• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue

[1957/1972] with its life underground and a perfect disguise above | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#21
17.05.2026, 23:10  ✶  
1957
Słuchałem jej uważnie, nawet jeśli nie wyglądało to w ten sposób, bo wzrok miałem skierowany przed siebie, w gęstwinę, która zaczynała ustępować miejsca światłu, a jednak każde słowo układało się we mnie wyraźnie, zbyt wyraźnie, żeby je zignorować albo zbyć czymś lekkim. Parsknąłem cicho, bardziej pod nosem niż wprost do niej, ale na tyle wyraźnie, żeby nie miała wątpliwości, że to usłyszałem i miałem na ten temat swoje zdanie. Kącik ust drgnął mi nieznacznie, w czymś pomiędzy rozbawieniem a czymś znacznie chłodniejszym, bardziej zdystansowanym. Uniósłbym brew, gdyby nie to, że akurat odsuwałem kolejną gałąź z drogi, pozwalając jej przejść bez konieczności przeciskania się przez to gęste, drażniące listowie, zrobiwszy to odruchowo, zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, zanim zdążyłem uznać, że nie powinienem.
- Wygodniej dla kogo? - Odbiłem od razu. - Bo jeśli dla nich - dodałem spokojnie - to gratuluję, świetnie się sprawdzasz. A jeśli dla ciebie… To brzmi raczej jak kiepska strategia. - Kontynuowałem z wyraźną nutą zaczepki, która nie potrzebowała rozwinięcia - nie było w tym współczucia, nie było też czystej kpiny, raczej coś pomiędzy, co nie dawało jej łatwej odpowiedzi ani wygodnego wyjścia. - Wygoda polega na tym, że nie musisz się wysilać. A ty… - Urwałem na moment, jakbym dobierał słowa, chociaż tak naprawdę wiedziałem dokładnie, co chciałem powiedzieć. - Wkładasz w to zdecydowanie zbyt wiele pracy, więc albo masz bardzo niekomfortową definicję „rozsądku” albo po prostu lubisz się chować za czymś, co brzmi rozsądnie, ale wcale takie nie jest. - Przekrzywiłem lekko głowę, oceniając coś więcej niż tylko jej słowa - coś, co siedziało głębiej, między tym, co mówiła, a tym, czego nie zamierzała powiedzieć - próbując dopasować to do tego, co widziałem, i zdecydowanie nie byłem szczególnie przekonany. Nawet nie próbowałem tego ukrywać, na pewno było to doskonałe dostrzegalne na mojej twarzy.
Stałem jeszcze przez moment dokładnie tam, gdzie niemal na mnie wpadła, nie cofając się ani o centymetr, jakbym chciał sprawdzić, czy to ona pierwsza uzna tę odległość za problem, czy zignoruje ją równie ostentacyjnie, jak próbowała ignorować wszystko inne między nami. Jej westchnienie nie umknęło mojej uwadze, tak samo jak ta irytacja, którą nosiła tuż pod powierzchnią, zawsze gotową, żeby wypłynąć przy najmniejszej prowokacji.
- „Przecież nie ja”... - Powtórzyłem po niej wolno, przeciągając słowa z wyraźnym niedowierzaniem, zanim pozwoliłem sobie na krótki, cichy śmiech, który nie miał w sobie nic szczególnie wesołego. - Oczywiście, że nie ty. - Stwierdziłem niemal beznamiętnie, z cieniem ironii, która nie znikała z mojego głosu i z tą lekką nutą kpiny, która pojawiała się u mnie odruchowo. - To zawsze ktoś inny. Okoliczności, ludzie, przypadek. Nigdy ty. - Trudno to było uznać za przyznanie jej racji, więc nie powinna była być zdziwiona na kolejne, odrobinę cichsze, lecz równie wymowne słowa. - To niesamowite, jak często wszystko „po prostu się dzieje” wokół ciebie. A ty niezamierzenie zawsze stoisz dokładnie w samym środku. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się na chwilę przy ustach, potem wracając do oczu, bez pośpiechu, bez skrępowania. - A robisz dokładnie to samo od lat. - Dodałem. - Pchasz się w coś, a potem udajesz, że wcale tego nie chcesz. - Wyprostowałem się powoli, nie odrywając od niej wzroku. - I wiesz co jest w tym najlepsze? - Uśmiechnąłem się lekko, niemal łagodniej, niż wcześniej. - Że za każdym razem liczysz na inny wynik, a nawet nie zmieniasz formuły. - Pozwoliłem, żeby cisza zawisła między nami na moment dłużej. Nie odwróciłem wzroku, nawet kiedy spróbowała odbić piłeczkę, zamiast tego pozwoliłem sobie na krótkie, ciche westchnięcie, które nie było ani znużeniem, ani rezygnacją, tylko czymś bardziej złożonym, jak zawsze między nami. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, dokładniej, niż było to konieczne, jakbym próbował znaleźć tam coś, co uzasadniałoby ten ton, tę pewność, z jaką mówiła o rzeczach, których nie mogła wiedzieć ze stuprocentową pewnością.
- Nie sądzę. - Odparłem krótko. - Wiem, że cię nie rozumiem, Pruey. - Zrobiłem pauzę, krótką, kontrolowaną, pozwalając, żeby to zdanie wybrzmiało dokładnie tak, jak powinno, zanim dodałem kolejne. - Ale to nie znaczy, że nie widzę, co robisz. - Przez moment stałem naprzeciwko niej bez żadnej osłony w postaci ironii, co zdarzało mi się rzadko i raczej niechętnie, ale w tym konkretnym przypadku miało swój sens…
- Chociaż przecież ty tylko stoisz w miejscu, a ja pojawiam się znikąd i komplikuję ci życie…
Cofnąłem się w końcu o pół kroku, tylko tyle, żeby rozluźnić tę napiętą przestrzeń między nami.
- I co, liczysz na to, że skończymy to wszystko i nagle przestaniemy na siebie wpadać? Tak po prostu? Serio w to wierzysz? - Potrząsnąłem lekko głową, jakbym właśnie usłyszał coś wyjątkowo mało przekonującego. Uniósłszy brew, tym razem bez wahania, pozwoliłem sobie na kolejne krótkie, ciche parsknięcie, bardziej nosem niż w głos, w którym było więcej rozbawienia niż kpiny, choć jedno i drugie mieszało się tam całkiem swobodnie… Po czym - wzruszywszy ramionami - ruszyłem dalej, jakby temat był już zamknięty, choć oczywiście nie był, ale dochodziliśmy już prawie na miejsce, więc należało ustalać priorytety. Nie przyspieszyłem, pozwoliłem jej iść pierwszej przez te kilka kroków, obserwując ją z tyłu, patrząc na ten upór wpisany w każdy ruch, w sposób, w jaki stawiała stopy, jakby każdy kolejny krok był wyzwaniem rzuconym światu - uśmiechnąłem się pod nosem, bo znałem to aż za dobrze. Chwilę później ponownie przystanęliśmy, tym razem na linii lasu, gdzie przechodził on w zupełnie nową, znacznie mniejszą polanę i poszukiwanym przez nas zbiornikiem wodnym. Nie pozostało nam nic, tylko się w nim zamoczyć - prawda?
Obserwowałem ją przez chwilę bez słowa, kiedy rzuciła to zdanie, z tą typową dla siebie upartością, która była jednocześnie przewidywalna i… Cholernie konsekwentna, przez moment miałem ochotę coś skomentować, podważyć to, podpuścić ją jeszcze odrobinę, ale zamiast tego tylko prychnąłem cicho pod nosem - bardziej z rozbawieniem niż krytycznie. Ruszyłem za nią bez pośpiechu, z rękami wsuniętymi niedbale w kieszenie, jakby to wszystko było dokładnie tym, czego się spodziewałem, a nie kolejną dziwną sytuacją, która powinna zapalić w głowie lampkę ostrzegawczą.
- Oczywiście, że zamierzasz. - Rzuciłem lekko, jeszcze zanim zrobiłem pierwszy krok. - Byłoby szkoda, tyle wysiłku włożonego w dotarcie tutaj. Przecież nie przeszłaś przez pół tego cholernego lasu, żeby teraz się rozmyślić. - Sama musiała stwierdzić, czy ją tym prowokowałem, czy po prostu stwierdzałem fakty.
Nie zatrzymywałem jej, kiedy ruszyła w stronę tej wąskiej linii piasku, sam szedłem zaraz za nią, wolniej, bez pośpiechu, rozglądając się przy okazji po okolicy, choć robiłem to bardziej z przyzwyczajenia niż faktycznej ostrożności. To miejsce było dziwne, za ciche, za chłodne, za… Uporządkowane w swojej nienaturalności, ale zamiast się na tym skupiać, pozwoliłem sobie na coś znacznie prostszego - całkowite zignorowanie wszystkiego, co nie pasowało do przyjętej narracji, przynajmniej dopóki nie postanawiało nam w niej przeszkadzać.
- No, proszę… - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, zauważywszy ślady czyjejś obecności. - Wygląda na to, że nie jesteśmy aż tak oryginalni, jak myśleliśmy. - Powiedziawszy to, przeniosłem spojrzenie z koca na Prue i z Prue na koc, a potem znowu na moją towarzyszkę. - Ktoś był. - Stwierdziłem beztrosko, rozglądając się pobieżnie, bardziej dla zasady niż z realnej potrzeby. - Ktoś poszedł. - Zerknąłem jeszcze raz w okolice, spokojnie, bez napięcia, jakby to wszystko było tylko ciekawostką, a nie czymś, co powinno zapalić jakąś lampkę ostrzegawczą. - Może poszli się ruchać. - Dodałem bez żadnego zawahania, tonem tak swobodnym, jakby mówił o pogodzie. - Albo ktoś nie wytrzymał i poleciał srać w krzaki. - Dorzuciłem już całkiem wprost, bez cienia skrępowania. - Też się zdarza. - I na tym w zasadzie zakończyłem analizę, bo… Szczerze? Nie miałem zamiaru robić z tego większej sprawy, przynajmniej na zewnątrz, zamiast tego wzruszyłem lekko ramionami i bez większego zastanowienia złapałem za koszulę, ściągając ją przez głowę jednym płynnym ruchem, jakby to był najbardziej naturalny ciąg dalszy tej sytuacji. Materiał wylądował gdzieś obok, niedbale rzucony na piasek, zaraz za nim poszły kolejne elementy, bez pośpiechu, bez zawahania, bez potrzeby komentowania czegokolwiek.
- Jeśli liczysz na to, że będę stał i analizował czyjś koc - ciągnąłem, rozpinając pasek z tym samym spokojem - to się przeliczysz. No, dalej. - Rzuciłem przez ramię, już z wyraźnie lżejszym tonem, niemal zaczepnym. - Śmiało. - Kiwnąłem głową lekko, wskazując kierunek przed nami, bez cienia powagi, jakby chodziło o coś zupełnie banalnego, a nie o wejście do jeziora ukrytego w środku podejrzanie milczącego lasu. -  Przecież nie przyszliśmy tu tylko popatrzeć. - Zwłaszcza, że nie było, na co - nie rozwodziłem się nad tym, nie analizowałem, bo zwyczajnie nie widziałem powodu, żeby robić z tego większą sprawę, niż była. Koc leżał, ktoś go zostawił, koniec historii. Zrobiłem kilka kroków bliżej brzegu, zatrzymując się na skraju piasku, i spojrzałem na wodę, spokojną, chłodną w odbiciu światła, która aż prosiła się o to, żeby ją sprawdzić, kompletnie ignorując wszystko, co nie dotyczyło tej chwili. Spojrzałem na nią krótko przez ramię, z tym bezczelnym błyskiem w oczach, który mówił więcej niż słowa, i ponownie skinąłem głową w stronę wody.
- Chciałaś sprawdzić, czy da się wejść. - Dodałem. - No to sprawdzaj. - Nie czekałem na jej reakcję, bo niespecjalnie mnie interesowała w tym momencie, bardziej byłem skupiony na własnym impulsie, który pojawił się równie naturalnie, co nagle.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#22
17.05.2026, 23:14  ✶  
1972
Granica między tym, co prawdopodobne, a tym, co niedorzeczne, bezpowrotnie się zatarła, natomiast ja nigdy nie należałem do ludzi stworzonych do krycia się po kątach i drżenia ze strachu w oczekiwaniu na wyrok, więc jeśli ktoś rzucił mi wyzwanie, wolałem wyjść mu naprzeciw. Biorąc pod uwagę gęstniejącą atmosferę ostatnich dni oraz burzliwy, pełen napięcia powrót na brytyjską ziemię, nie potrafiłem już kategorycznie odrzucić żadnego, nawet najczarniejszego scenariusza - gdyby to dręczące, wwiercające się w mózg przeczucie było ledwie mglistym, jednostronnym wrażeniem zrodzonym ze zmęczenia, zapewne zepchnąłbym je na margines świadomości, wszak przez lata wypracowałem w sobie swoisty, niemal ignorancki stoicyzm - byłem nieoficjalnym mistrzem bagatelizowania ryzyka, niekoronowanym królem bagatelizowania zagrożeń, dopóki nie dotknęły mnie one bezpośrednio, bezwzględnie i namacalnie, odsuwania od siebie myśli o śmierci, potrafiłem bez mrugnięcia okiem spacerować po krawędzi, nie patrząc w dół przed skokiem, lekceważyć zbierające się nad głową chmury, udając że deszcz nie pada, dopóki nie zamieniał się w lodowaty potop, igrać z nieczystymi siłami aż do momentu, w którym realne niebezpieczeństwo nie zaczynało ziać mi w twarz swoim siarczystym oddechem…
Teraz jednak sytuacja wyglądała inaczej, ponieważ tarcza, którą dotąd osłaniałem wyłącznie siebie, musiała objąć kogoś jeszcze - stawka nie dotyczyła już wyłącznie mojej własnej skóry. Tych kilka intensywnych, wspólnie spędzonych dni zadziałało jak emocjonalny katalizator, zdołaliśmy zrekonstruować coś, czego dotkliwy brak doskwierał mi przez całe lata, a co więcej - pchnęliśmy tę relację na tory, których kierunku nigdy bym nie przewidział, w stronę tak nieoczywistą i gwałtowną, że sam jeszcze nie potrafiłem jej w pełni nazwać. Ta nowa, zaskakująca dynamika sprawiła, że instynktowna potrzeba chronienia mojej dziewczyny, nawet jeśli status „związku” obwarowany był klauzulą żartu i tymczasowości, w pewnym sensie wywróciła mój dotychczasowy światopogląd do góry nogami.
Tymczasem to lepkie, nieznośne uczucie, że czyjeś oczy bezustannie śledziły każdy mój krok, z sekundy na sekundę coraz bardziej wytrącało mnie z równowagi, i chociaż irracjonalny niepokój nie zdołał jeszcze wpchnąć mnie w objęcia pełnoobjawowej paranoi, skutecznie i bezwzględnie odarł mnie z jakiegokolwiek komfortu - stałem się świadomy każdego bezdźwięku, a trzeba było uczciwie przyznać, że wewnętrzny spokój i powolne badanie sytuacji nigdy nie były moim towarem eksportowym… Genetycznie i mentalnie nie byłem po prostu stworzony do tego, by chować się po kątach, lizać rany lub pozwalać, by paraliżował mnie strach - tego rodzaju osaczenie zawsze budziło we mnie bardzo konkretny, niemal mechaniczny wachlarz reakcji. Przyparty do muru i wystawiony na działanie presji, paradoksalnie zyskiwałem makabryczną jasność umysłu i zaczynałem działać szybciej, ostrzej, bez zbędnego wahania, organicznie nienawidziłem bezczynności, kulenia się po kątach i trzęsienia portkami w oczekiwaniu na wyrok losu - jeśli ktoś rzeczywiście deptał nam po piętach, musiał liczyć się z tym, że zamiast ofiary znajdzie zwierzynę, która potrafi boleśnie odgryźć się pierwsza.
- Nie wieszę, sze to właśnie powiedziałaś. - Mruknąłem, zerkając na nią kątem oka, bo Prue odpuszczająca dążenie do sedna i dająca sobie spokój z dochodzeniem do czegoś, co zaprzątało jej głowę, to zdecydowanie nie był dla mnie zwyczajny widok, nawet jeśli wszystko tutaj było… Inne. Nie zatrzymałem się jednak przy tym, bo jej kolejne słowa były znacznie ciekawsze, i to w sposób, którego chyba sama do końca nie rozumiała - kiedy zaczęła umniejszać sobie, zrzucać całą uwagę na mnie, pokręciłem głową, tym razem wolniej, bardziej zdecydowanie.
- Nie. - Powiedziałem krótko, zanim zdążyła się w to bardziej wkręcić. - To akulat bsdula. - Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na tej krótkiej reakcji, przygryzieniu wargi, które nie umknęło mojej uwadze, choć nie skomentowałem go od razu. - „Ciekawszy okaz”, hm? - Podjąłem znowu, spokojnie, ale z wyraźnym naciskiem. - Bszmi jak komplement, ale mam wlaszenie, sze plóbujesz zszuciś winę na mnie. - Skrzywiłem się minimalnie, jakby to słowo nie do końca mi odpowiadało - kiedyś zostałoby wypowiedziane bez wahania, lecz teraz nie było do końca właściwe - ale nie próbowałem go zmieniać. Przeniosłem spojrzenie gdzieś za nią, na linię drzew, ale nic się tam nie zmieniło, wrażenie jednak pozostało. - Pludence - uniosłem brew, wracając do jej wcześniejszych słów - pszes całe te lata byłaś najbalsiej intelesującą osobą, jaką miałem nieszczęście znaś. - Kącik ust drgnął mi lekko przy tym słowie, bo oboje wiedzieliśmy, że „nieszczęście” nie znaczyło dokładnie tego, co sugerowało. - Najbalsiej absolbująsą dziewczyną w tamtym cholelnym zamku. - Kontynuowałem, tonem już mniej kpiącym, bardziej rzeczowym, co w moim wykonaniu brzmiało niemal podejrzanie. - Nawet kiedy udawałaś, sze jesteś pszesloczysta. Nie doceniasz, jak balso potlafisz wejść człowiekowi w głowę. - Zatrzymałem się blisko niej, wystarczająco, żeby nie musieć podnosić głosu, i nachyliłem się odrobinę, spojrzeniem zahaczając o jej oczy, potem na moment niżej, zanim wróciłem wyżej - teraz to było całkowicie naturalne, ale wtedy… Wtedy też się zdarzało, stanowczo zbyt często, jak na „całkowity przypadek”, jakim próbowaliśmy to uczynić. - Więc daluj sobie tę histolię o byciu „nudną”. Nie kupuję jej od pielwszego dnia i nie zacznę telas. - Uniósłbym brew, gdyby nie to, że już była lekko podniesiona, więc zamiast tego tylko przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważniej, i pokręciłem nią z tym znajomym spojrzeniem, które pojawiało się zawsze, gdy moja droga Prue prue-bowała coś odkręcić w pół zdania. - Wiesz, to nawet pasuje. - Dorzuciłem. - Ty, któla udaje, sze jest nudna, a potem nagle okazuje się, sze ma więcej na sumieniu nisz połowa ludzi, któlych znam. - , akcentując słowa tak, by podkreślić, iż wiedziałem - nie bez powodu, w końcu sama mi się wygadała - że parała się czymś znacznie ciekawszym, niż chciałaby przyznać pierwszej lepszej osobie. - Bszmi jak świetny sposób, szeby wpakowaś się w cudze ploblemy. - Wzruszyłem ramionami, nawet przez moment nie zastanowiwszy się, jak to brzmiało w kontekście naszej pierwszej, londyńskiej interakcji sprzed kilkunastu dni, ponieważ oboje wiedzieliśmy, do czego nas to doprowadziło.
Zaśmiałem się pod nosem, słysząc pełną rezerwy uwagę o moim podejściu do „interesujących” stworzeń, które wolałbym spotkać, chociaż w moim głosie zabrakło typowej, beztroskiej wesołości. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo zderzały się nasze światy i jak gigantyczna przepaść dzieliła nasze pojęcia o „ciekawym spędzaniu czasu”, Prue miała absolutne prawo odczuwać niepokój, w moim prywatnym, wypaczonym przez lata słowniku, słowo „interesujące” zazwyczaj oznaczało coś, co miało ostre jak brzytwa pazury, ślepia świecące w ciemnościach i stanowczo zbyt dużą liczbę zębów.
Posłałem jej jeden z tych moich szerokich, nonszalanckich uśmiechów, celowo błyskając zębami, żeby chociaż trochę rozbroić powagę, która zawisła w powietrzu - światy, z których się wywodziliśmy, rzadko kiedy znajdowały wspólny mianownik, podczas gdy ona o niebezpieczeństwach dowiadywała się z pożółkłych stron woluminów, ja uczyłem się ich z blizn na własnej skórze. Las wokół nas jednak uparcie milczał, gęsty i nieprzenikniony, jakby kpił z mojej gotowości do walki, a ktokolwiek gapił się na nas z mroku, najwyraźniej wolał tchórzliwą anonimowość od otwartej konfrontacji.
- Uwiesz mi, wolałbym, szeby w tym lesie czaił się na nas chimelyszny kuloliszek, zbłąkana mantykola albo nawet nalwany leszy, zamiast zwykłego, wściekłego wilka albo tym balsiej tchószliwego podglądacza. - Rzuciłem, chociaż moje oczy bezustannie skanowały ścianę drzew. - S magiczną bestią pszynajmniej wiesz, na czym stoisz. Albo ty ulwiesz jej łeb, albo ona tobie. A tak? Banał. Nuda.
Chciałem ją nastraszyć? Ani trochę, prędzej sprawdzić, czy ta filuterna iskierka w jej spojrzeniu oznaczała, że ramię w ramię ze mną byłaby gotowa wejść prosto w jaskinię lwa.
- No wiesz co? - Żachnąłem się, trochę za mało teatralnie, gdyż otoczenie nadal wybijało mnie z równowagi. - Myślałem, sze ostatnio dałem ci się poznaś tesz od tej długiej stlony. - Miała rację, nie byłem delikatny, zwłaszcza nie w takich sytuacjach, ale żeby tak od razu generalizować… Zanim jednak zdążyłem zaproponować, że w takim razie od teraz będę ją dotykał wyłącznie przez jedwabne rękawiczki, las postanowił wrzucić wyższy bieg.
Propozycja powrotu nad jezioro brzmiała kusząco, perspektywa koca, chłodnej wody i jej bliskości wygrywała w przedbiegach z uganianiem się za fantomami po krzakach, udawanie całkiem normalnej pary na mało ekscentrycznej randce miało jakiś niezaprzeczalny urok. Już miałem rzucić jakimś błyskotliwym komentarzem o tym, że wycofanie się w celach czysto romantycznych to nie odpuszczanie, a bardzo taktyczne posunięcie, gdy los postanowił zepsuć nam i te plany - bezgłos natury zniknął, lecz zamiast poetyckiego szumu liści, do naszych uszu dobiegł stłumiony, acz ewidentny bełkot ludzkich głosów. Kiedy Prue odwróciła się gwałtownie, mrużąc oczy i pytając, czy też to słyszałem, natychmiast spoważniałem.
- Yhym. - Kiwnąłem głową. - Wlasamy. - Nie było to stwierdzenie, nie pytanie, raczej coś pomiędzy, co niosło ze sobą konkretny zamiar zakończenia tej konfrontacji. Ktoś tam był i, co ciekawsze, po tym wszystkim ewidentnie nie potrafił zachować profesjonalnej dyskrecji - zamiast czaić się tam, gdzie przed chwilą czułem na karku czyjś wzrok, nasi tajemniczy goście postanowili uciąć sobie pogawędkę dokładnie z przeciwnej strony, jak na profesjonalnych prześladowców, mieli fatalne wyczucie sceniczne… No ładnie, a już myślałem, że to ja tu jestem mało subtelny.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#23
18.05.2026, 15:09  ✶  
1957

Nie rozmyślała nad powodem przez który odsuwał gałęzie sprzed jej twarzy. Nie sądziła, że się coś pod tym kryło, pewnie był to jakiś nienaturalny odruch, gdyby było inaczej zapewne zdążyłaby już jakąś dostać niby zupełnie przypadkiem po głowie. Na pewno nie robił tego z dobroci serca, bo przecież w jej oczach wcale go nie miał.

- Wygodniej dla wszystkich. - Nie zastanawiała się zbyt długo nad odpowiedzią. Wydawało jej się to całkiem logiczne. Udawanie rozsądnej powodowało, że nikt szczególnie nie zwracał na nią uwagi, dzięki czemu mogła bez żadnych pytań robić to na co miała ochotę, kiedy nikt na nią nie patrzył, a że raczej nie rzucała się w oczy to wcale nie było szczególnie problematyczne.

- Na szczęście nie poznasz nigdy mojej motywacji, będziesz musiał żyć w nieświadomości. - I tak zbyt wiele mu powiedziała, co zwalała na to, że znajdowali się poza murami Hogwartu, na zupełnie neutralnym gruncie, przez co łatwo przyszło jej się zapomnieć. Musiała być uważniejsza, nie umknęło jej oczywiście jego spojrzenie, na pewno potrafił dodać dwa do dwóch, wiedziała przecież, że jest bystry, ale nie miała zamiaru dawać mu więcej odpowiedzi na tacy.

- Myślisz, że gdybym liczyła na inny wynik, to postępowałabym schematycznie? - Pokręciła jedynie głową z dezaprobatą. Potrafiła przecież analizować, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się wydarzy, jak się skończy, to nie było trudne do przewidzenia, ale jednak ciągle w to brnęła, czy naprawdę sądził, że spodziewa się innego wyniku? Potraktowała to nawet trochę jak potwarz, bo akurat on powinien wiedzieć, że w jej przypadku nic nie działo się przypadkowo.

Gdyby faktycznie nie sprawiało jej to żadnej przyjemności, to by odpuściła. Najwyraźniej jednak wcale nie najgorzej czuła się z tym, że ciągle pakowała się w podobne sytuacje, wręcz przeciwnie traktowała to trochę jako wyzwanie, lubiła się z nim spierać, lubiła znajdować się gdzieś obok, nawet jako wróg, którym się stała. Mogła być uznana za niszczycielkę dobrej zabawy, nieszczególnie ją to obchodziło. Przynajmniej nie została całkowicie zapomniana, i przypominała o swoim istnieniu.

- Nie widzisz co robię, widzisz, że coś robię, ale niekoniecznie masz świadomość, co takiego. - Nie wydawało jej się, aby domyślił się genezy jej zachowania, zresztą sam to spowodował, sam doprowadził do tego, że teraz tak to wszystko między nimi wyglądało. Zranił ją, odsunął się od niej bez wytłumaczenia, miała prawo być zła, miała prawo pojawiać się obok i go irytować, zasłużył sobie na to, czy mu się to podobało, czy nie. Prue potrafiła być bardzo zawzięta i w tym przypadku naprawdę było to widać. Zafiksowała się na tym, jak na niczym innym.

- Serio w to wierzę, to nie może trwać wiecznie, więc nie widzę innej możliwości. Już niedługo będziesz miał spokój i ja również. - Wydawała się być co do tego przekonana. Na pewno po szkole mieli wylądować w zupełnie innych miejscach, ona miała jasno określony cel, a Rookwood zdecydowanie nie wyglądał kogoś, kto wybierał się do Munga, oby jego ojciec nie wpadł na taki wyśmienity pomysł, bo wtedy będzie musiała przemyśleć bardzo mocno, czy jest pewna tego, że chce kontynuować naukę z nim, gdzieś niedaleko. Byłaby w stanie porzucić swoje marzenia, chociaż może nie, przywykła do tego, co się między nimi działo, pewnie udałoby się jej przetrwać kilka, kolejnych lat, tak właściwie to nawet nie umiała sobie wyobrazić jak to jest nie czekać, aż wpadnie się na kogoś kto ciągle jest gotowy do ataku. Ta adrenalina jej odpowiadała.

Wreszcie znaleźli się nad jeziorem. Trochę jej ulżyło, bo mogli przestać rozmawiać i skupić się na tym, co znajdowało się przed nimi. Nie była pewna, czy chce się zanurzyć, jednak oczywiście o tym nie wspomniała, wręcz przeciwnie - wydawała się być bardzo przekonana o tym, że właśnie tego chce. Nie mogła po tym jak przeszli taki kawał drogi po prostu odpuścić, to nie było w jej stylu. Na tym obrazku można było dokładnie dostrzec ten jej cały zdrowy rozsądek.

- Wiesz, że kiedy tak o tym mówisz, to raczej mam chęć odwrócić się i sobie stąd pójść? - Byleby tylko nie zrobić tego, co mówił. Za każdym razem tak na niego reagowała. Zrobiłaby wszystko, byleby tylko podjąć decyzję inną niż oczekiwał. Mógł ją podpuszczać, to też było dla niego typowe, przez co miała trochę papkę w mózgu, nie wiedziała, czego sama chce, czego on chciał. Westchnęła więc ciężko próbując sobie ułożyć to w głowie, słowo się rzekło - nie było już odwrotu, tak, czy siak musiała wejść do tego jeziora.

- Mówisz z doświadczenia? - Skrzywiła się nieco, kiedy usłyszała to, co miał do powiedzenia na temat tych, którzy znaleźli się tu wcześniej. Jego analiza była dość mocno obrazowa, co nie do końca jej się spodobało. - To pierwsze, co przyszło Ci na myśl, serio? - Pokręciła jeszcze głową z udawanym oburzeniem, nie, żeby spodziewała się po nim więcej, nie powinna tego robić.

Patrzyła przez krótką chwilę na ten nieszczęsny koc, czy powinna przejmować się kim byli jego właściciele? No niekoniecznie, zapewne tak jak oni szukali ochłodzenia przed tym okropnie palącym słońcem. Być może postanowili się przejść, albo już stąd wyszli i zapomnieli zabrać tego koca ze sobą. Opcji było wiele. Nie sądziła, aby jego właściciele mieli zamiar krzywdzić jakieś obce osoby, bo niby po co?

- Nie liczę na to, przecież doskonale wiemy, że to nie leży w Twojej gestii, nie masz w zwyczaju kalkulować, robisz to co Ci się podoba nie patrząc na otoczenie. - Pozwoliła sobie jeszcze na kolejny komentarz. Jedynie od siebie wymagała analizy, bo w przeciwieństwie do niego zawsze rozkładała wszystko na czynniki pierwsze. Zdążyła jej już jednak dokonać w swojej własnej głowie.

- Tak właściwie, to przyszliśmy tu sprawdzić, czy w lesie jest jezioro. - Taki był początkowy cel ich wędrówki, weryfikacja tego, ale skoro już faktycznie je znaleźli, to głupio byłoby nie skorzystać z tej dostępności wody. Nie po tym całkiem długim spacerze.

Westchnęła jeszcze ciężko, bo najchętniej odwróciłaby się na pięcie, aby nie wykonywać tego, co sugerował, jednak znalazła się w końcu bardzo blisko tafli wody, nachyliła się, aby jej dotknąć, robiła to ostrożnie, jakby coś miało na nią z niego wyskoczyć, ale wreszcie dotknęła wody, zacisnęła zęby, bo oczywiście nie mogła być zbyt ciepła, jednak to nie miało znaczenia, powiedziała już sobie, że do niej wejdzie.

Wyprostowała się ponownie i odwróciła w jego kierunku - jest całkiem przyjemna. - Przecież nie miała zamiaru mu mówić o tym, że ostatnie co w tej chwili chciała robić, to włazić do tej chłodnej wody.

Zamierzała jak najszybciej mieć to za sobą, zdjęła więc z głowy jego kapelusz i położyła na piasku, aby go nie zmoczyć, odwróciła się też znowu w stronę jeziora, przymknęła na moment oczy, nie mogła wleźć do niego w sukience, musiała ją ściągnąć, nie było sensu tego analizować, więc po prostu zsunęła z siebie ubranie i zrobiła krok w przód, tak, aby jej stopy znalazły się jak najbliżej wody, która w końcu je przykryła. Nie było to przyjemne uczucie, dreszcz przeszedł jej po plecach, w tej sytuacji chyba najlepiej byłoby to zrobić jak najszybciej, powinno mniej boleć. Nie zwracała uwagi na to, co robił, czy również zamierzał tu wejść, najważniejsze, że ona nie zawiodła samej siebie. Po chwili po prostu wbiegła do jeziora, starała się nie krzyczeć, jednak i tak kilka pisków wyrwało się z jej ust, temperatura wody zdecydowanie nie sprzyjała kąpieli.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#24
18.05.2026, 15:10  ✶  
1972

- Nie próbuję zrzucić winy na nikogo, po prostu głośno myślę, a staram się dowiedzieć tego, czego ten ktoś może od nas chcieć. - Na zrzucanie winy było już zdecydowanie zbyt późno. Zresztą nikt nie zmuszał ich do tego, aby razem się tutaj znaleźli, to był ich świadomy wybór, więc wina leżała tak jakby po obu stronach?  Dobrze byłoby jednak zweryfikować kto i dlaczego mógłby chcieć ich podglądać. Tak właściwie to mogło chodzić również o nich razem, bo zdarzyło im się spędzić wspólnie ten najbardziej gorący czas w tym miesiącu, kto wie, co mogło sprowadzić na nich zainteresowanie zupełnie obcej osoby.

- To miał być komplement, spójrz tylko na siebie, naprawdę stałeś się bardzo interesujący, nie to, że kiedyś nie byłeś, podejrzewam jednak, że sam nawet nie spodziewałeś się, jak to się potoczy. - Nie da się ukryć, że Benjy wzbudzał sporo kontrowersji, kto wie, czy ktoś nieodpowiedni nie dowiedział się o jego powrocie do kraju, na pewno wielu byłoby chętnych na to, by go znowu spotkać, nie spodziewała się, aby mieli mieć dobre zamiary. Nie, żeby jej to przeszkadzało.

- Dziękuję? - Uniosła wzrok i na niego spojrzała. Nigdy nie zakładała, że ktoś mógł o niej myśleć w ten sposób, to było naprawdę interesujące wyznanie. Tyle, że on zawsze potrafił widzieć więcej, zawsze dostrzegał to, co próbowała ukrywać pod najróżniejszymi maskami, on wiedział, co kryje się w głębi. Nie powinna o tym zapominać. Widział, a nie tylko patrzył, a to nie zdarzało się zbyt często, nie w jej przypadku. Uśmiechnęła się do niego, mimo tego, że ta sytuacja była tak bardzo absurdalna, to jakoś tak zrobiło jej się cieplej na sercu, kiedy mówił o niej w ten sposób. Powinna do tego przywyknąć, chociaż świadomość tego, że w tamtych latach wcale jej nienawidził, to znaczy nie do końca to robił była naprawdę orzeźwiająca, trochę niczym powiew świeżego powietrza.

- Po prostu czasem nie do końca zdaję sobie sprawę z tego, że moje zainteresowania są nieco kontrowersyjne, przez co też ludzie z którymi zdarza mi się współpracować wzbudzają różne emocje. - Czasem ignorowała przypadkowo to, co robiła w czasie wolnym, jakby jej życie dzieliło się na dwa, na to kim była oficjalnie i kim tak naprawdę. Zapominała o tym, że istniały osoby, które wiedziały, że nie jest taka nudna, jak starała się przedstawiać. Powinna była w tym przypadku wziąć to pod uwagę, bo przecież ten kto ich obserwował mógł mieć tego świadomość. Nie mieli pojęcia, kto czaił się w krzakach.

- Co wiąże się z tym, że w sumie możesz mieć rację, mogę mieć na sumieniu dużo więcej, niż większość ludzi. - Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby się z nim zgodzić. To też było całkiem miłą odmianą, kiedyś pewnie podobne słowa nie przeszłyby jej przez gardło.

- Faktycznie mogę być kłopotem. - Dopiero teraz to do niej dotarło, w sumie od samego początku ich interakcji w ostatnim czasie to ona znajdowała się w jakichś tarapatach, czy opałach, a on ją z nich wyciągał. Oby to nie był kolejny taki moment, bo tego byłoby już zbyt wiele, w końcu pewnie będzie miał dość.

Niby dbała o to, aby nie rzucać się w oczy, ale nawet i ona mogła popełnić błąd, który mógł doprowadzić do tego, że znaleźli się w tej sytuacji, nie było jednak teraz czasu, aby przeanalizowała wszystko, co wydarzyło jej się w życiu w ostatnim czasie. Zbyt wiele się wydarzyło, to był naprawdę bardzo intensywny moment, jak na nią.

- Jeśli tak mówisz... nie mam żadnego doświadczenia w spotykaniu podobnych bestii, podejrzewam, że gdybym stanęła z jakąś twarzą w twarz, to pewnie ja zostałabym bez głowy, no, gdyby Ciebie nie było obok. - Nie miała problemu z tym, aby określić swoje możliwości, a te zdecydowanie nie były zbyt wielkie jeśli chodziło o takie spontaniczne konfrontacje. Znając życie, gdyby stanęła oko w oko z jakimś stworem, to pewnie zaczęłaby analizować jego genetykę, czy inne dane, co bardzo skutecznie powodowałoby, że byłaby na przegranej pozycji.

- Ale skoro mówisz, że gra jest warta świeczki, to na pewno tak jest, może nawet chciałabym się o tym przekonać. - Nie uciekłaby w podskokach, nie była tchórzem, chociaż być może takie starcie byłoby dla niej dość mocno niekomfortowe.

Pokręciła jeszcze głową, a kącik ust znowu drgnął jej w uśmiechu. Fakt, dał się jej poznać z nieco innej strony, zobaczyła, że w ogóle istnieje, jednakże niczego to nie zmieniało, prawda? Nie chciałaby być jego wrogiem, zdecydowanie nie. - Mam szczęście, że trochę mnie lubisz. - Powiedziała jeszcze cicho, bo nie widziała innego argumentu za tym, że pokazał jej tę swoją drugą stronę.

Wtedy usłyszała głosy, które sugerowały, że ktoś był nad jeziorem. Dziwne, bo miała wrażenie, że ten kto ich obserwował raczej nie chciał informować o swojej obecności, a w tej chwili zupełnie się z nią nie krył. Nie do końca pasowało jej do profilu obserwatora, który zdążyła stworzyć w swojej głowie.

- Coś mi tu nie gra. - Powiedziała jeszcze i po raz kolejny nieco mocniej ścisnęła jego dłoń. Ten dzień był naprawdę dziwny i absurdalny i co najgorsze nie wiedziała dlaczego.

Ruszyli w stronę jeziora, na szczęście nie oddalili się od niego jakoś bardzo daleko, znaleźli się na skraju lasu, kiedy Prue przystanęła, zmrużyła oczy i wpatrywała się dość intensywnie przed siebie. - Czy myślisz, że to są nasi prześladowcy? - Jasne, nie powinna nikogo lekceważyć, jednak tamci nie wydawali się być zupełnie zainteresowani tym, co działo się wokół nich.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#25
30.05.2026, 21:04  ✶  
1957
Przez całą drogę, dopóki nie zatrzymaliśmy się na chwilę w miejscu, a gęstwina liści nie zrzedła odrobinę, czułem na plecach jej badawczy, pełen rezerwy wzrok. To, że uważała mnie za pozbawionego wyższych uczuć egoistę, nie było dla mnie żadną nowością - wręcz przeciwnie, stanowiło całkiem wygodny fundament pod wszystko, co działo się między nami od dłuższego czasu. Jeśli czuła się bezpieczniej z myślą, że nie miałem już serca, nie zamierzałem wyprowadzać jej z błędu, przynajmniej dzięki temu zachowywała ten swój uroczy, najeżony dystans, który tak bardzo lubiłem skracać. Gdy wreszcie przystanęliśmy, przeznaczyłem tę jedną, krótką chwilę na to, by przyjrzeć się jej profilowi, podczas gdy ona z niezmąconą pewnością siebie budowała swoją małą, bezpieczną twierdzę z logiki. Doskonale wiedziałem, co próbowała zrobić - ta jej niezłomna, lecz naiwna wiara w to, że jeśli wmiesza się w tłum i założy maskę rozsądnej, szarej myszy, zyska absolutną wolność, była wręcz urocza - naprawdę próbowała wmówić sobie, iż udawanie przezroczystej rzeczywiście czyniło ją niewidzialną dla większości niepowołanych oczu, w tym również moich własnych. „Wygodniej dla wszystkich” - rzuciła to z taką lekkością, jakby naprawdę wierzyła, że jej mały plan wtapiania się w tło działał na kogokolwiek, a przecież bezustannie udowadnialiśmy inaczej, choćby poprzez nasze interakcje. Gdyby była tak trudna do zauważenia, czy z taką intensywnością rzuciłaby mi się w oczy? Jednocześnie irytowała, bawiła i intrygowała mnie ta jej święta wiara w to, że zlewając się z tłumem innych, całkowicie przeciętnych ludzi i udając rozsądną, zyskiwała jakąkolwiek niewidzialność. Dla mnie? Mogła mówić, co chciała, mogła też w to wierzyć z całych sił, lecz była przezroczysta w zupełnie innym sensie - może dla reszty zamku była tylko poprawną, szaro-burą Prue, ale ja widziałem każdy moment, w którym jej wzrok uciekał tam, gdzie nie powinien, i każdy fałszywy krok, który próbowała zatuszować idealną postawą - te słowa spłynęły więc po mnie bez większego wrażenia, chociaż w duchu musiałem przyznać jej punkty za upór. Nie zamierzała na tym poprzestać, przecież musiała postawić kropkę nad „i”, odgrodzić się ode mnie grubą, bardzo grubą, najgrubszą kreską i przypomnieć nam obojgu, że to, co działo się tutaj, w tym gęstym, pachnącym wilgocią lesie, było jedynie niefortunnym odstępstwem od normy. „Na szczęście nie poznasz nigdy mojej motywacji, będziesz musiał żyć w nieświadomości” - ten chłodny, niemal profesjonalny ton, którym mnie obdarzyła, z pewnością miał być ostatecznym ciosem w moją rzekomą ignorancję, lecz słyszałem to zdecydowanie zbyt wiele razy, w różnych odsłonach, by dać się tym tak po prostu
- Nie wiem. W końcu cię nie losumiem. - Kiedy obruszyła się na moje słowa o powtarzaniu tego samego schematu, poczułem niemal fizyczną satysfakcję, mogąc dać jej akurat taką odpowiedź - pokręciła głową z taką dezaprobatą i oburzeniem, jakby miała przed sobą wyjątkowo opornego trolla, a ja miałem ochotę znowu parsknąć śmiechem… To była czysta potwarz dla jej dumy, Panna Doskonała Analityczka poczuła się dotknięta, bo przecież w jej świecie nic nie działo się przypadkowo, ojej, straszna sprawa.
- Czyli teraz to nie jest błąd w formule, tylko wyrafinowany sabotaż własny? - Odbiłem piłeczkę, a w moim głosie bez trudu można było wyczuć jawną satysfakcję z tego, jak łatwo dała się podpuścić. Przesunąłem dłonią po karku, odchylając głowę lekko do tyłu i wzdychając teatralnie. - Widzę, że uderzyłem w czułą strunę. - Dopowiedziałem z satysfakcją, ignorując jej zastrzeżenie, że niby nie wiedziałem, co dokładnie robiła. Zamiast jednak pójść za ciosem, uciąć tę farsę i przyprzeć ją do muru, pozwoliłem jej mówić dalej.
A potem palnęła ten swój monolog o przyszłości - o tym, że „niedługo oboje będziemy mieli spokój” - ta dziewczyna miała niesamowitą zdolność do ignorowania rzeczywistości, kiedy ta nie pasowała do jej wizji idealnego, uporządkowanego życia. Słuchałem tego z tym samym, niezmiennym rozbawieniem, które zawsze we mnie budziła, kiedy tak bardzo starała się ubrać swoje mechanizmy obronne w szaty czystej logiki, a jednak tym razem podszyte było ono dziwnym, trudnym do zdefiniowania chłodem. Spokój? Święty spokój z dala od niej? Wizja, w której Prue znikała z mojego pola widzenia, lądując w szpitalu Świętego Munga czy gdziekolwiek indziej, gdzie rzekomo wiodła ją ta jej życiowa misja, wydała mi się w tamtej chwili wręcz absurdalna. Czy ona naprawdę była aż tak ślepa? Czy naprawdę wierzyła, że nazwisko takie jak moje miało pozwolić mi po prostu zniknąć z pola widzenia ludzi z naszego wąskiego świata, albo że jej własne plany nie zostaną wciągnięte na tę samą orbitę, wokół której kręciło się całe nasze cholerne pokolenie? Co więcej, snuła te swoje ponure, ostateczne wizje teraz, kiedy wokół panowało to nieznośne gorąco, z nieba lało się żarzące letnie słońce, a przed nami rozciągały się całe miesiące wolności, z dala od chłodnych murów i wiecznego oceniania. Patrzyłem na nią kątem oka przez większą część tej przemowy z coraz bardziej podejrzliwym niedowierzaniem, bo ilekroć Prudence zaczynała tłumaczyć światu, że wszystko robi z pełną świadomością i według doskonale opracowanego planu, tym bardziej nabierałem przekonania, że za chwilę stanie się coś kompletnie nielogicznego tylko dlatego, że los uzna to za konieczne.
- Pruey, jesteś inteligentna, ale czasami twoja naiwność jest po prostu rozbrajająca. - Przerwałem jej, pozwalając, by protekcjonalny ton zatuszował to nagłe, nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej, które wywołała wizja jej całkowitej nieobecności. Nie było powodu, by to teraz rozwijać, prawda, mieliśmy przed sobą tygodnie letniej laby, nie było, po co myśleć, co stanie się po szkole… Ruszyliśmy dalej w kierunku, który wyglądał obiecująco, by chwilę później stanąć nad jeziorem.
- Mhm. - Kiwnąłem głową na kąśliwe pytanie, które od niej usłyszałem, nie robiąc sobie z niego zbyt wiele, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że żadne z nas nie miało się teraz obrócić na pięcie i odejść - skoro zabrnęliśmy aż tak daleko i zrobiliśmy to razem, mieliśmy wyjść stąd wyłącznie wspólnie, nawet jeśli mielibyśmy się do siebie nie odzywać przez całą powrotną drogę, a było to… Całkiem prawdopodobne.
Jej udawane oburzenie i to pruderyjne ściągnięcie brwi były dokładnie tym, czego potrzebowałem, żeby ostatecznie zrzucić z nas ten ciężar niedoszłej rozmowy o przyszłości po szkole. Skrzywiłem usta w tym swoim niesymetrycznym uśmiechu, który tak bardzo potrafił ją wyprowadzić z równowagi, po czym bardzo nieznacznie wzruszyłem ramionami.
- A co, wolałabyś wersję, w której zostawiły go tu leśne nimfy po ceremonialnym parzeniu herbatki? - Spytałem retorycznie, rzucając pasek na stertę ubrań. - Prudence, jesteśmy sami, nad ukrytym jeziorem, w środku lata. Co dokładnie miało mi przyjść do głowy? - Odparłem, bezczelnie szczerząc zęby i ani trochę nie przejmując się jej miną. - Może powinienem założyć, że odbywało się tu sympozjum naukowe na temat właściwości magicznych tutejszej flory? Daj spokój. Ludzie są prości, Prue. Robią głupie rzeczy w ładnych miejscach. Nie zachowuj się tak, jakbyś sama nigdy nie skorzystała z okazji. Resztę pozostawiam twojej wyjątkowo bogatej wyobraźni. - Może nie odpowiedziałem wprost na pytanie, czy tam zarzut, którym we mnie wycelowała, ale przecież była inteligentną młodą kobietą, może nawet trochę aż za bardzo…
Patrzyła na ten nieszczęsny koc, jakby próbowała wyczytać z niego intencje jego właścicieli, podczas gdy ja nie zamierzałem marnować na to ani sekundy więcej - jej wzrok wędrował po wyblakłym materiale z taką powagą, jakby badała starożytne runy, co tylko potwierdzało moją teorię o chorobliwej potrzebie analizowania wszystkiego wokół, której nie potrafiła się wyzbyć. Kiedy znowu otworzyła usta, by uraczyć mnie kolejną tyradą o tym, jak to ja „nie mam w zwyczaju kalkulować” i że „robię to, co mi się podoba, nie patrząc na otoczenie”, oparłem dłonie na biodrach i tylko pokiwałem głową, nie obdarzając jej nawet pobłażliwym spojrzeniem.
- No i jest. Zadanie wykonane. Co teraz, Pani Biolog, wracamy do biblioteki pisać raport? - Podpuściłem ją, doskonale wiedząc, jak zareaguje - w końcu w takich sytuacjach czytaliśmy z siebie nawzajem bardziej, niż którekolwiek z nas mogłoby chcieć przyznać, to była nasza poplątana nić porozumienia, toksyczna i bolesna, ale wciąż jedyna, jaka nam pozostała z dawnych lat - wiedziałem, że duma nie pozwoli jej teraz zrezygnować. Skoro przetrwała ten cholernie długi spacer w upale, logiczne i pragmatyczne wycofanie się w tym momencie uznałaby za osobistą porażkę, zwłaszcza po moich słowach o jej przesadnym kalkulowaniu. Fakt, że byliśmy poza murami Hogwartu, na tym rzekomo neutralnym gruncie, wyraźnie dodawał jej odwagi, rozluźniał gorset, który tak starannie sznurowała każdego ranka w swoim dormitorium lub w pokoju w domu rodziców. Nagle wszystkie filozoficzne rozważania okazały się mniej istotne od faktu, że Prudence Bletchley stała nad wodą i próbowała przekonać samą siebie, że naprawdę zamierza do niej wejść. Zaczęła jednak od zamoczenia tylko kawałka ciała, testowo, a jakże… Zrobiła to tak ostrożnie, jakby z głębin miał wyskoczyć co najmniej utopiec, druzgotek albo pławidło. Aż mnie świerzbiło, żeby wytknąć jej to bezczelne kłamstwo z „przyjemną wodą”, ale postanowiłem milczeć, delektując się spektaklem.
A potem zaczęła zdejmować sukienkę i… Nagle okazało się, że jezioro nie jest już najciekawszym elementem krajobrazu. To miejsce miało w sobie coś niepokojącego, jasne, ale w tej chwili mało mnie to obchodziło, nie miałem też zamiaru wciskać komukolwiek, że nagle zainteresowały mnie korony drzew czy chmury na niebie, gdy moje własne ciało natychmiast zareagowało na ten widok dostrzegalnym napięciem, które nie miało nic wspólnego z chłodem lasu i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Oparłem dłonie na biodrach i obserwowałem ją bez najmniejszych wyrzutów sumienia, bo niby dlaczego miałbym udawać, że tego nie robię? Byliśmy sami, mile od kogokolwiek, słońce odbijało się od tafli wody, a Prudence Bletchley właśnie próbowała udowodnić całemu - aktualnie bardzo wąskiemu - światu, że nie potrafi się wycofać, to był dzień stworzony specjalnie dla naszej dwójki.
- Uparta kobieta. - Mruknąłem pod nosem, nie zdążywszy dodać nic głośniej, zanim wbiegła do jeziora… Pierwszy pisk wyrwał się z jej ust niemal natychmiast, a ja? Wybuchnąłem śmiechem, nie krótkim parsknięciem, prawdziwym śmiechem. Głośnym. Szczerym.
-„Całkiem przyjemna”?! Tak to teraz nazywamy?! - Nie mogłem tego tak zostawić. - Nie martw się - dodałem donośniej - jeśli zamarzniesz, postaram się wspominać cię ciepło. - Zrobiłem trzy szybkie kroki naprzód, czując mokry piasek uciekający mi spod stóp, a potem bez żadnego ostrzeżenia, bez tego całego ostrożnego badania gruntu, rzuciłem się szczupakiem w ślad za nią, rozbijając gładką, ciemną taflę jeziora na tysiące lodowatych kropel. Woda faktycznie była cholernie zimna, aż na moment zaparło mi dech w piersiach, ale gdy tylko wynurzyłem się na powierzchnię, odgarniając mokre włosy z twarzy, mój wzrok natychmiast odnalazł ją w tej chłodnej toni.
- Och, zdecydowanie wygląda na „całkiem przyjemną”! - Rzuciłem jeszcze głośniej w jej stronę, otarłem wodę z oczu i uśmiechnąłem się do niej, szeroko i zupełnie szczerze, po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu. - Właśnie dlatego brzmisz, jakby ktoś próbował cię zamordować! - Przez tę jedną, ulotną sekundę, pośród wzburzonych fal na powierzchni lodowatej wody i palącego słońca, poczułem się tak, jakby ten cały mur między nami runął, jakbyśmy znowu byli tylko dwójką dzieciaków, które uciekły przed całym światem, by robić głupie rzeczy w ładnych miejscach.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#26
30.05.2026, 21:05  ✶  
1972
Las nadal był chłodny, nienaturalnie cichy, gdzieś między drzewami wciąż czaiło się to nienazwane jeszcze coś wywołujące wrażenie obserwacji, a mimo to cała moja uwaga na kilka sekund skupiła się wyłącznie na niej, na Prudence Madison Bletchley, zabawne, jak szybko moja dziewczyna potrafiła zmieniać atmosferę wokół siebie, nawet teraz, w tym absurdalnym miejscu, pośród chłodu i niepokojącego odczucia, że coś czaiło się między drzewami, obserwując nas z gęstniejącego cienia. Może to był sposób, w jaki na mnie spojrzała - mniej ostrożny niż ten, do którego mogłem się odnieść w pamięci jeszcze zaledwie kilka dni temu - może to, że kolejny raz nie wyglądała, jakby szykowała się do kontrataku jeszcze zanim skończyłem mówić, co kiedyś było przecież naszą nieoficjalną stałością, a może chodziło o coś znacznie prostszego i przez to bardziej intrygującego - o tę znajomą lekkość, która przedtem pojawiała się nagle, niespodziewanie, dokładnie tam, gdzie nie powinna, natomiast teraz wydawała się nadzwyczaj naturalnie ulokowana. Coś siedziało między liśćmi albo w naszych głowach, mimo to miałem wrażenie, że powietrze wokół nas zrobiło się ciutkę lżejsze, bo byliśmy w tym razem. Skoro dotychczas byliśmy sobie w stanie poradzić z dużo bardziej intensywnymi okolicznościami, teraz tym bardziej mieliśmy znaleźć rozwiązanie.
- Tszymam cię za słowo s tą chęcią. Choś wolałbym, szebyśmy pielwsze lekcje bitewnej zoologii magicznej odbywali w nieco balsiej kontlolowanych walunkach nisz te pszypadkowe kszaki. - Dorzuciłem zaraz potem, lżej, zaczepnie, po czym szturchnąłem ją lekko ramieniem, odruchowo, niemal chłopięco, dokładnie tak, jak robiłem to kiedyś, zanim wszystko między nami zdążyło się skomplikować, również ten gest przyszedł mi naturalniej, niż powinien - nie było w nim napięcia, raczej coś dziwnie prostego, znajomego.
Znałem jej sposób myślenia i zalążki toku rozumowania, nawet jeśli sam zwracałem uwagę na zupełnie inne detale - może nie doskonale, lecz wystarczająco - znałem je jeszcze sprzed tych wszystkich lat, zanim zaczęliśmy komplikować wszystko, co dało się skomplikować. Przez lata wmówiłem sobie, że wszystko, co było między nami wcześniej, rozpadło się definitywnie, że zostały po tym co najwyżej odruchy, przyzwyczajenia, może trochę uporu i zbyt wiele wspólnych wspomnień, których żadne z nas nie potrafiło wyrzucić całkowicie z głowy. Tyle powinno wystarczyć, tyle byłoby rozsądne, ale… Właśnie to było najgorsze, a może najlepsze, zależnie od perspektywy, że nadal potrafiłem to zauważyć - po tylu latach, po całym tym absurdzie, po wszystkich rzeczach, które między nami zgniły, rozpadły się albo zostały celowo zepchnięte pod powierzchnię, wciąż wychwytywałem te małe zmiany bez większego wysiłku. Nadal próbowała rozłożyć to wszystko logicznie, znaleźć sens, motyw, konkretny powód, podczas gdy ja coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że samo nasze istnienie obok siebie mogło być wystarczająco zauważalne, żeby ktoś zwrócił na to uwagę. Oparłem język o wewnętrzną stronę policzka, odsuwając od siebie tę myśl niemal odruchowo, bo znałem ten mechanizm aż za dobrze i wiedziałem, czym kończy się pozwalanie mu na zbyt wiele.
- Tlochę? - Powtórzyłem, wymownie, z ledwo skrywanym rozbawieniem. - Bletchley, naplawdę masz o sobie wyjątkowo sklomne mniemanie. - Odparłem, zerkając na nią kątem oka, z cieniem uśmiechu. Pozwoliłem, żeby wybrzmiało to dokładnie tak, jak chciałem - pół żartem, pół serio, bez potrzeby rozdzielania jednego od drugiego - chociaż w rzeczywistości wydawało mi się, że to, jakie tak naprawdę mieliśmy podejście do siebie wzajemnie było już całkiem jasne, nie ukrywaliśmy tego w ostatnich dniach, zdążyliśmy sobie wiele wyjaśnić, a nasz aktualny status był… Nie do zaprzeczenia. Lubiłem ją, lubiłem ją naprawdę, lubiłem ją od zawsze, nawet w naszych najbardziej zawziętych latach, to było jasne.
- Masz lasję. Ktoś, kto bawi się w podglądanie s uklysia, na ogół nie zaczyna nagle lobiś labanu jak wycieczka szkolna. - Odparłem szeptem, dostosowując krok do tempa, które narzuciła, dzięki czemu stosunkowo sprawnie znowu znaleźliśmy się na skraju lasu, kiedy Prue przystanęła i zmrużyła oczy, sam również zmrużyłem oczy, taksując wzrokiem sylwetki majaczące nad wodą - ich zachowanie kompletnie nie pasowało do drapieżnika, którego obecność jeszcze przed momentem czułem na karku. - Szczesze? Wyglądają zbyt mało plofesjonalnie jak na kogoś, kto potlafiłby nas tak bezbłędnie osaczyś w ciszy. - Odpowiedziałem, nie puszczając jej dłoni i powoli analizując układ ich ciał oraz totalny brak zainteresowania naszą linią drzew.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#27
02.06.2026, 20:51  ✶  
1957

Prudence naprawdę liczyła na to, że ich drogi się rozejdą, że wraz z końcem nauki w Hogwarcie zakończy się ich bujna historia. Liczyła na to, że w końcu zazna spokoju. Nie będzie już szukała go na szkolnych korytarzach, serce nie będzie drgało za każdym razem kiedy go zobaczy, nie będzie więcej wchodziła mu w drogę, aby tylko na nią spojrzał. Naprawdę miała nadzieję, że to się skończy. Wiedziała, że wzbudzał w niej zbyt wiele emocji, niekoniecznie jej się to podobało, nie powinno się tak dziać, nie kiedy traktowali się w ten sposób, ale jednak nie była w stanie być odporna na to, jakie emocje w niej wzbudzał. Nie radziła sobie z tym. Irytowało ją to, że zupełnie się przy nim nie kontrolowała. To musiało się wreszcie skończyć, a on jej teraz mówił, że była naiwna.

- Nie wiem, co miało Ci przyjść do głowy, jak widać jesteś okropnie przewidywalny. - Zdecydowanie wolała nie ciągnąć tego tematu, nie czuła się komfortowo, miała wrażenie, że palą ją policzki. Nie była w stanie więc ukryć zmiany koloru jej twarzy. - Nie robię głupich rzeczy w ładnych miejscach. - Dodała jeszcze, chociaż przecież znalazła się tutaj z nim zupełnie przypadkiem, czy to nie było poniekąd głupie? Zrobiła to tylko dlatego, żeby udowodnić mu, że nie ma kija w dupie, chociaż przecież wcale nie zależało jej na jego opinii. Ta, jasne, to wszystko było takie proste… że sama zaczęła się w tym gubić, zresztą jak zawsze w jego obecności.

Kiedy nazwał ją Panią Biolog spiorunowała go spojrzeniem, jednak tego nie skomentowała, zresztą nie było takiej potrzeby jej wzrok wyrażał wszystko, co mogła mieć mu do powiedzenia, a później po prostu odwróciła się na pięcie i poszła sprawdzić, czy woda była faktycznie tak zimna, na jaką wyglądała. Nie miała złudzeń, zresztą nigdy nie zdarzało jej się podchodzić do czegokolwiek zbytnio optymistycznie, gdyż to wiązało się z rozczarowaniem, łatwiej było zakładać najgorsze. No i oczywiście się nie pomyliła, gdy dotknęła stopami wody jej ciało poczuło lodowaty chłód, nie miało jej to jednak odstraszyć. Nie tym razem, nie kiedy obserwował ją z brzegu jeziora.

Nie było już odwrotu, właśnie dlatego postanowiła pozbyć się sukienki i jego kapelusza, a później po prostu wbiec do wody. Drastyczne rozwiązania czasem były najlepsze, w ten sposób powinna dość szybko przystosować się do temperatury, o ile w ogóle dało się przyzwyczaić do czegoś takiego. Czuła na sobie jego spojrzenie, być może powinna to nieco bardziej przemyśleć, ale tego nie zrobiła - chciała utrzeć mu nosa, tylko to się dla niej w tej chwili liczyło.

Usłyszała jego śmiech, kiedy znalazła się w wodzie, a z jej gardła rozdarło się głośne piśnięcie. Miała wrażenie, że jest to ten śmiech, który znała z przeszłości, spowodowało to, że uśmiechnęła się sama do siebie. Nad taflą wody wystawała tylko i wyłącznie jej głowa, wolała nie dopuszczać do sytuacji, w której chociażby ramiona znalazłyby się nad nią, bo to skończyłoby się ponownym szokiem związanym z temperaturą, a do tej powoli zaczęła się już przyzwyczajać.

- Jak zawsze jesteś okropnie wspaniałomyślny. - Rzuciła jeszcze głośno, może zbyt głośno, by mieć pewność, że na pewno ją usłyszy.

Później tak po prostu wbiegł do jeziora. Oczywiście, że zrobił to bez wcześniejszego sprawdzenia temperatury wody, tak po prostu do niej wskoczył, zanurzył się i już znajdował się w środku jeziora. - Nie wiem, czy ktokolwiek byłby w stanie mnie zamordować w tej lodowatej wodzie, podejrzewam, że żadna istota nie jest w stanie w niej wytrzymać więcej niż kilka minut. - Podpłynęła w jego kierunku, sama nie wiedziała dlaczego, ale chciała znaleźć się bliżej, całkiem dobrze się z nim dzisiaj bawiła, mimo tej całej wcześniejszego otoczki, dawno nie czuła się tak beztrosko.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#28
02.06.2026, 20:51  ✶  
1972

- Czasem sytuacja wymaga szybkiego treningu, a nawet po prostu rzuca Cię w paszcze lwa i możesz albo przeżyć, albo nie nie mamy więc wcale tak najgorzej. - Jasne, nie do końca kontrolowali otoczenie, ale jednak póki co nic nie wybiegło z lasu i nie próbowało ich pożreć.

Zaśmiała się cicho, kiedy ją szturchnął, nie był to pierwszy raz. Nie sądziła, że tak bardzo jej tego brakowało. Naprawdę cieszyło ją to, że jakoś, po latach udało im się dojść do porozumienia, czuła, że w końcu to, co robią jest właściwe, nawet jeśli miało się już niedługo skończyć. Wiedziała, że kiedy odejdzie, znowu wyruszy w drogę będzie jej trudno, jednak te chwile, które razem spędzali były tego warte, w końcu czuła, że żyje, a przecież od lat była chodzącym trupem.

- Ktoś w tym duecie musi mieć o sobie skromne mniemanie, gdybym miała ego podobnej wielkości do twojego to mogłyby się tutaj nie zmieścić. - Rzuciła jeszcze lekko. Oczywiście, że się z nim droczyła. Zrobiło jej się jednak ciepło na sercu, kiedy się odezwał, niby wyczuwała w jego tonie głosu żart, ale wiedziała, że była w tym prawda.

Udało im się przecież wyjaśnić wszystkie niesnaski z przeszłości. Wydawać by się mogło, że to nie będzie proste, ale szczerość wystarczyła, być może późno po nią sięgnęli, jednak lepiej późno niż wcale. Dzięki temu teraz mogli chociaż przez moment nacieszyć się swoim towarzystwem.

- Nom, to się nie klei. Nie trzymałby się w ukryciu cały dzień tylko po to, żeby nagle drzeć się na pół lasu i informować o swojej obecności. - Zgadzali się co do tego, to było dziwne. Być może ktoś inny po prostu postanowił skorzystać z tego malowniczego miejsca. Musiało się to zbiec z ich wizytą. Dziwny zbieg okoliczności, ale i takie bywały. Ostatnio często jej się to przytrafiało, więc nawet nie zamierzała negować takiej opcji.

Zatrzymali się na skraju lasu, skąd mogli obserwować dwie postaci, które właśnie znajdowały się w jeziorze. Nie wydawało jej się, aby przejmowali się tym, że ktoś może być świadkiem ich zabawy. Zdecydowanie nie wyglądali jak stalkerzy. Otaksowała wzrokiem okolicę - ich koc nadal leżał na plaży, czyli tamci musieli wiedzieć, że ktoś tutaj był przed nimi. Musieli to zignorować, zresztą, czy powinna się temu dziwić? Najwyraźniej oni również chcieli się ochłodzić, pogoda do tego zachęcała, chociaż ona sama raczej nie była skłonna wejść dzisiaj do jeziora, wyglądało na chłodne.

- Wyglądają jak dzieciaki, które chciały pożegnać lato, nie profilowałabym naszego obserwatora w ten sposób. - Nadal uważała, że on istniał. Czuła na sobie jego wzrok przez cały dzień, zresztą Benjy wspomniał o tym samym, tylko gdzie się teraz podziewał? Nie miała pojęcia.

- Idziemy na nasz koc? Wydaje mi się, że są tak zajęci sobą, że nas nie zauważą. - Zapytała jeszcze, nie czekając na odpowiedź zrobiła krok w przód. Teraz oni mogli pobawić się w obserwatorów i sprawdzić, czy tamci faktycznie nie zauważą ich obecności.



Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12838), Prudence Fenwick (9042)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa