10.04.2023, 22:24 ✶
Ach, słowa, odwieczny problem – stworzone do komunikacji, a jednocześnie nierzadko tę komunikację utrudniały. Zwłaszcza jeśli nie zostały starannie dobrane, rozmówcy nie znali się na tyle dobrze, by pojąć przekazywaną myśl lub też… byli naćpani i nie łączyli kropek w odpowiedni sposób, tylko w zgoła inny, przez co wychodził nie ten wzór, co trzeba.
- A… że w tym sensie – mruknęła, odkrywając połączenie, które wcześniej zdecydowanie bardzo nie chciało się nasunąć i zapewne mogłaby nad tym myśleć jeszcze długo, a i tak nie dojść do odpowiednich wniosków. Przynajmniej w obecnym stanie. Choć tak po prawdzie, jeszcze się cisnęło na usta zgryźliwe „nie są, kurwa, milszą opcją, tylko dającą większe szanse na przetrwanie” – bo po zionięciu smoka czy pocałunku dementora to raczej nie było co mówić o dalszej egzystencji.
Po napadzie… cóż, w dużej mierze kwestia wylizania ran, nie tylko tych na ciele, ale przynajmniej nadal można było funkcjonować, żyć, marzyć. Nie być jedynie skorupą bez emocji czy kupką popiołu.
Racjonalne myślenie w tej sytuacji schodziło raczej na dalszy plan; uaktywniał się instynkt przetrwania. I chyba dlatego ostatecznie nie wyszarpnęła dłoni, choć drgnęła, zaskoczona tym gestem. Szarpnięcie wskutek pociągnięcia też nie było znowu takie przyjemne, ale przynajmniej faktycznie zmusiło ją do biegu.
Byle dalej stąd.
Nie była pewna, jak długo biegli. Wiedziała tylko, że to ciało ma naprawdę fatalną kondycję i z każdym krokiem oddychało jej się coraz ciężej, gorzej – jeszcze chwila, a padnie jak długa i koniec, nie ruszy się dalej.
- Stop – wychrypiała w końcu, stawiając opór. Nie, naprawdę nie była w stanie pobiec już dalej, ale to chyba nie miało znaczenia – jeśli by się rozejrzeli, to doszliby do wniosku, że opuścili ten przedziwny labirynt, bo okolica wyglądała bardziej znajomo. Sama Carrow zaś, oczywiście, o rozglądaniu się teraz nie myślała – prędzej o tym, że zaraz pękną jej płuca i koniecznie musi złapać oddech.
Dopiero po długiej chwili, przy założeniu, że Wilhelm również się zatrzymał i jej nie zostawił, wskazała, że chyba wie, gdzie są. I że całkiem blisko powinien być punkt Fiuu, który powinien był rozwiązać problem dotarcia do domu, bez ryzyka, że znowu się wyląduje w jakichś szemranych alejkach...
- A… że w tym sensie – mruknęła, odkrywając połączenie, które wcześniej zdecydowanie bardzo nie chciało się nasunąć i zapewne mogłaby nad tym myśleć jeszcze długo, a i tak nie dojść do odpowiednich wniosków. Przynajmniej w obecnym stanie. Choć tak po prawdzie, jeszcze się cisnęło na usta zgryźliwe „nie są, kurwa, milszą opcją, tylko dającą większe szanse na przetrwanie” – bo po zionięciu smoka czy pocałunku dementora to raczej nie było co mówić o dalszej egzystencji.
Po napadzie… cóż, w dużej mierze kwestia wylizania ran, nie tylko tych na ciele, ale przynajmniej nadal można było funkcjonować, żyć, marzyć. Nie być jedynie skorupą bez emocji czy kupką popiołu.
Racjonalne myślenie w tej sytuacji schodziło raczej na dalszy plan; uaktywniał się instynkt przetrwania. I chyba dlatego ostatecznie nie wyszarpnęła dłoni, choć drgnęła, zaskoczona tym gestem. Szarpnięcie wskutek pociągnięcia też nie było znowu takie przyjemne, ale przynajmniej faktycznie zmusiło ją do biegu.
Byle dalej stąd.
Nie była pewna, jak długo biegli. Wiedziała tylko, że to ciało ma naprawdę fatalną kondycję i z każdym krokiem oddychało jej się coraz ciężej, gorzej – jeszcze chwila, a padnie jak długa i koniec, nie ruszy się dalej.
- Stop – wychrypiała w końcu, stawiając opór. Nie, naprawdę nie była w stanie pobiec już dalej, ale to chyba nie miało znaczenia – jeśli by się rozejrzeli, to doszliby do wniosku, że opuścili ten przedziwny labirynt, bo okolica wyglądała bardziej znajomo. Sama Carrow zaś, oczywiście, o rozglądaniu się teraz nie myślała – prędzej o tym, że zaraz pękną jej płuca i koniecznie musi złapać oddech.
Dopiero po długiej chwili, przy założeniu, że Wilhelm również się zatrzymał i jej nie zostawił, wskazała, że chyba wie, gdzie są. I że całkiem blisko powinien być punkt Fiuu, który powinien był rozwiązać problem dotarcia do domu, bez ryzyka, że znowu się wyląduje w jakichś szemranych alejkach...