Philip miał ważne spotkanie. W kategorii ważnych spraw mieściły się te spotkania, którymi musiał się zająć i te, którymi chciał się zająć. W tej ostatniej grupie dzisiaj miała znaleźć się randka, na którą właśnie się wybrał. Podczas trwania drugiego tygodnia kwietnia pogoda może nie powstrzymała go przed opuszczeniem domu, jednak skłoniła go do wyciągnięcia cieplejszego płaszcza celem nałożenia go na czarną flanelową marynarkę, narzuconą na białą koszulę, wsuniętą za pas spodni uszytych i białą koszulę wsuniętą za pas szarych spodni z tego samego materiału co marynarka. Przed wyjściem założył czarne oksfordy. Starym zwyczajem upewnił się, czy ma sakiewkę. Była na swoim miejscu i mógł już wychodzić. Teleportował się ze swojego domu w Londynie z zamiarem aportacji na Alei Horyzontalnej. Ku swojemu zaskoczeniu znalazł się w zupełnie innym miejscu, które za bardzo swoim wszystkim odbiegało od wybranej przez niego destynacji.
Znalazł się na łonie natury, na jakiś mokradłach. Panował tu tak gęsty mrok, że oko wykol. W pierwszej kolejności sięgnął po magię i chciał rozświetlić te egipskie ciemności. W dalszym ciągu nie wiedział dlaczego tak określano panujące w danym miejscu ciemności i chyba będzie musiał zapytać o znaczenie tego zwrotu jakiegoś Shafiqa. Wracając jednak do meritum, szybko przekonał się się o tym, że z jakiegoś powodu trzymana w dłoni różdżka odmówiła mu posłuszeństwa i po kilku próbach sytuacja nie uległa zmianie. Jego znakomita orientacja w terenie z powodu panującej tutaj ciemności zwyczajnie zawodziła. Każdy, nawet najcichszy i najdziwniejszy dźwięk, spowodował że jego kark zrosił zimny pot. Zapachy wyraźnie mu nie odpowiadały i z każdą chwilą coraz bardziej przyprawiało go o mdłości. Nie lubił brzydkich zapachów.
Zdecydował się poczynić starania mające na celu wydostanie się stąd i po przejściu kilku kroków zdążył jedynie wdepnąć kałużę paskudnej mazi, brudząc swoje buty i spodnie. Apogeum nadeszło, gdy krocząc w tym nieprzeniknionym mroku zahaczył czubkiem buta o wystający z ziemi korzeń i upadł na kolana oraz dłonie wykorzystane do zamortyzowania swojego upadku, plamiąc jeszcze bardziej materiał spodni i ręce. Po podniesieniu się w pierwszej kolejności chciał wyrzucić swoją różdżkę, będącą teraz jedynie bezużytecznym kawałkiem drewna. Powstrzymał się przed tym tylko dlatego, że pewnie wpadłaby prosto w kipiel i przepadłaby na zawsze, stawiając go w konieczności zakupienia nowej u Ollivandera.
— To jedna wielka kupa smoczego łajna! — Krzyknął na cały głos, dając w ten sposób upust swojej narastającej frustracji. Jako celebryta powinien zawsze powściągnąć swój język i dbać o swoją reputację, ale tutaj nie było żywego ducha. Spłoszone tym krzykiem ptaki, które poderwały się z piskiem i łopotem skrzydeł, nie przekażą szczegółów tego zdarzenia mediom. Dlatego mógł pozwolić sobie na przekleństwa i typowe dla ludzi okazywanie negatywnych emocji w miejscu publicznym, a konkretnie na tych bagnach.