Rozliczono - Louvain Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Zadowolony, bo przynajmniej przez kwadrans przerwy podczas swojej pracy mógł być opryskliwym gburem, warcząc bez specjalnego powodu na obsługującego go skrzata podczas posiłku w kafeterii. Niedługo, bo raptem z dwa tygodnie przed Baltane, w swoim wydziale miał sporo obowiązków. Leniwi czarodzieje, którzy albo nie potrafili latać własnym środkiem transportu, albo byli zbyt biedni na taki, uparcie chcieli rejestrować swoje świstokliki, które przeniosą ich po święcie prosto do domu, a najlepiej do samego łóżka, od razu przebranego w koszule nocne i przykrytego pierzyną. Ze sztucznym uśmiechem, hamując się od bluzgów i wyzwisk na zidiociałych petentów, obsługiwał ich błyskawicznie, jakby pracował tutaj na akord. Chwila ciszy, bez wymuszonej uprzejmości i niechcianej rozmowy z byle szlamą, była prawie jak łyk zimnej wody, na gorącej pustyni. Nagle ktoś lekko szarpnęło go za mankiet koszuli, tym samym sprawiając, że nie trafił z łyżką zupy do ust, a w konsekwencji brudząc jego idealnie wyprasowane spodnie od garnituru. Instynktownie sięgnął za różdżkę i bez rozglądania się kto właściwie naruszył jego przestrzeń wymierzył gniewnie jej końcem w oponenta. Zaskoczony jednak widokiem znajomej mu skrzatki, opuścił ramię i wysłuchał tego co miała mu do przekazania.
To musiało być coś poważnego skoro do rzekomo, aż tak rozgniewanej Loretty, skrzatka pracująca w jej galerii postanowiła udać się do Louvaina i poinformować go, że z panią właścicielką dzieje się coś złego. Z drugiej strony nie mogło to być coś, aż tak tragicznego w skutkach, skoro nie odwiedził go żaden brygadzista informując o aresztowaniu bliźniaczki. Pochwalił magiczne stworzenie za oddaną postawę wobec Lestrangów. Cokolwiek to było, nie zamierzał czekać do końca swojej zmiany tylko od razu teleportować się z interwencją.
Kiedy tylko pojawił się zaraz za głównym wejściem do galerii, przerażona recepcjonistka, od razu wskazała mu kierunek gdzie ma się udać. Korytarze świeciły pustkami, żadnych gości, ani wizytatorów, co dziwne, bo Loretta nigdy nie narzekała na brak zainteresowania jej wystawami. Skrzatowi, z którym tu się pojawił, kazał pozamykać wszystkie wejścia, na wypadek gdyby jakiś pismak chciał tu wywęszyć jakąś sensację. Idąc dalej korytarzem do jego uszu zaczęła dobiegać dziwacznie wesoła muzyka smyczkowa, całkiem niepasująca do obecnej panicznej sytuacji w obiekcie. Minął trójkę przerażonych, młodych artystek które nie potrafiły mu wytłumaczyć co się tutaj działo, więc kazał im po prostu spieprzać wciskając w dłoń garść galeonów mając nadzieje, że kupi ich milczenie. W końcu dotarł w samo oko tego cyklonu szaleństwa. Porozbijane szkło z witryn, zniszczone dekoracje z kwiatów, ściany wybrudzone, miejmy nadzieję, że nie od krwi. Chaos, brakowało tylko pożogi, a w tym wszystkim słodka Lori, zatracona w letargu. Próbował coś zawołać, ale jego krzyki nie docierały do niej, zagłuszane przez głośną muzykę rozebranego do naga kwartetu smyczkowego. Mężczyźni zmuszeni do koncertowania, pod wpływem silnego uroku, zaczęli wołać o pomoc kiedy tylko dostrzegli postać Lou. Prostym zaklęciem rozproszył rzucony na nich urok, tym samym kończąc te przedstawienie.
- Możesz mi powiedzieć dlaczego terroryzujesz własne miejsce? - dopytał nie ukrywając swojego zaskoczenia wszystkim tym co zobaczył.