- Wygodniej dla kogo? - Odbiłem od razu. - Bo jeśli dla nich - dodałem spokojnie - to gratuluję, świetnie się sprawdzasz. A jeśli dla ciebie… To brzmi raczej jak kiepska strategia. - Kontynuowałem z wyraźną nutą zaczepki, która nie potrzebowała rozwinięcia - nie było w tym współczucia, nie było też czystej kpiny, raczej coś pomiędzy, co nie dawało jej łatwej odpowiedzi ani wygodnego wyjścia. - Wygoda polega na tym, że nie musisz się wysilać. A ty… - Urwałem na moment, jakbym dobierał słowa, chociaż tak naprawdę wiedziałem dokładnie, co chciałem powiedzieć. - Wkładasz w to zdecydowanie zbyt wiele pracy, więc albo masz bardzo niekomfortową definicję „rozsądku” albo po prostu lubisz się chować za czymś, co brzmi rozsądnie, ale wcale takie nie jest. - Przekrzywiłem lekko głowę, oceniając coś więcej niż tylko jej słowa - coś, co siedziało głębiej, między tym, co mówiła, a tym, czego nie zamierzała powiedzieć - próbując dopasować to do tego, co widziałem, i zdecydowanie nie byłem szczególnie przekonany. Nawet nie próbowałem tego ukrywać, na pewno było to doskonałe dostrzegalne na mojej twarzy.
Stałem jeszcze przez moment dokładnie tam, gdzie niemal na mnie wpadła, nie cofając się ani o centymetr, jakbym chciał sprawdzić, czy to ona pierwsza uzna tę odległość za problem, czy zignoruje ją równie ostentacyjnie, jak próbowała ignorować wszystko inne między nami. Jej westchnienie nie umknęło mojej uwadze, tak samo jak ta irytacja, którą nosiła tuż pod powierzchnią, zawsze gotową, żeby wypłynąć przy najmniejszej prowokacji.
- „Przecież nie ja”... - Powtórzyłem po niej wolno, przeciągając słowa z wyraźnym niedowierzaniem, zanim pozwoliłem sobie na krótki, cichy śmiech, który nie miał w sobie nic szczególnie wesołego. - Oczywiście, że nie ty. - Stwierdziłem niemal beznamiętnie, z cieniem ironii, która nie znikała z mojego głosu i z tą lekką nutą kpiny, która pojawiała się u mnie odruchowo. - To zawsze ktoś inny. Okoliczności, ludzie, przypadek. Nigdy ty. - Trudno to było uznać za przyznanie jej racji, więc nie powinna była być zdziwiona na kolejne, odrobinę cichsze, lecz równie wymowne słowa. - To niesamowite, jak często wszystko „po prostu się dzieje” wokół ciebie. A ty niezamierzenie zawsze stoisz dokładnie w samym środku. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się na chwilę przy ustach, potem wracając do oczu, bez pośpiechu, bez skrępowania. - A robisz dokładnie to samo od lat. - Dodałem. - Pchasz się w coś, a potem udajesz, że wcale tego nie chcesz. - Wyprostowałem się powoli, nie odrywając od niej wzroku. - I wiesz co jest w tym najlepsze? - Uśmiechnąłem się lekko, niemal łagodniej, niż wcześniej. - Że za każdym razem liczysz na inny wynik, a nawet nie zmieniasz formuły. - Pozwoliłem, żeby cisza zawisła między nami na moment dłużej. Nie odwróciłem wzroku, nawet kiedy spróbowała odbić piłeczkę, zamiast tego pozwoliłem sobie na krótkie, ciche westchnięcie, które nie było ani znużeniem, ani rezygnacją, tylko czymś bardziej złożonym, jak zawsze między nami. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, dokładniej, niż było to konieczne, jakbym próbował znaleźć tam coś, co uzasadniałoby ten ton, tę pewność, z jaką mówiła o rzeczach, których nie mogła wiedzieć ze stuprocentową pewnością.
- Nie sądzę. - Odparłem krótko. - Wiem, że cię nie rozumiem, Pruey. - Zrobiłem pauzę, krótką, kontrolowaną, pozwalając, żeby to zdanie wybrzmiało dokładnie tak, jak powinno, zanim dodałem kolejne. - Ale to nie znaczy, że nie widzę, co robisz. - Przez moment stałem naprzeciwko niej bez żadnej osłony w postaci ironii, co zdarzało mi się rzadko i raczej niechętnie, ale w tym konkretnym przypadku miało swój sens…
- Chociaż przecież ty tylko stoisz w miejscu, a ja pojawiam się znikąd i komplikuję ci życie…
Cofnąłem się w końcu o pół kroku, tylko tyle, żeby rozluźnić tę napiętą przestrzeń między nami.
- I co, liczysz na to, że skończymy to wszystko i nagle przestaniemy na siebie wpadać? Tak po prostu? Serio w to wierzysz? - Potrząsnąłem lekko głową, jakbym właśnie usłyszał coś wyjątkowo mało przekonującego. Uniósłszy brew, tym razem bez wahania, pozwoliłem sobie na kolejne krótkie, ciche parsknięcie, bardziej nosem niż w głos, w którym było więcej rozbawienia niż kpiny, choć jedno i drugie mieszało się tam całkiem swobodnie… Po czym - wzruszywszy ramionami - ruszyłem dalej, jakby temat był już zamknięty, choć oczywiście nie był, ale dochodziliśmy już prawie na miejsce, więc należało ustalać priorytety. Nie przyspieszyłem, pozwoliłem jej iść pierwszej przez te kilka kroków, obserwując ją z tyłu, patrząc na ten upór wpisany w każdy ruch, w sposób, w jaki stawiała stopy, jakby każdy kolejny krok był wyzwaniem rzuconym światu - uśmiechnąłem się pod nosem, bo znałem to aż za dobrze. Chwilę później ponownie przystanęliśmy, tym razem na linii lasu, gdzie przechodził on w zupełnie nową, znacznie mniejszą polanę i poszukiwanym przez nas zbiornikiem wodnym. Nie pozostało nam nic, tylko się w nim zamoczyć - prawda?
Obserwowałem ją przez chwilę bez słowa, kiedy rzuciła to zdanie, z tą typową dla siebie upartością, która była jednocześnie przewidywalna i… Cholernie konsekwentna, przez moment miałem ochotę coś skomentować, podważyć to, podpuścić ją jeszcze odrobinę, ale zamiast tego tylko prychnąłem cicho pod nosem - bardziej z rozbawieniem niż krytycznie. Ruszyłem za nią bez pośpiechu, z rękami wsuniętymi niedbale w kieszenie, jakby to wszystko było dokładnie tym, czego się spodziewałem, a nie kolejną dziwną sytuacją, która powinna zapalić w głowie lampkę ostrzegawczą.
- Oczywiście, że zamierzasz. - Rzuciłem lekko, jeszcze zanim zrobiłem pierwszy krok. - Byłoby szkoda, tyle wysiłku włożonego w dotarcie tutaj. Przecież nie przeszłaś przez pół tego cholernego lasu, żeby teraz się rozmyślić. - Sama musiała stwierdzić, czy ją tym prowokowałem, czy po prostu stwierdzałem fakty.
Nie zatrzymywałem jej, kiedy ruszyła w stronę tej wąskiej linii piasku, sam szedłem zaraz za nią, wolniej, bez pośpiechu, rozglądając się przy okazji po okolicy, choć robiłem to bardziej z przyzwyczajenia niż faktycznej ostrożności. To miejsce było dziwne, za ciche, za chłodne, za… Uporządkowane w swojej nienaturalności, ale zamiast się na tym skupiać, pozwoliłem sobie na coś znacznie prostszego - całkowite zignorowanie wszystkiego, co nie pasowało do przyjętej narracji, przynajmniej dopóki nie postanawiało nam w niej przeszkadzać.
- No, proszę… - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, zauważywszy ślady czyjejś obecności. - Wygląda na to, że nie jesteśmy aż tak oryginalni, jak myśleliśmy. - Powiedziawszy to, przeniosłem spojrzenie z koca na Prue i z Prue na koc, a potem znowu na moją towarzyszkę. - Ktoś był. - Stwierdziłem beztrosko, rozglądając się pobieżnie, bardziej dla zasady niż z realnej potrzeby. - Ktoś poszedł. - Zerknąłem jeszcze raz w okolice, spokojnie, bez napięcia, jakby to wszystko było tylko ciekawostką, a nie czymś, co powinno zapalić jakąś lampkę ostrzegawczą. - Może poszli się ruchać. - Dodałem bez żadnego zawahania, tonem tak swobodnym, jakby mówił o pogodzie. - Albo ktoś nie wytrzymał i poleciał srać w krzaki. - Dorzuciłem już całkiem wprost, bez cienia skrępowania. - Też się zdarza. - I na tym w zasadzie zakończyłem analizę, bo… Szczerze? Nie miałem zamiaru robić z tego większej sprawy, przynajmniej na zewnątrz, zamiast tego wzruszyłem lekko ramionami i bez większego zastanowienia złapałem za koszulę, ściągając ją przez głowę jednym płynnym ruchem, jakby to był najbardziej naturalny ciąg dalszy tej sytuacji. Materiał wylądował gdzieś obok, niedbale rzucony na piasek, zaraz za nim poszły kolejne elementy, bez pośpiechu, bez zawahania, bez potrzeby komentowania czegokolwiek.
- Jeśli liczysz na to, że będę stał i analizował czyjś koc - ciągnąłem, rozpinając pasek z tym samym spokojem - to się przeliczysz. No, dalej. - Rzuciłem przez ramię, już z wyraźnie lżejszym tonem, niemal zaczepnym. - Śmiało. - Kiwnąłem głową lekko, wskazując kierunek przed nami, bez cienia powagi, jakby chodziło o coś zupełnie banalnego, a nie o wejście do jeziora ukrytego w środku podejrzanie milczącego lasu. - Przecież nie przyszliśmy tu tylko popatrzeć. - Zwłaszcza, że nie było, na co - nie rozwodziłem się nad tym, nie analizowałem, bo zwyczajnie nie widziałem powodu, żeby robić z tego większą sprawę, niż była. Koc leżał, ktoś go zostawił, koniec historii. Zrobiłem kilka kroków bliżej brzegu, zatrzymując się na skraju piasku, i spojrzałem na wodę, spokojną, chłodną w odbiciu światła, która aż prosiła się o to, żeby ją sprawdzić, kompletnie ignorując wszystko, co nie dotyczyło tej chwili. Spojrzałem na nią krótko przez ramię, z tym bezczelnym błyskiem w oczach, który mówił więcej niż słowa, i ponownie skinąłem głową w stronę wody.
- Chciałaś sprawdzić, czy da się wejść. - Dodałem. - No to sprawdzaj. - Nie czekałem na jej reakcję, bo niespecjalnie mnie interesowała w tym momencie, bardziej byłem skupiony na własnym impulsie, który pojawił się równie naturalnie, co nagle.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)