterylnie jakby nikt tutaj nie mieszkał. Czemu nie chcesz spróbować? Jak nie wyjdzie, to kwiatka wyrzucisz i po temacie – i oczywiście, że była uparta i nie dała sobie zmienić tematu ani zdania.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#29
23.03.2024, 09:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 22:36 przez Rodolphus Lestrange.)  
- Nie mam pojęcia, Victorio, moja praca nie polega na ganianiu za smokami i pożyczaniu ubrań od innych osób, bo moje spłonęły - odezwał się, nawet nie próbując zamaskować uśmiechu. To było tak absurdalne, że gdyby kto inny mu o tym powiedział, to możliwe że by miał wątpliwości, czy to była prawda. Ale mówiła mu to Victoria, a poza tym Brenna w jednym z listów wspominała, że prawie spłonęła, więc siłą rzeczy kuzynka musiała mówić prawdę. To było tym bardziej zabawne.

Gdy wspomniała o kurzu i o tym, że opada na wszystko, skrzywił się. Nie podejrzewał, że będzie tak uparta. Chyba wyraźnie dał do zrozumienia, że po prostu nie lubił tego typu bzdur i pierdół na półkach, parapetach czy meblach. A jednak kuzynka ciągnęła temat, wyciągała logiczne argumenty i jeszcze oskarżała go o sprzątanie bez użycia magii. Na tę insynuację prychnął.
- Mówiłem przecież, że przychodzi tu skrzat, czyż nie? - odpowiedział pytaniem na pytanie, które w jego opinii miało rozwiać wątpliwości co do sprzątania po mugolsku czy przy użyciu różdżki. - Czemu ci tak na tym zależy?
Zmarszczył brwi, zadając w sumie najważniejsze pytanie. Bo to, że Victoria bawiła się doskonale, próbując go zapędzić w kozi róg, było oczywiste i nawet tego nie komentował. Niech się bawi, zawsze to jakaś rozrywka, a ona jej zdecydowanie potrzebowała. Zaczynała jednak naciskać, wyciągając pochopne wnioski, co wymusiło na nim konkretną reakcję - bo z jakiegoś powodu w to brnęła. I nawet jeśli odpowie, że "bez powodu", to raczej by jej nie uwierzył.

Gdy wspomniała o Stanleyu i rozjaśniła trochę jego sytuację, zamrugał. Moody wyrzuciła go z gabinetu... Czyżby to było klasyczne nieporozumienie w myśl "Jeśli Moody nie odwoła swoich słów, to wypierdalam?" "A co powiedziała?" "Żebym wypierdalał".
- Wyrzuciła go z gabinetu, a on tak po prostu zniknął? Pomyślał, że to wypowiedzenie nie na piśmie czy jak? - a więc o to chodziło naczelnym plotkarom w Ministerstwie. No cóż... Mógł tylko sobie wyobrażać, jakich słów użyła Harper, wypieprzając Borgina z gabinetu. Może się nie zrozumieli i jej słowa wziął zbyt dosłownie? To nie byłby pierwszy raz, gdy ogólnie w pracy działo się coś podobnego. Niektórzy brali słowa przełożonych takimi, jakie były - mimo że za nimi kryło się drugie dno.

Gdy znowu wróciła do tematu urządzania mieszkania, tym razem się nie powstrzymał i przewrócił oczami. Bo jest tu pusto... Co do echa to by się nie zgodził, w końcu meble i ciężkie zasłony pochłaniały dźwięki, które normalnie odbijałyby się od pustych ścian.
- Jesteś uparta - stwierdził tylko, dopijając wodę. Oparł wygodnie plecy o oparcie fotela i ponownie przeleciał spojrzeniem po wnętrzu. Może kuzynka miała trochę racji w tej kwestii. Było tu pusto, sterylnie niemal. Bezosobowo. Ale był do tego tak przyzwyczajony, że po prostu nie wiedział, po co miałby to zmieniać. - Przyzwyczaiłem się do tego, jak wygląda to mieszkanie. [b]- Mogę nad tym pomyśleć, jeśli to sprawi, że będziesz szczęśliwa.
Odezwał się w końcu, na powrót ogniskując wzrok na Victorii. Jeśli tak bardzo jej zależało, to może byłby w stanie pójść na jakieś drobne ustępstwo. Nie dlatego, że mu zależało, bo w dupie miał wystrój wnętrza. Ale Victoria po ostatnich wydarzeniach chyba potrzebowała takich małych zwycięstw, nawet jeśli dotyczyły kompletnych bzdur.[/b]
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#30
24.03.2024, 23:25  ✶  

Jeśli Rodolphus zastanawiał się kiedyś, jak dokładnie wygląda praca aurora albo brygadzisty, takiego standardowego, a nie Brenny Longbottom, czy jest nudną papierkową robotą i prestiżem tylko teoretycznym za nic – to teraz miał przynajmniej przykład tego, co może się stać w trakcie śledztwa: może się przydarzyć na przykład smok. Fakt, że było to w towarzystwie (nie)sławnej Brenny, jednak tym razem to ona była damą ratowaną z opresji. Widząc uśmieszek kuzyna, Victoria też się uśmiechnęła jednym kącikiem ust i nic już na ten temat nie powiedziała.

Ano, mówił, że skrzat przychodzi – czasem. Victoria zrozumiała więc z tego, że niezbyt regularnie, co oznaczało, że albo musiał mieszkać w kurzu, albo jednak sprzątał, a skoro nie za bardzo chciał używać zaklęć do sprzątania… równanie samo się klarowało, a uśmieszek Lestrange się powiększył, bo do jednego kącika dołączył teraz drugi.

– Dla zabawy – odparła całkowicie zgodnie z prawdą, chociaż „bez powodu” również brała pod uwagę przez ułamek sekundy. Bo właściwie powód był to żaden, jej też wcale nie zależało, po prostu zabrnęła w tę rozmowę i jakoś się tak potoczyło… – Jeśli szukasz drugiego dna, to się rozczarujesz. Nie mam żadnego ukrytego motywu.

Patrzyła na Rodolphusa przez moment z uwagą, po czym westchnęła.

– A bo ja wiem… Zaprosiła go do gabinetu, siedzieli tam długo, wyszedł podobno z nietęgą miną. Może dostał jakiś opierdziel, a na koniec mu powiedziała, że dziękuje i że może wyjść? Tak bym się spodziewała, ale od tamtego momentu go nigdzie nie widziałam. Ani na stołówce, ani w sowiarni, ani w sumie nigdzie – był poszukiwany i Victoria podejrzewała, że i Stanley zwietrzył trop, może faktycznie miał coś na sumieniu i wolał się ulotnić… jednak dla jego bezpieczeństwa wolała w to nie wtryniać swojego zgrabnego nosa. Miała zresztą inne problemy na głowie, nawet jeśli miała swoje podejrzenia. To, że na Stanleyu ciążył nakaz aresztowania, nie zamierzała zdradzać każdemu. Saurielowi… pewnie by powiedziała. Samemu Stanleyowi również. Ale to tyle.

– To miło, że zauważyłeś – powiedziała z jakąś taką satysfakcją w głosie. Tak, była uparta, jak diabli, ale nie każdy to od razu widział. A wywrócenie oczami było tym bardziej potwierdzeniem, że udało jej się wyszturchać młodego Rodolphusa – naprawdę, jak taka starsza siostra, która droczy się z bratem tylko dlatego, że może. – Pomyśl, może ci się spodoba bardziej niż podejrzewasz. To doskonałe odprężenie – i od razu w domu robiło się trochę przytulniej. Schowała różdżkę do torebki i przestała bawić się włosami, ale nie odłożyła jej z powrotem na stół. Wstała niespiesznie i obróciła się, rozglądając po pomieszczeniu, przeleciała wzrokiem po równo ułożonych książkach, zanotowała, gdzie stoją jakie regały, co na nich jest, wymyślając już cały plan dla Rodolphusa, by gdy wyśle mu jego pierwszą doniczkę, spisać mu DOKŁADNE instrukcje, włącznie z tym, gdzie ją umieścić. Oparła się o oparcie fotela. – Chyba powoli czas na mnie? Chyba że chcesz wyjść ze mną na obiad? – bo czemu nie? Mogła go wyciągnąć do jakiejś knajpki, którą lubiła odwiedzać.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Rodolphus Lestrange (8501), Victoria Lestrange (9227)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa