• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise

[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#21
03.10.2024, 21:40  ✶  

Roselyn nie skomentowała już tego. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że będą potrzebowali masy alkoholu. Głównie dlatego, że wbrew pozorom zdawała sobie sprawę z tego, w jak wielkie gówno wdepnęła, ale też miała wrażenie, że brat nie mówi jej wszystkiego. Nie mogła go jednak winić, w końcu każdy miał przed innymi swoje własne tajemnice. Ona także, chociaż jakaś jej część twierdziła, że ona mogła mieć tajemnice, a on: nie. Czy będzie gotowa zdradzić mu cały przebieg tego nieszczęsnego przyjęcia? Nie miała pojęcia. Może jej się coś wyrwie po pijaku, ale... Wolałaby jednak nie przyznawać się do tego, że gdy widzi coś, co w jej mniemaniu jest cenne, to nie może się powstrzymać przed tym, by po to sięgnąć.

Całą drogę do jego mieszkania milczała. Milczała, bo była obrażona jak sto pięćdziesiąt. Milczała bo była zła, że ją tak potraktował, mimo że miał do tego pełne prawo i pewnie zareagował lepiej, niż zareaguje ich ojciec. Ale nie mogła nie skomentować faktu, że Ambroise ze wszystkich dostępnych mieszkań, przy całej swojej pensji z Munga, wybrał akurat to, które znajdowało się na ostatnim piętrze.
- Ja pierdolę, dostać się tu do ciebie... - Roselyn była słabo zbudowana. Znajdowała się wręcz na granicy niedowagi, a jakikolwiek większy wysiłek fizyczny był dla niej niemalże zabójczy. Co piętro musiała więc zwalniać, a gdy byli już na samej górze, była czerwona jak burak. Chyba nawet się spociła, bo ściągnęła sweter i ścisnęła go w dłoni. Dyszała ciężko, mrużąc oczy. - Czemu... Kurwa... Ostatnie... Piętro?
Dodałaby pewnie coś w stylu "nie stać cię na coś lepszego? Pożyczyć ci pieniądze? A może poprosić ojca, mówiąc że sobie nie radzisz", ale była na to zbyt kurewsko zmęczona. Miała nawet problem, by trafić kluczem do zamka.

Nie była tu wcześniej - gdy dostała klucze, to nie skorzystała z zaproszenia, więc nic tutaj nie przestawiała, bo po prostu jej nie było. Teraz jednak, ignorując brud, który był wszechobecny, podeszła do łóżka i walnęła się na nie z cichym "uff".
- Wszystko - odpowiedziała, przeczesując palcami mokre od potu włosy. Przekręciła się na plecy i wsparła na łokciach, by móc usadowić się tak, żeby obserwować brata. Bezpardonowo wyciągnęła w jego stronę rękę. Nie zamierzała się jednak kłócić o alkohol, a tym bardziej nie planowała pić prosto z butelki. - Zacznijmy może od... Nie wiem. Masz tu jakieś szklanki? Czy ty tu sypiasz, Roise? I czy sprzątasz? To chyba ważniejsze pytanie. Wiesz, że w razie czego rodzice użyczyliby skrzatów, żeby się pozbyć chociażby tych pajęczyn, nie?
Zapytała, marszcząc brwi. Dopiero teraz zaczęła dostrzegać brzydotę tego miejsca. Aż dziwne, że cokolwiek na Pokątnej tak mogło wyglądać, ale z drugiej strony wiedziała, że zapuszczenie mieszkania mogło je doprowadzić do ruiny. To chyba nie było jego mieszkanie, pisał że wynajmował... Landlord nie czepiał się, że był tu taki syf?
- Okej. I? - zapytała, wstając. Przeszła do kuchni, zabierając mu przy okazji flaszkę. Nie czuła się tu jak u siebie, ale zaczęła myszkować w poszukiwaniu jakichkolwiek naczyń. - Do brzegu, Ambroise. Wiem, że masz z nimi na pieńku, to się czuje. Pytanie tylko: dlaczego?
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#22
04.10.2024, 16:01  ✶  
Obraza ze strony Roselyn była znacznie lepsza od otwartej kłótni i grożenia mu kostką brukową rzuconą w twarz, więc przyjął ją z całkiem sporą dozą cierpliwości. Nie chciała rozmawiać do czasu aż znajdą się w mieszkaniu to nie musiała. Umawiali się na rozmowę wewnątrz budynku a nie kontynuację teatrzyku na Pokątnej. Zresztą po jej nieżyczliwych i narzekających komentarzach, kiedy już odezwała się na klatce schodowej wnioskował, że zaczynała dochodzić do siebie. Pozwolił jej mówić do ścian na wszystkich piętrach po kolei, cały czas tylko uśmiechając się pod nosem. Kondycja fizyczna była ważna. Kto jak kto, Greengrass o tym dobrze wiedział.
Przynajmniej doczłapała się do ostatniego piętra i otworzyła drzwi mimo zmęczenia. Po sposobie, w jaki padła na łóżko wywnioskował, że przynajmniej nie będzie miała siły rzucić w niego książką, jeśli dojdzie do kolejnej spiny. To mu pasowało.
Kiedy wyciągnęła rękę w jego stronę nie oddał jej własnej butelki a jedynie kiwnął głową w kierunku przyniesionej torby z kilkoma zapasowymi.
- Szklanki są gdzieś tam w kuchni - machnął ręką mniej więcej w kierunku szafek kuchennych, po czym wciągnął powietrze, żeby westchnąć i posłać jej niedowierzające spojrzenie. - A czy to wygląda, jakbym tu sypiał? Czy też tu sprzątał? Zanim mi odpowiesz w swój kreatywny sposób: nie, nie bywam tutaj. Tak właściwie to powinienem pozbyć się tego mieszkania już rok temu, ale tego nie zrobiłem. Chcesz tu sobie posprzątać to w porządku, nie to nie. Twoja decyzja - stwierdził, bo tak właściwie to mogła sobie znaleźć coś innego.
To mieszkanie faktycznie nie było szczytem wygód. Jedyną zaletą była bardzo dobra lokalizacja i to, że większość mieszkań w tej okolicy była od dawna wynajęta. Z cudem graniczyło znaleźć coś lepszego, kiedy szukał tego blisko siedem lat temu. Tak, był idealnym najemcą. Płacił na czas, niczego nie oczekiwał i wynajmował tę dziurę prawie od dekady. Bez remontów i narzekań. Na dodatek praktycznie go tu nie było. Lepszy od niego byłby wyłącznie zamożny duch, ale Ambroise przynajmniej nie podzwaniał łańcuchami i nie zostawiał ektoplazmy na klatce schodowej.
Kiedy odebrała mu flaszkę posłał jej pobłażliwe spojrzenie i nijak nie zaprotestował. Głównie przez to, że kiedy oddaliła się w stronę kuchni on po prostu sięgnął po kolejną skitraną pod biurkiem. Odkorkował ją, powąchał, wzruszył ramionami i pociągnął łyk. Była w porządku. Może trochę zwietrzała, ale mogła ujść.
- Wybieram zmianę pytania - uciął, posyłając siostrze wymuszenie nonszalancki uśmiech, przy czym uniósł butelkę. - Zbyt pełna - uściślił jednocześnie, wzruszając ramionami, gdyby Roselyn nie dostrzegała, że potrzebował wlać w siebie zdecydowanie więcej alkoholu, żeby zacząć gadać jak człowiek.
W tym momencie mógł powiedzieć jedynie to, co było oficjalną wersją znaną praktycznie wszystkim w środowisku. Co prawda był świadomy, że Roo nie pyta o opinię publiczną tylko o jego własne doświadczenia z ludźmi powiązanymi z Borginami. Nie mogłaby być jaśniejsza w sformułowaniu swoich oczekiwań. Natomiast nie chciał być dla niej znów niepotrzebnie kąśliwy i mówić półsłówkami. Nie chodziło o to, że tchórzył w obliczu konieczności bycia szczerym. Co to, to nie. Po prostu musiał chociaż trochę poprawić sobie humor i rozluźnić napięte nerwy, żeby nie mieli powtórki z rozrywki. W tym wypadku potrzebował się napić. Znacznie więcej niż tyle, ile zdążył do tej pory.
- Może ten twój gog... ...twój narzeczony, droga siostro jest inny, ale to wciąż Borgin. To nie jest właściwa rodzina. Nie spotkałem go twarzą w twarz. Szczególnie w tym momencie lepiej, żebyśmy się nie spotkali, choć proponował mi to niespełna dwa dni temu. Przykro mi, Roo, ale w Ministerstwie też kryją się żmije i wszystkie mają bardzo ludzkie twarze - wzruszył ramionami, tym razem posyłając jej nawet łagodniejsze, choć nie przepraszające spojrzenie.
W końcu niechętnie znów otworzył usta racząc się przedtem solidnym łykiem ognistej.
- Większość Borginów nawet się nie kryje z tym, kogo popiera. Jasne, może nie robią nic pośrodku Pokątnej w świetle dnia, nie są bandą idiotów - profilaktycznie uniósł rękę w górę, żeby powstrzymać ewentualny komentarz ze strony siostry zanim nie skończy.
Tak, tak. Wiedział, że to ma być tymczasowe i kontrolowane przez Roselyn. Miał wyjebane na to, co pomyślą ludzie o ich rodzinie przez ten związek. Jako nieślubnego, choć uznanego dzieciaka niespecjalnie obchodziły go towarzyskie skandale. Przez to jak się prowadzał
nieposzlakowana reputacja już dawno temu przestała stanowić główny obiekt zmartwień Ambroisa, szczególnie że mógł poprawić ją poprzez pracę i inne drobne sztuczki towarzyskie mydlące ludziom oczy. Chodziło mu wyłącznie o dobro Rosie.
- Znasz mój stosunek do mugoli. Uwierz mi zatem, kiedy mówię, że stawiam granicę na długo przed tym, co oni robią w imię przekonań - stwierdził poważnie, wpatrując się w nią oczami kogoś, kto naprawdę przejmował się jej życiem. - Nie chcę, żebyśmy musieli kiedyś stanąć przeciwko sobie, Roo - to go dużo kosztowało, nawet po wychyleniu kolejnej porcji alkoholu, ponieważ zazwyczaj nie uciekał się do takich wyznań.
Jednakże zazwyczaj nie czuł konieczności robienia tego. W tym wypadku było inaczej. Jasne. Mówiła, że wie co robi, ale kto jak kto - on wiedział, że mrok mógł mieć kuszącą twarz i piękne słowa na języku. Bywał na Nokturnie, obracał się w tym świecie. Nie mówiąc o tym, ile razy widział efekty działań ludzi tego pokroju jako uzdrowiciel, szczególnie podczas nieoficjalnych prywatnych wizyt. Pośród rodzin o moralnej reputacji istniały tylko dwie możliwości: albo było się jednym z nich, albo było się przeciwko nim. Kobiet to również dotyczyło.
Nie wątpił, że Roselyn ma twardy charakter. W końcu byli do siebie podobni. Nie dałaby się tak łatwo zgnieść. To nie o to się martwił tylko o pokusę i uwikłanie w sprawy, w które nie powinna się wikłać. To również widział zbyt wiele razy.
Jest dobrym człowiekiem tylko zagubionym. On się zmieni. Jest inny niż jego rodzina, odciął się od mroku. Mogę pomóc mu zostać kimś lepszym. Ja go zmienię powtarzane przez desperacko drżące wargi i coraz bardziej puste spojrzenia.
Nie był święty. Nie próbował być. Wręcz przeciwnie. Mógłby z goryczą stwierdzić, że znał to także od tej drugiej strony, bo w pewnym sensie był tą osobą, która miała zmienić się pod wpływem miłości. Na początku wydawało się, że to przyniosło skutek. Złagodniał, stał się bardziej ugodowy, starał się, ale na jak długo? No właśnie. Teraz w swojej głowie nazywał to łańcuchem, z którego zerwał się na stałe wiele miesięcy temu i niemal od razu wrócił do starych nawyków.
Tak. Tak wyglądało ja go zmienię a on nie był kimś kto nie miałby problemu z zabiciem kogoś wyłącznie ze względu na pochodzenie.
Ambroise Greengrass może był uosobieniem czystokrwistego podejścia do krwi, miał się za magicznego rasistę, ale jak na kogoś takiego otaczał się całkiem wieloma czarodziejami nieczystej krwi a nawet wręcz kilkoma mugolakami. Traktował ich jak swoich ludzi a w takim przypadku przymykał oczy na pochodzenie, od czasu do czasu uszczypliwie do tego nawiązując, ale nie chcąc wytępić wszystkich po drodze. Był za segregacją i zachowywaniem czystości związków, nie chciał być postępowy i nie zamierzał przepraszać za swoje pochodzenie, bo po prostu urodził się lepszy, ale serce miał chyba (jeszcze) na właściwym miejscu. Pękłoby mu, gdyby Roselyn dała się wmanipulować w coś, czego nie mógłby poprzeć.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#23
06.10.2024, 15:20  ✶  

- Po co miałabym chcieć tu sprzątać? - zapytała, wstając i sięgając po jedną z butelek. Nie zwróciła szczególnej uwagi na to, którą dokładnie wybrała. To teraz nie było ważne, ważne było to, czy potrafiło nie tylko mocno kopnąć, ale również rozluźnić język i spięte stresem mięśnie. Roselyn nie należała do osób, które twierdziły, że piją dla smaku. Owszem, niektóre wina jej smakowały, czasem też pijała drinki, lecz wtedy były to drinki z naprawdę śladową ilością alkoholu. Ogólnie rzecz biorąc Greengrassówna uważała, że alkohol służył do tego, by wytrzymać tę wkurwiającą, bolesną rzeczywistość. Inaczej nie dało się przetrwać - każdy czasem musiał się zresetować i przypomnieć sobie, jak to jest gdy mózg nagle przypomni sobie, by zrobić potężny wyrzut dopaminy. - Nie powiedziałam, że tu będę spać. Poza tym nie mogę się wiecznie ukrywać przed ojcem, prawda? No i gdzie będziesz sprowadzał kolejne kandydatki na żonę, jak nie tu?
Odpowiedziała dość opryskliwie, wyciągając rękę po szklankę. Nawet na nią nie spojrzała, tylko od razu wystawiła ją pod kran, spodziewając się najwyraźniej, że wszystko tu będzie pokryte kurzem, brudem i ewentualnymi pajęczynami. Nie wychodziła z kuchni, dopóki nie upewniła się, że nie dostanie sraczki stulecia, gdy postanowi napić się z jakiegokolwiek naczynia, pochodzącego z tego mieszkania.
- Roise, nie przewiduję tutaj opcji "zmiana pytania" - powiedziała poważnie, nalewając złocisty płyn do szkła. Na moment, na krótką chwilę, przymknęła oczy, zastanawiając się po co to właściwie robi? Czy miała wystarczająco sił, by kontynuować tę przepychankę? Czy być może ogarniało ją zmęczenie, nie tylko fizyczne przez te pieprzone schody, które musiała pokonać? Nie miała pojęcia, ale półsłówka przestały ją bawić w chwili, w której opuścili towarzystwo innych ludzi. - Nie obchodzi mnie to, jaki jest Anthony.
Powiedziała w końcu, poważnie, gdy udało jej się wrócić do głównej izby. Usiadła, tym razem na fotelu, i machnęła różdżką w kierunku okna, by je otworzyć. Nie chciało jej się wstawać, a potrzebowała zapalić. Jednocześnie nie chciała tu smrodzić bardziej niż ustawa przewidywała, bo nienawidziła palić w zamkniętych pomieszczeniach. Jednak alkohol wzmagał u niej chęć zapalenia, więc nawet nie chciała się oszukiwać, że będzie grzecznie dygać na dół. Zresztą Ambroise nie powinien mieć nic przeciwko temu, w końcu i tak "tu nie spał", prawda?
- Roise, nie wiążę z nim żadnej przyszłości. Absolutnie żadnej. Jedyne czego od niego chcę, to żeby inni dali mi spokój. Niech odgrywa rolę dobrego narzeczonego, niech wysyła kwiaty i pokazuje, że mu zależy. Niech odgania innych kandydatów i wypije piwo, którego nawarzył. A potem się rozstaniemy, mówiąc że mnie zdradził. Wyjdę na tym lepiej niż gdybyśmy mieli teraz to odkręcać na szybko - powiedziała poważnie, na koniec swojej wypowiedzi wypijając jednym haustem zawartość szklanki. Z cichym westchnięciem machnęła różdżką w stronę kuchni. I po chuj zostawiała tam tę butelkę? Przecież mogła ją zabrać ze sobą. - Po co chciał się z tobą spotkać?
Tego nie wiedziała. Zaskoczył ją, Anthony nic nie mówił. Uniosła brwi, nie kryjąc się nawet ze swoim zaskoczeniem.

Rzut na transolakcję, żeby przywołać flaszkę do siebie
Rzut O 1d100 - 19
Akcja nieudana

Rzut O 1d100 - 20
Akcja nieudana
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#24
07.10.2024, 01:02  ✶  
- Bo nie chce mi się prosić o skrzata domowego a ty wyglądasz, jakbyś potrzebowała lokum? - Odgryzł się gładko i bez większych wyrzutów sumienia, że sugerował siostrze desperację.
To, że teraz rozmawiali prawie jak ludzie wcale nie oznaczało, że był na nią mniej cięty niż jeszcze chwilę temu. Wręcz przeciwnie. Trochę już wypił i zaczął patrzeć na wszystko z lekko innej perspektywy, ale nadal wkurwiała go myśl o tym, w co wplątała się młodsza Greengrassówna. Tym bardziej, że jej decyzje nie należały do najłatwiejszych do przełknięcia. Szczególnie przez kogoś, kto naprawdę nie lubił Borginów.
Miał ku temu wiele różnych powodów. W co najmniej jednym z nich zachowywał się jak jebany hipokryta i prawdopodobnie po pijaku byłby w stanie nawiązać także do tego, co go nim czyniło. Ten dzień mógł nadejść. Natomiast to możliwe, że jeszcze nie było dziś. Dzisiaj był czas na złe spojrzenia i nieskrywaną niechęć przeciwko innym ludziom, nie samemu sobie.
- Daj mu jeszcze tydzień. Może półtora. Staruszek potrzebuje przeżyć to we własny sposób - uprzedził poważniej.
Tym razem był zupełnie szczery i pewny tego, co mówił. Thomas potrzebował teraz czasu dla siebie, żeby przetrawić pewne myśli. Niczyja obecność nie miała mu w tym tak pomóc jak samotne skupienie się na pracy i milczenie nawet do własnej żony. Nie mówiąc o tym, że przecież po kimś odziedziczyli wspólny temperament i zdecydowanie nie chodziło tu o Evelyn.
Z gniewem słodkiej Evie (jak sarkastycznie mówił o niej Ambroise) młodsza Greengrassówna nie miała mieć problemu. Tam chodziło o inne, bardziej podekscytowane kłopoty, w których już nie zamierzał brać udziału. Z tą częścią musiała sobie radzić na własną rękę. On miał jeść wtedy jabłka z sadu, kręcąc się po najbliższej okolicy, żeby ponapawać się konsekwencjami. O ile, oczywiście, miał mu przejść gniew, który do tej pory wcale nie zniknął a jedynie trochę zamilkł.
- Tak ci śpieszno, droga siostro, do wykopania mnie z domu, ledwo się zaręczyłaś i od razu bierzesz wspólny front z Evie? - Spytał nie kryjąc przekąsu, bo jej uszczypliwe pytanie było co najmniej osobliwe.
Tym bardziej, że przecież wielokrotnie zaznaczał, że nie miał w planach ożenku z żadną z tych kobiet. Z większością nie podejmował nawet próby umówienia się na kolejne spotkanie. Ot, wpadał do nich na chwilę, po czym każde rozchodziło się w swoją stronę przy obopólnej zgodzie, aby potraktować to dokładnie tak jak to czym było - spełnienie przelotnych żądz, nic więcej.
Jasne, teoretycznie Rose miała prawo wytykać jego panny (byleby nie przy nim, bo wtedy zaczynał się robić złośliwy), ponieważ najpewniej zdarzyło mu się przespać z jej jedną bądź drugą koleżanką. Co poradzić - wybór w magicznym świecie był raczej ograniczony. Natomiast miał przecież swoje standardy. To nie było miejsce, do którego zaprosiłby jakąkolwiek kochankę. Miał tu zbyt wiele cennych książek (choć pieprzniętych na podłogę i pokrytych kurzem; to fakt) to była jego jaskinia a nie romantyczne gniazdko.
No i wspomnienia. Miał z tym miejscem stanowczo zbyt wiele wspomnień, które uniemożliwiały mu spędzanie tu zbyt długiego czasu. Nie bez powodu pozwolił, by to miejsce umarło w pewnym sensie razem z jego planami ułożenia sobie normalnego szczęśliwego życia. Prócz bycia jaskinią najwidoczniej był to także grobowiec i to taki, którego nawet wprawny klątwołamacz nie mógł oczyścić.
- Sprowadzę je do twojego pokoju, skoro jest wolny - dodał równie prowokacyjnie, nawet jeśli zabrzmiała w tym nutka typową dla ich normalnego przekomarzania.
Nie skomentował prowokacyjnego sposobu zapalenia papierosa. Zamiast tego wzruszył ramionami, unosząc brwi i wychylając kolejny łyk alkoholu. Nawet się nie zakrztusił, kiedy usłyszał słowa wypływające spomiędzy warg Roselyn razem z papierosowym dymem. Nie była zaskakująca tylko świecie przekonana o słuszności swojego idiotycznego planu.
- To znajdź sobie jakiegoś miłego czystokrwistego homoseksualistę a nie aspirującego czarnoksiężnika - och, słodkie przejawy hipokryzji ewidentnie się go dziś imały; co prawda nie chodziło o wdawanie się w udawany związek z jakąś lesbijką, ale nie dalej jak dwa dni temu z zapałem studiował księgi dla, słodziutka ironia, domorosłych pasjonatów sztuk tajemnych.
Nie. Nie znał tego człowieka. Tak. Możliwe, że go pochopnie oceniał. Czy go to ruszało i miał mieć w związku z tym wyrzuty sumienia, jeżeli okaże się inaczej i Anthony faktycznie będzie tym jednym wyjątkiem na tle rodziny? Nie. W żadnym wypadku. Wbrew pozorom mieli tu jedną wspólną rację. Nie obchodziło ich jaki jest Anthony Borgin. Ambroisa szczególnie, bo już wydał opinię a był bardzo trwały i zacięty w przekonaniach. Mieli to rodzinne.
Natomiast on nie marnował dobrego alkoholu ani nie tłukł szkła, kiedy potrzebował się najebać. To było marnotrawstwo prawdopodobnie odziedziczone po Rowleach. Butelka nie dość, że się rozbiła to jeszcze małe kawałki szkła nadal usiłowały wzlecieć w górę. Idealnie. Nie wątpił, że gdyby mogły to zrobić to pewnie zmieniłyby cel na jego twarz.
- Żeby wyjaśnić swoje podejście do sprawy - stwierdził z niejaką przeplataną goryczą obojętnością, dając Rosie do zrozumienia, że nie sądzi, aby to spotkanie mogło cokolwiek zmienić, stąd jak do tej pory nie postanowił doprowadzić go do skutku.
Prócz tego ustalił z nią przecież, że spotkają się w bardzo zbieżnym celu a to od niej chciał otrzymać wpierw wyjaśnienia. Było to dla niego znacznie ważniejsze niż jakiekolwiek pierdolenie człowieka, którego w tej chwili wolał nie widzieć w najbliższej okolicy. Nieważne jak kulturalna byłaby wymiana listów.
Wzruszył ramionami, przelotnie machając różdżką w kierunku rozbitej butelki. Nie chciało mu się wstawać, żeby to posprzątać, ale leksykon kieszonkowy nie zasługiwał na taplanie się w resztkach alkoholu. Co prawda za pierwszym razem zatrzęsła mu się ręka, ale po prostu zrobił to ponownie licząc na to, że uda mu się rozproszyć efekty nieudanej translokacji.

Czy kończę próby wzniesienia się kawałków butelki za:

Rzut N 1d100 - 13
Akcja nieudana

pierwszym razem?

Rzut N 1d100 - 56
Sukces!

drugim razem?

A może alkohol już opóźnia mi zmysły i nie odnoszę powodzenia?
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#25
07.10.2024, 19:57  ✶  
Czy to złość, czy to może zaskoczenie - nie miała pojęcia co dokładnie sprawiło, że proste zaklęcie translokacyjne nie wyszło, a butelka leniwie przesunęła się, wzniosła w powietrze i przepłynęła w niebycie o kilka cali, by potem runąć ze świstem na podłogę. Zmełła w ustach przekleństwo, które uparcie chciało wydostać się na powierzchnię. Wystarczająco już dzisiaj przeklinała, wystarczająco wyszła ze swojej roli i chociaż wiedziała, że przy bracie mogła być sobą, tak jednak nie była pewna, czy potrafiła być całkowicie sobą. Ambroise akceptował ją taką, jaka była, lecz prawda była taka, że nie znał jej. Nie był z nią od początku, nie patrzył na nią gdy dorastała i przede wszystkim był jej pieprzoną rodziną, pieprzonym bratem, który mimo najszczerszych chęci nigdy nie będzie wiedział o niej absolutnie wszystkiego. Nie potrafiłaby mu rzucić w twarz prawdziwego powodu, dla którego doszło do tych zaręczyn. Nie potrafiłaby mu pokazać skrytki wstydu, jak lubiła ją nazywać w myślach, gdzie znajdowało się całe naręcze maleńkich, cennych przedmiotów. Nie potrafiłaby przyznać się do tego, że bliżej jej do niuchacza, niż dumnej róży, która rośnie wśród chwastów. Tak długo i tak mocno ukrywała tę prawdę o sobie, że po prostu nie potrafiłaby już odkryć wszystkich kart przed Ambroise.
- Nie wiem, czy to go bardziej nie rozwścieczy - odpowiedziała w końcu, mrużąc oczy. Patrzyła z oburzeniem na rozbitą butelkę, jakby ten przedmiot właśnie ją zdradził. Bezczelny. A ona jedyne co chciała, to się napić. - Wiesz doskonale, że nie. Już poślubiłeś pewną kobietę i na imię jej praca.
Przeniosła w końcu na niego spojrzenie. O dziwo zmęczone tymi docinkami i tą złośliwością, tym jadem który sączył się z jego ust. Nie poznawała go, gdy był taki wściekły. Ale, co gorsza, nie rozpoznawała także siebie. Zupełnie jakby była jego lustrem i mimikowała każdy jeden emocjonalny cios, który jej zadawał.
- Daruj sobie - prychnęła na wzmiankę o pokoju i wstała gwałtownie z fotela. Sięgnęła po kolejną flaszkę, wcześniej bardzo ostrożnie stawiając kroki wśród unoszących się szklanych odłamków, które lśniły w blasku świec. Były mokre od alkoholu, chociaż bardziej poetycko byłoby pewnie stwierdzić, że whisky wyglądała teraz jak krew. Ale to nie była krew: to był zwykły alkohol. Nic tu nie było romantyczne, włącznie z panną Greengrass, która najwyraźniej postanowiła się uprzeć i zaprzeć tak, jak nigdy. - To jest bardzo dobry pomysł i nie myśl, że nie skorzystam z tej rady za kilka lat.
Niby rzuciła to lekkim tonem, ale coś w jej głosie sugerowało, że możliwe, że mówi to na poważnie. Roselyn nie interesowali chłopcy. Owszem, miała kilka swoich miłostek, kilku kawalerów w młodości skradło jej pocałunki, ale nic poza tym. I to nie miało nic wspólnego z romantyzmem, ona nie czekała na tego jedynego. Uważała, o czym zresztą Roise wiedział, że zamążpójście byłoby kamieniem, który pogrzebie jej karierę. Miała doskonały przykład w domu. Matka młodo wyszła za mąż, a potem ją urodziła. I co? I nico, nie osiągnęła tyle, po ile chciała sięgnąć Roselyn.
- Mhm. Pewnie powiedziałby ci to samo co ja mówię ci teraz - mruknęła, siłując się z butelką. Papierosa ulokowała między zębami, a różdżkę odłożyła gdzieś na bok. Przez chwilę mocowała się z korkiem, dopóki ciche "pyk" nie oznajmiło, że wyszła z tej walki zwycięsko. - Nic nowego. Razem ustaliliśmy ten plan, zanim wyszłam z Nokturnu i kazałam się odwieźć do domu.
Rzuciła, zanim było za późno. Cóż, jeżeli Ambroise nienawidził Borgina, to teraz miał pełne prawo życzyć mu śmierci, skoro Rose właśnie przyznała, że zawlókł ją na Nokturn.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#26
07.10.2024, 20:48  ✶  
Wzruszył ramionami. Nie był w stanie tego stwierdzić. Z jednej strony uważał, że ojcu należy dać czas na wyżycie się przy swoich grządkach z ukochanymi roślinami, które nie mogły Thomasa zawieść tak jak własne dzieci. Z drugiej strony sam Ambroise wolałby zmierzyć się z prawdą i to jak najszybciej, oczekując, że hipotetyczna córka przyjdzie do niego i pokaja się nad własną głupotą. Natomiast do takiej sytuacji na szczęście nie miało dojść. Natomiast Roselyn tak czy inaczej miała przesrane.
- Ona przynajmniej jest jednostajnie rozczarowująca - skwitował z nieznaczną goryczą.
Choć nie zmieniłby ścieżki kariery zawodowej na żadną inną to nie był to łatwy kawałek chleba. Użeranie się z pacjentami i ich rodzinami należało do najmniejszych niedogodności. Miał wiele więcej zastrzeżeń do samego systemu i dyrekcji szpitala a także do przebiegu szkolenia stażystów, rekrutacji nowych pracowników i przypisywaniu ich do faworyzowanych oddziałów, lista była długa i mogła ciągnąć się jak pergamin z bardzo drugą łacińską inkantacją, który niedawno próbował rozszyfrować.
Faktycznie - niemalże nie miał życia poza pracą, ale wyłącznie na własne życzenie. Nikt go do tego nie zmuszał. Branie dodatkowych dyżurów było wskazane, ale już raz w przeszłości przekonał się, że nie niezbędne. Za to na początku, kiedy wrócił do postępowania zgodnie ze starym systemem czuł się znacznie bardziej doceniony.
Teraz był głównie przemęczony, lecz to miało również swoje pozytywy. Nie musiał myśleć o brakującym kawałku i o tym, że Mung niemal wykluczał u niego poukładanie sobie życia na nowo. Ślub z pracą nie mógł go zranić. Ślubu z pracą nie mógł narazić i skrzywdzić.
Za to rodzinę i bliskich owszem. Szczególnie w chwilach takich jak ta, kiedy było mu trudno zapanować nad nerwami. Nienawidził nie mieć wpływu na koleje losu i musieć wysłuchiwać czegoś, czego się nie spodziewał. Poza tym nie krył, że go zawiodła. Bardzo mocno, bo miała być tą z rodziny, która osiągnie wielkie rzeczy w świecie nauki.
Tymczasem odnosił wrażenie, że mimowolnie zmierzała ku autodestrukcji (to chyba było rodzinne, nie?) i skończeniu w najlepszym przypadku jak swoją matka. Choć tutaj Evelyn mogła pochwalić się całkiem normalnym mężem. Nie potencjalnym fanatykiem czarnej magii i przyszłym (jeśli nie już będącym) poplecznikiem kolejnego Grindelwalda.
A nie wątpił akurat, że naprawdę nie musiała. Sprawę zaręczyn dało się szybko zdusić w zarodku. Mogła znaleźć kogoś kto nie miał w genach szaleństwa i w kogo żyłach nie płynęła zawiść czarna jak toksyczna smoła. Roselyn była obiektywnie atrakcyjna, inteligentna (choć zaczął w to powątpiewać), wychowana i jeszcze chwilę temu miała przed sobą świetlaną przyszłość.
- Skorzystaj z niej raczej jutro - stwierdził z niesmakiem, nie komentując tamtej rozbitej butelki, straconego alkoholu ani rzuconego zaklęcia.
Dokładnie na tej samej zasadzie nie wyciągnął ręki, żeby pomóc siostrze w siłowaniu się z nową flaszką. Odnosił wrażenie, że zbyt długo starano się chronić ją przed konsekwencjami własnych zachowań i to doprowadziło do tej sytuacji. Nie problemów z odkorkowaniem alkoholu, choć robiła to jak dziewczyna (którą była, ale cholera) a paskudnym dziegciowym piwem, którego sobie nawarzyła.
Na dodatek w piance zaczęły ukazywać się kolejne interesujące fakty. Wypływały na powierzchnię jak utopione muchy.
- Pardon? - Z początku głównie zamrugał parokrotnie zaskoczony, marszcząc brwi i wychylając się na krześle w kierunku Roselyn, po czym niemal od razu bujnął się w tył mląc w ustach ciągnący się ciąg przekleństw, bo może coś niewłaściwie zrozumiał...
...ale nie. Widząc jego ewidentne co do chuja?! wcale nie raczyła wyjaśnić, że miała na myśli coś innego niż to, co Ambroise usłyszał. Nie wyglądała, jakby zastanawiała się czym była spowodowana jego nagła reakcja. Ani nie była zmieszana, ani nie wyczekiwała skutków przyznania się do tego, że...
- ...zabrał cię na jebany Nokturn? - Na ten moment w jego głosie wybrzmiało tylko trochę napięcia nie większego od tego, które zaprezentował Rose w kawiarni na Pokątnej.
Nadzieja na to, że nie miało go to doprowadzić do wrzenia była jednakże złudna. Chwilowo sięgnął po kolejną butelkę spod biurka. Niemal zapomniał, że miał tu pokaźne zapasy alkoholu z zamierzchłych czasów. Odkręcił ją i bez wahania pociągnął solidny łyk. Tym razem nieprzezornie nie wąchając uprzednio butelki ani nie przyglądając się zmętniałej zawartości, przez co niemal od razu splunął do kosza wzdrygając się, ale chyba dzięki temu tracąc przy tym resztki zaskoczenia. Czymkolwiek były napoczęte procenty, zepsuły się na równi z jego humorem.
- Gdzie... ...cię... ...zabrał... ...Anthony... ...jebany... ...Borgin... ...zastanów... ...się... ...dobrze - ni to wypluł jak wcześniejszy alkohol, ni to wysyczał przez zęby.
Bezwiednie wychylił się do przodu splatając przed sobą palce dłoni i wbijając świdrujące spojrzenie w siostrę. Nokturn? Może jeszcze mieli wybrać się na Ścieżki, co? Po co się ograniczać?
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#27
09.10.2024, 13:31  ✶  

Roselyn napełniła szklanicę alkoholem, a butelkę odstawiła na stolik. Nie kłopotała się tym, by ją zakręcać, bo i po co. Za chwilę szklanka zostanie opróżniona, a ona nie chciała znowu walczyć z korkiem. Gdy powiedział, by skorzystała z tej rady jutro, tylko prychnęła. Nie zamierzała znowu dawać się wciągać w gierki słowne i kolejne przekomarzania. To, co ją jednak cholernie irytowało, to fakt, że Ambroise traktował ją jak wroga. A przecież nie byli wrogami, byli rodzeństwem. Zachowywał się naprawdę okropnie i kompletnie nie rozumiała dlaczego przerzuca swoje doświadczenia na nią i to w taki nieprzyjemny sposób. Zamilkła więc, skupiając się na zawartości szklanicy. Pociągnęła z niej duży łyk, naprawdę duży. Tak duży, że zapiekło ją gardło, a nawet zakaszlała. Oczy zaszły łzami, ale na szczęście makijaż był na miejscu. Mogła nawet otrzeć łzy, które pojawiły się, gdy organizm zaprotestował przeciwko tak szybkiemu tempu. Zerknęła na brata, gdy ten znowu się rozjuszył. Uniosła brew.
- Hm? - zapytała, ale jakoś tak bez przekonania. A gdy wybuchł... Na Matkę i Merlina razem wziętych, na wszystkich Greengrassów, którzy zalesili Knieję Godryka - o co mu chodziło?! - Ambroise, o chuj ci chodzi?
Zmrużyła oczy, gdy dokończyła jednym haustem alkohol. Nalała go sobie znowu, tym razem aż po brzegi.
- Jaki ty masz problem? Mam wrażenie, że nie masz problemu ze mną czy Anthonym, a ze sobą i przerzucasz to na mnie. NIE jestem dzieckiem! Z Nokturnu brałam często różne zioła, których nie sposób było dostać na Pokątnej. Myślisz, że byłam tam po raz pierwszy? - jej usta wygięły się w kpiącym uśmiechu. Być może nie powinna tego mówić, zwłaszcza że kłamała jak z nut, bo miała od załatwiania takich rzeczy ludzi, ale ta złość która na nowo się w niej rozpaliła zmusiła ją do tego, by znowu dźgnąć brata patykiem.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#28
09.10.2024, 18:00  ✶  
Nie była dzieckiem? Jasne. W końcu brała ślub - dorosła pannica.
- Twoje zachowanie sugeruje co innego - odgryzł się niemal samoistnie, nawet nie zastanawiał się nad odpowiedzią, skoro najlepszą formą obrony u Roselyn jednomyślnie został atak.
O tak. Mógł się dostosować do tego poziomu, nawet jeśli nie chciał, więc w dalszym ciągu syczał, nie warczał.
- W rzyci mam to, skąd zdobywasz swoje zioła. Może ci je wysyłać sam Cernunnos. Jak dla mnie, możesz się dogadywać z przemytnikami i mendami, dopóki nie robisz sobie wypadów w celach towarzyskich, nie zawodowych - mógłby wywrócić oczami, machnąć na to ręką, gdyby nie skupiał uwagi na zaciskaniu zębów. - Masz forsę. Oni ją lubią. Wydajesz galeony. Jesteś bezpieczna. Chuj mnie to obchodzi - był z nią względnie szczery i nie mówił o czymś, na czego temat nie miał zielonego pojęcia.
Wręcz przeciwnie - to tak działało w podobnych miejscach. Jeśli była stałą klientką, nie kręciła nosem, kupowała dużo i nie zadawała zbyt wiele pytań to była bardziej chroniona niż pewnie się domyślała. Prawdziwe grube ryby nie pozwalały mniejszym bandytom z marginesu społecznego na niszczenie dobrze rokujących transakcji.
Okradzionoby ją raz, może wcale, nie zrobionoby jej żadnej większej krzywdy. Ambroise miał tę pewność, kręcąc różne mniej i bardziej mętne interesy. Nawiązał całkiem sporo nieformalnych porozumień z odpowiednimi typami spod ciemnej gwiazdy. W teorii niegodnymi zaufania, ale dopóki dawali sobie wzajemnie słowo, dobijając targów i handlując półoficjalnymi przysługami, dopóty mogli zakładać wzajemną lojalność.
A milcząca lojalność w takich kręgach znaczyła więcej niż jakiekolwiek słowa, obietnice czy groźby.
Dał się poznać jako człowiek dyskretny, powstrzymujący się od zadawania niepotrzebnych pytań, pomocny, którego lojalność warto mieć, bo nie rzucał słów na wiatr i dotrzymywał umów. Będąc przy tym również jawnie terytorialny i wymagający wzajemności. Nie wątpił, że gdyby sytuacja tego wymagała dowiedziałby się wszystkiego o kimś, kto usiłował skrzywdzić jego siostrę. Lub wręcz znacznie gorzej - kto to nienależycie zrobił, niepomny tego, że nie należało. Wtedy Greengrass bez mrugnięcia okiem zażądałby wypełnienia części układu należnej w stosunku do niego. Jednym słowem - wróciłby po przysługę i najpewniej nie zostałby zignorowany.
Dopóki nie było takiej potrzeby, nie śledził życia nikogo z bliskich mu osób. Nie mógł stwierdzić czy Roselyn blefuje czy nie. On mówił poważnie. Nie zirytowała go swoimi rzekomymi interesami na Nokturnie tylko zjawieniem się tam w towarzystwie Borginów, którzy mieli na Nokturnie równie wielu wrogów, co przyjaciół... ...a może nawet więcej. Przed skutkami obierania stron i ładowania się w takie sprawy nie mógł jej chronić.
To go wkurwiało. Jej skrajny brak myślenia o konsekwencjach publicznych zabaw z konkretnymi ludźmi, szczególnie jeśli chwilę wcześniej zapierała się, że nie planuje być z nimi identyfikowana i związana na stałe. No, to się kurwa starała zachować neutralność.
- Mam problem z tym, że moja siostra uważa, że wszystko jej ujdzie na sucho, bo ma ładne oczy i nie planuje nic na stałe - oznajmił, ignorując przytyk skierowany w jego stronę.
Tak. Nie kontrolował własnego życia tak jak by tego chciał. Nie był obiektywny. Wręcz przeciwnie - był bardzo samoświadomie, niezaprzeczalnie subiektywny i nie czuł wyrzutów sumienia w związku z tym, szczególnie pod wpływem alkoholu.
- Nie chcę być, kurwa, tym który cię otrzeźwi, ale nie ma nic na chwilę. Nie możesz bawić się na Nokturnie z Borginami a za miesiąc pójść tam i oznajmić wszem i wobec, że to już za tobą i teraz wspierasz jakichś jebanych Dohołowów czy innych nowych fajnych graczy. Na tej samej zasadzie nie wycofasz się i nie zostaniesz  Moodym... ...abstrahując od ich zaszlamionej krwi... ...jeżeli teraz nasrasz sobie u niewłaściwych czarodziejów - głęboko wciągnął powietrze do płuc, przymknął oczy na kilka sekund i spróbował rozluźnić szczękę, żeby przestać syczeć. - Nie jesteś dzieckiem. Zgadza się, Roo. Wszystko, co robisz ma swoje konsekwencje. Zrozum, że nie chcę, żebyś władowała się między wódkę a zakąskę - niespecjalnie mu to wychodziło, ale usiłował być zrozumiały.
Nie chciał jej ranić.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#29
09.10.2024, 20:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2024, 20:50 przez Roselyn Greengrass.)  

Chuj mnie to obchodzi

Roselyn zmarszczyła brwi, brzydko wyginając usta w grymasie niezadowolenia. Zabolało. Zabolało jak diabli. Skoro tak go to wszystko nie obchodziło, to jakim prawem teraz mówił do niej w ten sposób? Jakim prawem w ogóle zaczął od ataku, bo przecież ona się tylko broniła. Broniła przed tym, w jaki sposób mówił do niej i o niej. W zasadzie to powinna wstać i wyjść, ale zamiast tego wypiła pół szklanki whisky, słuchając jak prawi jej kolejne morały. Alkohol był niebezpieczny - mógł albo spotęgować jej emocje, albo je przytłumić. Nie wiedziała którą opcję wolałaby bardziej, ale w zasadzie to teraz się nad tym nie zastanawiała. Po prostu patrzyła tępo na swojego brata, niespiesznie ćmiąc papierosa. Zgasiła go tylko po to, by wyciągnąć z paczki kolejnego.

Czy miała wrażenie, że cały jej świat się wali? Nie. Czy miała wrażenie, że ta relacja pęka? Nie. Ale miała wrażenie, że powstała na niej rysa, której nie da się wypolerować. Zaciągnęła się papierosem z lubością, by wypuścić gęsty, szary dym. Popłynął ku górze, by stopniowo zacząć się rozwiewać przy suficie.
- Skoro tak bardzo masz to w dupie, to o co ci chodzi, co? - zapytała spokojnie, zbyt spokojnie jak na siebie. Słuchała odpowiedzi w milczeniu, obracając leniwie papierosa między palcami. Już nie patrzyła na Roise, ale nie dlatego, że unikała jego wzroku. Była teraz skupiona na czymś kompletnie innym, bardziej przyziemnym. Ten obracający się papieros w jej palcach sprawiał, że nie zatracała rzeczywistości, że trzymała się jej kurczowo i całe napięcie, które w niej było, nie znajdowało ujścia mimo że powinno. - Aha.
Mruknęła tylko w odpowiedzi. Jej ton był cholernie lekceważący, podobnie jak postawa. Nie siedziała jak dama, pięknie wyprostowana, z nogą założoną na nogę. Miała oparte plecy, przekrzywioną sylwetkę i rozpuszczone włosy, które przez tę wspinaczkę były teraz w totalnym nieładzie. Wraz z mocniejszym makijażem, petem w palcach i szklanką do połowy pełną whisky wyglądała jak ktoś, kto... W zasadzie pasowałby do Borginów. Lekceważenie, pycha, buta wręcz. I ta promieniująca z niej bezczelność. Czy na pewno naprawdę znał swoją siostrę, czy być może stworzył pewien jej fałszywy, przesłodzony obraz i kurczowo się go trzymał?

Miała wrażenie, że Ambroise widzi ją w lustrze. Jako odbicie, które jest niby idealne, ale tak naprawdę jest mocno zniekształcone. A być może nawet odwrócone? Wystarczyłoby jednak, by sięgnął po nią, by szarpnął mocniej, a na pięknej tafli pojawią się rysy aż w końcu lustro zostanie strzaskane. Czy jednak prawdziwa postać Roselyn jednak wyjdzie, czy przeciwnie: zostanie tam na zawsze? To, co robił w tej chwili, troszkę przypominało nieśmiałe, początkowe uderzanie palcami o to lustro, jakby było to przygotowanie się do tego, by je strzaskać. Ale czy jeżeli to zrobi, to czy Roselyn nie zapewni mu kolejnych 7 lat nieszczęścia? Była bystra wbrew pozorom i chociaż nie dała się poznać jako okrutna osoba, to zapewne potrafiłaby uczynić z jego życia piekło.
- Skończyłeś już? - zapytała ostro, nieco leniwie. Przeniosła wzrok w powolnym tempie na jego twarz. Dostrzegła to zaciśnięcie mięśni, musiał mocno zaciskać zęby, zapewne żeby nie wybuchnąć. - Dolohovów, Ambroise. Nie znasz Valeka? Nie czytujesz jego wróżb? Ponoć jego żoną jest kobieta z rodziny Lestrange. Też ciekawa rodzina, niezwykle konserwatywna jeżeli chodzi o czystość krwi. Tego byś dla mnie chciał? Kogoś z nich? Dolohova, Lestrange'a, a może Blacka? Czy może kogoś, kto jest bardziej konserwatywny? Mulciber, na przykład? Słyszałam o procesie Juliusa Mulcibera. Oskarżono go o współpracę ze Śmierciożercami. Czy ktoś taki byłby dla ciebie idealnym wybrankiem dla twojej uroczej siostry? Kimś, kto zapewni jej ochronę?
Głos miała ostry i lodowaty jak maleńkie sopelki lodu, które wbijały się w skórę, by wniknąć w serce.
- W końcu tak chętnie używasz niestosownego języka. Zaszlamiony, naprawdę Ambroise? A śmiesz mi wytykać cokolwiek związanego z Borginami? - zaciągnęła się znowu papierosem, lecz teraz wypuszczeniu dymu towarzyszyło głośne westchnięcie. - Najwyżej wybiorę wódkę. Albo zakąskę. Nie bez powodu Anthony zabrał mnie na Nokturn. Co prawda nie podoba mi się ten cały Stanley, jego brat, ale jeszcze na tym nieszczęsnym przyjęciu, od którego się zaczęło, Borgin stanął w mojej obronie. Dwukrotnie.
Wzruszyła ramionami tak nonszalancko, jakby to było oczywiste, że wie jakie są konsekwencje swojego postępowania. Ale czy na pewno wiedziała z czym to się wiąże?
- Mleko się rozlało, Roise. Trzeba tylko je odpowiednio wytrzeć. Dlatego też Borgin weźmie winę na siebie. A ja odegram swoją rolę tak, jak trzeba. Kto będzie chciał skrzywdzić nic nieznaczącą w magicznym świecie potomkinię Greengrassa? Co mogę im dać? Co mogłoby im dać skrzywdzenie mnie? A gdy zerwiemy, gdy świat dowie się jakim skurwielem jest Anthony Ian Borgin, ludzie będą mi tylko współczuć - zgasiła papierosa. To, co mówiła, brzmiało na cholernie wyrachowany i zimny plan, w którym nie było miejsca na żadne wyższe uczucia.[/b]
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#30
09.10.2024, 23:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2024, 23:02 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nie lubił, gdy ktoś wyrywał jego słowa z kontekstu i próbował używać ich przeciwko niemu, kiedy jeszcze nie zdążył rozwinąć wypowiedzi. Rosie dobrze zdawała sobie z tego sprawę i właśnie to teraz robiła, więc postanowił zignorować jej wstępne bezsensowne pytania, zamiast tego wyciągając własną papierośnicę i wybierając z niej coś na uspokojenie.
Jointa.
Zapalił jointa, zaciągając się nim głęboko, choć prawie przegryzł go na pół, kiedy usłyszał prowokacyjne Skończyłeś już? w towarzystwie tej całej przesadnie wyluzowanej postawy siostry. Nie miał jej już za dzieciaka, ale zachowywała się jak nie ona. Patrzył na nią oczami kogoś, kto chciał dla niej dobrze. Kto widział ją w różnych momentach życia w bardzo różnych stanach i okolicznościach, ale teraz pierwszy raz dostrzegał w niej nie inteligentną młodą badaczkę tylko kogoś nieznanego. Nie chciał tego.
- Odkąd usiłujesz zanglizować Rosjan? - Drgnęła mu brew.
W innych okolicznościach pewnie drgnąłby mu też kącik ust, bo dyskusja o poprawności językowej była całkiem odobliwa, ale teraz Roselyn na powrót zaczynała go irytować tym swoim uporem i manią łapania go za słówka. Całkiem zabawne mogło być to, jakie lustro potrafili sobie mimowolnie dawać, tyle tylko, że on tego nie dostrzegał. Jego to drażniło.
- Czy ty w ogóle słuchasz tego, co mam ci do powiedzenia, Roselyn? - Tym razem spróbował z goryczą odbić jej chłód, kręcąc głową z politowaniem. - Masz Bulstrode, Delacour, Nottów czy nawet pobliskich Longbottomów. Wyjdź sobie za homoseksualnego Weasleya, przymknę na to oko. Zostań Macmillanem. Cały czas próbuję ci mówić, żebyś nie zostawała żoną żadnego domorosłego czarnoksiężnika - wypluł z siebie, nachylając się ku niej.
Hipokryzja? Nawet jej nie widział.
- Tak. Zaszlamiony. Półkrwi. Jest wiele synonimów, nie musisz czepiać się słówek - odpowiedział, nie kryjąc się z tym, że w ogóle nie bierze pod uwagę pejoratywnego brzmienia niektórych wykorzystywanych określeń, bo się nad nimi nie zastanawiał; niemalże nigdy. - Wyśmienicie, Roselyn, kiedy będzie trzeci raz? Obroni cię przed swoim bratem, którego sama uważasz za podejrzanego? A może przed ojcem? Uważaj, bo będzie mu zależało na dopiero co poznanej dziewczynie. Bardziej niż na własnym rodzie i lojalności - był rozgoryczony, ale bardzo pewny tego, co jej mówi.
Do tego stopnia, że w całkiem naturalny sposób całkowicie porzucił wszelką kulturę i dobre wychowanie na rzecz bardziej ulicznego języka. W końcu Roo musiała być przygotowana na dołączenie do ludzi Nokturnu, czyż nie? Już zaczęła być jednością z dzielnią. I jak to dzielni przystało, ta dzielnia zaczynała ich teraz dzielić.
- Problem w tym, że według tego, co usiłujesz zrobić po drodze po szmatę - kulturalnie nie dodał, że Anthony Ian Borgin sam w sobie jest najpewniej największą szmatą - mleko na podłodze zdąży się skisnąć i zacząć jebać - skwitował nadal nie oszczędzając niezbyt kulturalnych słów.
No cóż. Jego matka była z Mulciberów, którzy raczej nie należeli do najbardziej kulturalnej elity. Niczym typowa dobra partia świata czystokrwistych, Ambroise ewidentnie odziedziczył wszystko, co najlepsze po obu stronach: upór, bezpośredniość, porywczość, gniew, oziębłość, nieumiarkowanie w paleniu i czasami w piciu (jak to było na przykład tego popołudnia), ostry język, jeszcze więcej uporu i oziębłości, dodatkową kapkę porywczości... ...frustrację i najnowszy, bo nadal odkrywany i rozwijany ekstras - widmowidzenie.
To ostatnie, rzecz jasna, było prezentem urodzinowym od matki, która dogodnie dla siebie spierdoliła na południe Francji i nie raczyła poinformować go o tych drobnych genetycznych predyspozycjach tak powszechnych u Mulciberów. Ci chyba uznali go za klasycznego Greengrassa, bo nikt nigdy nie zasugerował mu tej możliwości. W efekcie tak, był jeszcze bardziej sfrustrowany swoim życiem, które nie ułożyło się po jego myśli. Kto by nie był na jego miejscu?
W przeciągu siedmiu lat zmienił swoje podejście do przyszłości o sto osiemdziesiąt stopni. Starannie ignorował wszystkie niewygodne przejawy tego, co ostatecznie wydostało się na powierzchnię i użarło go w gardło. Potrzebował kilku miesięcy, żeby tę szczęśliwą stoosiemdziesiątkę przewrócić znowu o sto osiemdziesiąt stopni i tym samym zaliczyć pełna trzysta sześćdziesiąt stopni mentalnego zjebania. Salto w tył. Na główkę. Z tego czwartego piętra kamienicy na Pokątnej. Ostatnie półtora roku było dla niego bardzo złym okresem. Ostatni rok był całkowitym zjazdem w dół...
...ale czy postanowił zacząć wmanewrowywać pijane panny w śluby dla korzyści majątkowych jak jakiś mały, żenujący półinteligent? Czy zjebał sobie życie pochopnymi zaręczynami z takowym? Czy uznawał to za genialny pomysł na odroczenie staropanieństwa (tak, staropanieństwa jako kawaler) i umizgów?
Nie.
Kurwa, poszedł w pracoholizm, widmowidzenie i czarną magię jak dojrzały, poważny czystokrwisty mężczyzna z całą jedną komórką mózgową, która mówiła mu, że to był zajebiście dobry sposób na wykorzystanie autodestrukcyjnych zapędów. No, skoro i tak zwalił sobie życie to równie dobrze mógł być na Ty z własnymi demonami i od czasu do czasu prosić je o wskazówki.
- Tu nie chodzi o ciebie, Roselyn - powtórzył dosadniej i bardziej wprost, bo może do tej pory mówił do niej obcym językiem. Zazwyczaj nie mieszał nic pod wpływem alkoholu, ale w tym momencie był na nią tak zły, że po prostu pociągnął kolejny haust z butelki, racząc ją swoim paskudnym, łamanym, godnym pożałowania francuskim (mamusia nie byłaby dumna), bo może w rodzimym języku po prostu nie rozumiała.
- Je n'ai peut-être pas été assez clair - nie był wystarczająco jasny?
Może nie był, bo nie posługiwał się tym płynnie, ale po ognistej nie miał z tym problemu. Nieistotne, że kaleczył słowa. Nie docierało do niej, co tu jest problemem? Nie ona a Borgin. Od samego początku powtarzał jej, że Borgin.
- Niemal cały świat już wie, jakimi skurwielami są Borginowie - podkreślił, bo ewidentnie były jeszcze osoby jej pokroju, które zachowywały się jak ślepe na to. - Potomkinię Greengrassa nie, ale narzeczoną Borgina? Jak najbardziej. Narzeczoną brata, syna, wnuka jeszcze gorszego Borgina? Mam to w ogóle mówić czy nadal będziesz zgrywać głuchotę na argumenty? Próbuję się o ciebie troszczyć - potrzebował to mówić? Serio?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (16358), Roselyn Greengrass (10077)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa