— Jak najbardziej.
Ururu podszedł do znalezionej torby i wyjął różdżkę. Zamachnął się kilka razy na wrzucone przez Heather papiery, które migusiem ułożyły się w najbardziej ergonomiczny sposób, jednocześnie zmniejszając swoją objętość.
— Zwykłe zaklęcie do pakowania — wyjaśnił z uśmiechem. Pomógł dziewczynie schować więcej dokumentów z regału, robiąc przy tym wstępną selekcję. Część z nich była ewidentnie nie związana z tematem, coś o przyrządach alchemicznych. Ururu zdecydował się zaryzykować i ich nie brać.
Wziął torbę i poszedł zapakować papiery oraz książki ze "swojej" strony, traktując wszystko zaklęciem pakującym. Niestety bagaż miał swoje limity. Marquez odstawił go na bok. Podszedł do szafy i otworzył jej drzwi.
— Eliksiry...
Cała masa fiolek z różnokolorową zawartością. Niektóre podpisane, niektóre tylko oznaczone cyframi, część anonimowa.
— Wywar Żywej Śmierci jest przezroczysty... tak jak wiele fiolek tutaj. Pobiorę próbki.
Nie było sensu zabierać wszystkiego. Ururu wylewitował niektóre eliksiry na stół, tak jak i zestaw pustych niewielkich fiolek. Zaczął pipetować do nich próbki mikstur, nie tylko tych przezroczystych, ale i kilku kolorowych. Wszystko to strasznie go przytłoczyło. W pewnym momencie ołówek wypadł mu z ręki podczas podpisywania fiolki. Spojrzał na dłoń, która odmówiła posłuszeństwa i zacisnął ją. Teraz wydawała się działać normalnie. Ale on tak nie działał.
— Czemu zrobiło się tak duszno?
W piwnicy panował typowy dla tych pomieszczeń chłodek, ale Ururu wirowało w głowie, a serce bardzo przyspieszyło. Po chwili prawie upadł, ale podtrzymał się na stole.
— Nie rozumiem... Może któryś z eliksirów działał poprzez węch i zatrułem się...
Absolutnie nie miał pojęcia, że jest "po prostu" wyczerpany emocjonalnie.