Czy nie o to właśnie chodziło w ukrywaniu się? Aby przypadkiem ktoś się nie dowiedział o dziwnym hobby, szalonej rodzinie czy po prostu uprawianiu czarnej magii? Na pierwszy rzut oka mógł się wydawać nie groźnym, całkiem przyjemnym gościem, który trochę zasiedział się w BUMie i od kilku lat nie może skończyć swoich patentów Aurorskich - prawda była jednak dużo gorsza. Stanley był przesiąknięty złem do samego cna i gdyby spotkał samego siebie z chociażby 1970 roku, to splunąłby swojej kopii w twarz.
Działanie dla dobra ludzkości, pomaganie słabszym i chorym, ochrona kobiet i dzieci - to były piękne idee, które jednak przeminęły z wiatrem i nic nie zapowiadało się, że miałyby powrócić. A już na pewno nie w świadomości Borgina, która aktualnie kręciła się tylko wokół jednej rzeczy - grzybobraniu i wszelkimi kwestiami z nim związanymi.
Port? Uniósł brwi z ciekawością, nie komentując tej propozycji. To nie była aż taka głupia myśl kiedy się nad tym zastanowił. Większość magazynów stała gdzieś na uboczu i nikt do nie zaglądał przez większość czasu, a to było tym czego właśnie poszukiwał. Wszak czy to nie okazja czyni grzybiarza?
Uśmiechnął się lekko na opinię Cynthii dotyczącej własnej osoby. Intrygujący? Nikt go chyba w ten sposób nie określił aż do dzisiaj. Przeważne padały argumenty o szaleństwie, jak chociażby słowa Lycoris czy opinii o jego nazwisku jako tych złych - uprzedzonych do wszystkich i wszystkiego, nienawidzących Crawleyów. W zgodzie z własnym sercem mógłby się zgodzić z drugim argumentem jako, że Borginowie nienawidzili tej rodziny, ponieważ dokonali zdrady krwi... Tak ten pierwszy był lekko krzywdzący, szufladkujący go w społeczeństwie.
- Gdzieś bym śmiał - odparł, starając się wybronić z tego oskarżenia. Z drugiej zaś strony była to po prostu próba dobrej miny do złej gry. Chciał się czegoś dowiedzieć. Najlepiej tego co się mawia wśród wyższych sfer w Ministerstwie. W końcu, kto jak kto ale koronerzy mieli zapewne wiele wizyt u siebie od wszelkiej maści kierowników czy szefów wydziałów - Czarnoksiężnik? - przez krótki moment udawał, że nie do końca wie o kogo chodzi. Prawda była jednak dużo ciekawsza - w końcu Stanley był jednym z popleczników Czarnego Pana, więc bardzo dobrze wiedział kto jest tym całym 'czarnoksiężnikiem' - Wiesz jak to jest. Ogłosił swój manifest, a to zadziałało jak deszcz. A co się dzieje po deszczu? Rosną grzyby i grzybiarze. To musiało kiedyś nastąpić. Jeżeli nie on, to znalazłby się pewnie ktoś inny. Ktoś z podobnymi poglądami co on - zauważył. Borgin miał nieodparte wrażenie, że po 8 latach nieudolnych rządów Nobbyego Leacha i ogólnego panoszenia się Charłaków czy mugolaków, sprawę należało wziąć w końcu w swoje ręce i coś z tym zrobić - na przykład czystkę.
- Czy ja jestem godny zaufania? - powtórzył po niej, kupując sobie trochę czasu na przygotowanie odpowiedzi. Odpalił też kolejnego papierosa, którym się mocno zaciągnął aby uzyskać dodatkowe kilka sekund - Wszystko zależy kogo spytasz - odpowiedział, wypuszczając dym z ust - Jeżeli Chestera Rookwooda to odpowie Ci za pewne, że jak najbardziej, można mi zaufać. Jak zapytasz Lycoris to może określić mnie jako opętanego czy niespełna rozumu. A jeżeli zapytałabyś Brenny, to najpewniej powiedziałaby Ci abyś trzymała się zdala ode mnie albo przynajmniej na dystans jako, że jestem z takiej, a nie innej rodziny - wymienił kilka przypadków opinii, które w większości były jednak nieprzychylne jego osobie. Nie przejmował się tym jednak w ogóle jako, że nie zależało mu już na jakichkolwiek większych znajomościach w Ministerstwie. Stanley zdawał sobie sprawę, że z tym co robi i z kim się zadaje, jego kariera w tym urzędzie może się tak szybko zakończyć, jak się zaczęła.
- No cóż... Nie każdy się nadaje do tej roboty - stwierdził, nie określając jednak co dokładnie miał na myśli. Pozostawił Cynthii swoje słowa do własnej interpretacji. Marcus był trochę za dobrze ułożonym chłopakiem - nie wyglądał w końcu na osobę, która byłaby skłonna do takich rzeczy, więc praktyka w Mungu odpowiadała mu jak najbardziej. Zwłaszcza jeżeli w Ministerstwie miałoby się zrobić bardzo gorąco.
- Nikt nie mówił, że będzie prosto. Ja zresztą też nie obiecuje żadnych sukcesów czy nawet kwestii całkowitego bezpieczeństwa... Moi koledzy i koleżanki, lubią sobie powęszyć jak na Brygadę przystało... Stąd właśnie są takie wymagania - dodał spokojnym głosem, rozkoszując się nikotyna - Dlatego tak ważne są sprawdzone osoby - pokiwał głową na znak akceptacji swoich słów z samym sobą. Nie oczekiwał od niej listy dwudziestu nazwisk czy czegoś w tym stylu. Raczej chciał dowiedzieć się kto może być ewentualnie zainteresowany taką współpracą. Z drugiej strony nie miał też możliwości stawiania jej żądań jako, że to ona trzymała go w tym momencie w szachu.
- Bo widzisz. Jakbyśmy żyli w innym kraju jak na przykład Szwecja, to byłoby więcej ludzi trudniących się tą sztuką. W Durmstrangu, nauka o czarnej magii jest w podstawie programowej. I nie rozchodzi się tylko i wyłącznie o obronę przed nią, a czynną praktykę pod oczami sowich opiekunów. A co ważniejsze za ich zgodą i powszechną aprobatą - przyznał. W tym momencie zaczął rozważać posłanie swoich przyszłych dzieci do tej właśnie szkoły aby miały dużo prostszy kontakt z tą dziedziną magii. W Hogwarcie było ciężko to praktykować i wystarczyło aby tylko ich ojciec miał pod górkę z nauką.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972