Nie obrażał nikogo. Nie miał pretensji do tego, co było kiedyś. Chyba to za sobą zostawili daleko w przeszłości. Teraz było inaczej i prawdopodobnie powinien nie nawiązywać do dawnych dziejów, ale taki już był. Wyciągał rzeczy z przeszłości. W tym wypadku, żeby je obśmiać. Wyśmiane nie miały takiej siły.
- Cieszy mnie to - odparł gładko, bo i tak upierałby się przy swoim.
Ona to wiedziała. On to wiedział. Mogli spożytkować ten czas na działanie a nie dalsze wypominki i zapewnienia, że nikt tu nie był ani trochę głodny. Nawet jeśli mieli ruszyć niewiele, śniadanie zawsze było dobrym pomysłem, żeby zająć nim myśli, ręce i usta. Szczególnie tak niewyparzone.
- Bekon, bekon i kiełbaski? - Zaoferował, bo skoro zgodziła się z nim zjeść wspólny posiłek to nie zamierzał się dalej sprzeczać.
Mięsny talerz nie brzmiał źle. Mógł być przyzwoitym tłustym wyborem na kolejny szalony dzień pełen główkowania (przynajmniej z jego strony, on tu zostawał, bo nie miał dyżuru) albo innych czynności. Celowo nie pytał Geraldine o plany. Nie chciał później upewniać się, że mają jeszcze chwilę czasu na to, żeby podusić się razem w niedopowiedzeniach.
- Ależ oczywiście. To była nierówna walka z transylwańskimi siłami ciemności, ale się starałaś. Dostaniesz swoją kawę. Natomiast obawiam się, że może być w najlepszym razie brązowa - posłał jej nieznaczny uśmiech. - Tak czarna kawa prawdopodobnie nie istnieje. Poza tym nie sądzę - uciął nie dodając już, czego nie sądził.
Nie miała czarno-czarnej duszy. Może to też był brąz, ale nie tak ciemny jak się przy tym upierała. Łagodniejszy, bardziej rozwodniony. Mogła mówić, co chciała. Wystarczyło spędzić wspólnie trochę czasu, żeby to dostrzec. Była dobrym człowiekiem. Ambroise zakładał, że nawet lepszym od niego. Zabijała magiczne bestie. Miała krew na rękach. Ale była dobrą osobą. Pod tą szorstkością kryło się coś łagodniejszego. Miękkie i puszyste jak jej nowe kapcie.
Tym razem nie powstrzymał łagodniejszego spojrzenia. Obdarzył ją nim, bez słowa przesuwając do niej tackę z bekonem, która wymagała otwarcia. On sam zajął się nakrawaniem kiełbasek i rozgrzewaniem żeliwnej patelni. Zgodnie z życzeniem nie dokładał im tam nic poza mięsem. Mięso było okay.
- Cieszę się, że ci się podobają - odpowiedział pozornie bez wzruszenia, nie dodając, że pomyślał o niej podczas dokonywania zakupu w sklepie ani że ciekawiło go czy spodoba jej się ten wybór.
Nie mógł być przecież podekscytowanym szczeniakiem. To wydawało mu się bardziej niż nierozsądne. Nie był mistrzem postępowania w przemyślany sposób. Nawet ten zakup o tym świadczył. Choć był miły i wyrażał troskę wobec kobiety to jednocześnie utwierdzał ich oboje w przekonaniu, że kapcie będą potrzebne.
Spędzali ze sobą dużo czasu, ale żelazna logika nakazywałaby nie robić sobie wygodnego leża we wspólnym bagnie. Tymczasem coś w Greengrassie nie było pewne czy nie zaczynało się od bamboszków a nie kończyło na firankach i adopcji słodkiego ogara piekieł. Jeszcze nazwaliby go Cudak czy jakoś podobnie i mogliby podpisać zgodę na odpuszczenie dalszych prób rozgryzienia problemów. Zaprzyjaźniliby się z nimi.
Co gorsza nie brzmiało to tak źle jak powinno. Czuł obrzydzenie i pogardę na myśl, że to coś działającego mu na rozsądek prawdopodobnie było rozsądniejsze niż on. Już na to wpadł. Jego demony układały mu przytulne, milutkie życie. Wystarczyło, żeby im nie przeszkadzał.
Słysząc śmiałe, zdecydowane słowa z ust Geraldine sarknął głośno. Zaciągnął się powietrzem, parsknął, może coś na kształt szyderczego tonu także się w tym skryło.
- Zapomnij. To ulubiony motyw literacki Evelyn - skwitował bez pardonu.
Nie sądził, żeby istniała konieczność dalszego wyjaśniania co ma przez to na myśli. Wydawało mu się, że to było bardzo jasne. Żeby nie powiedzieć stosunkowo jasne, bo przecież czarownice w każdym wieku uwielbiały takie wypociny. Co prawda ta Geraldine, którą znał nie wyglądała mu na trzpiotkę zaczytującą się z rumieńcami w płomiennych romansach, ale kto tam wiedział. Równie dobrze mogła to robić kiedyś w młodości jak i teraz. Na własne oczy widział jak pozornie dojrzała matrona oblewała się pąsem i wierciła się na fotelu przed kominkiem, bo czytała te swoje babskie czytadła (w jego ograniczonym słowniku nie umieścił adekwatnego określenia gatunku - magiczne harlequiny). Po pewnym czasie przestał to komentować i siadał sobie w swojej części salonu z okazjonalnie uniesionymi brwiami. Od czasu do czasu musiał znieść podekscytowane streszczenie czegoś, co akurat przeczytała, bo po prostu musiała się komuś wygadać. Przynajmniej później znalazła kółko książkowe i ten problem zniknął.
Tak czy siak nie miał problemu, żeby jawnie zasugerować, że był świadomy tego co takie możliwości robiły z większością damskich mózgów. Nawet jeśli nie podejrzewał, że Geraldine chciała to teraz zasugerować to atmosfera między nimi była tak niejawnie dziwna i pełna podtekstów, że jeden więcej bądź mniej nie robił różnicy. Przynajmniej dopóki oboje upierali się przy milczeniu na temat różnych kwestii. Zazwyczaj starał się to ignorować, teraz w drodze wyjątku nie wiedzieć czemu zaszydził z niedopowiedzeń.
- Kupię rozkładaną leżankę, okay? - Zwrócił się do niej z półuśmieszkiem.
Niby to było jego wynajęte mieszkanie. Nie musiał pytać o to, co chce zrobić. Tak właściwie to wręcz nie powinien i taka możliwość powinna być dla niego niedopuszczalna. Ustalili, że nic nie musiał. Nieprawdaż? Mimo to czuł się zobowiązany uspokoić Geraldine, że następnym razem miał się przespać na czymś wygodniejszym od podłogi. Nawet nie zauważył, że podświadomie zakładał jakiś następny raz. Ba! Widocznie tyle kolejnych okazji, że leżanka była zakupem, który rozważał. A zaczęło się od bamboszy.