Brenna cierpiała na tę samą przypadłość, co niemal wszyscy Brygadziści i Aurorzy od 1 maja: za mało snu, za dużo pracy. Miała wrażenie, że nikt, kto traktował swoje obowiązki poważnie i nie został ciężko ranny, nie przejmował się takimi drobiazgami, jak ustalone godziny pracy czy urlopy. (Nie tylko w ich Departamencie zresztą, wszak w innych wydziałach też robiono w nadgodzinach.)
W Mungu zresztą też pojawiła się tego dnia służbowo, by przesłuchać dwie osoby, które zostały znalezione w lesie ranne, w okolicznościach, które mogły sugerować, że brały udział w jakiejś walce na zaklęcia – być może ze sobą nawzajem. Szybko okazało się jednak, że żadna z nich nie była ani śmierciożercą, ani naśladowcą, ciemny płaszcz był tylko ciemnym płaszczem, a oni po wpadnięciu na siebie poza polaną spanikowali i zasypali się nawzajem stosem czarów, myśląc, że to drugie należy do zwolenników Voldemorta.
Głupota, nieostrożność, panika, omal nie doprowadziła do tragedii. Mieli szczęście, że żyli. I że nie trafili na kogoś, kto koniecznie chciał aresztować jakiegoś zwolennika Voldemorta. Niestety, kosztowali trochę czasu i wysiłków personel Munga oraz ją samą.
Skoro już tu jednak była, uznała, że może poświęcić kolejne, cenne dziesięć minut na sprawy trochę mniej palące. Spróbowała podpytać, w jakim stanie jest Ida Moody, a kiedy została zbyta, wyjątkowo nie drążyła – uzdrowiciele i tak mieli o wiele za dużo roboty – skoczyła na moment do pobliskiej kawiarni i po chwili wpakowała się do sali, w której leżała Heather Wood. Po drodze minęła dziesiątki magomedyków, kręcących się jak pszczoły w ulu, i drugie tyle odwiedzających. Brennie zdarzało się bywać w Mungu i nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała tutaj taki tłum.
- Cześć, Heath – przywitała się, podchodząc do łóżka, na którym utkwiła Brygadzistka. Brennie obiło się po uszy, że ma tu zostać jeszcze ze dwa dni, ale nie zdziwiłaby się, gdyby Wood spróbowała się stąd wydostać wcześniej. – W szpitale pewnie dają wam jakieś pomyje. Tu jest mocna herbata, a tu kawa. Który wolisz? – spytała, unosząc lekko dwa kubki, które przyniosła z mugolskiej kawiarni. Przy okazji zlustrowała swoją pracową partnerkę spojrzeniem, jakby chcąc ocenić jej stan. Chociaż niestety, nie znała się na tym na tyle, aby móc wysnuć jakieś sensowne wnioski.
Poza tym jednym, że Heather została ranna i to całkiem poważnie, skoro miała nie pracować przez miesiąc. I chociaż to była teraz praca Wood, Brenna nie mogła oprzeć się myśli, że nie powinno jej być na tej polanie, że to w jakiś sposób wina samej Brenny. Odsuwała ją jednak od siebie, a na pewno nie wypowiedziałaby jej na głos.
Heather nie była w końcu dużo młodsza niż była ona, gdy to wszystko się zaczęło.
Poza tym... nie powinno tam być wielu osób.
Z Voldemortem na czele.