Desmond Malfoy & Bellatrix Black
Było pięć po dwudziestej, ledwo zdążył wysuszyć i odwiesić od szafy jej ciemny płaszcz. Przestrzegł ją, żeby nie teleportowała się tutaj, ani nie używała sieci Fiuu, musiała więc dotrzeć do niego na pieszo. Pech chciał, że dzisiejszy piątkowy wieczór okazał się być szary i deszczowy, rzęsisty nawet - ponury, jak całe jego życie.
Przywitał ją krótko, bo wiedział, że tego nie lubiła, i zdusił odruch, żeby uścisnąć jej rękę (była kobietą, mimo wszystko). Później bez słowa przeprowadził ją przez cuchnący terpentyną korytarz do niewielkiej, bogato udekorowanej jadalni. Stół okryty haftowanym w kwiaty obrusem był w pełni gotowy na jej przyjście: zdobiła go porozkładana z pietyzmem srebrna zastawa, te delikatne naczynia z malowanej porcelany i rozgrzany imbryk. Powietrze pachniało białą, jaśminową herbatą oraz słodyczą bezy podanej z serem mascarpone i ciężkimi od syropu figami. Gdyby nie szara koperta leżąca z boku, to można by było pomyśleć, że naprawdę zaprosił ją tutaj na sielski, acz wyjątkowo późny, podwieczorek.
Odruchowo odsunął dla niej krzesło, mając na twarzy ten sam pusty, uprzejmy uśmiech, który prezentował każdej osobie, która zagadnęła go z zaskoczenia. Był zmęczony, nawet tego szczególnie nie ukrywał.
- Mam n-... - spróbował się odezwać, ale głos uwiązł mu w gardle.
Westchnął.