Dochodziło południe, gdy Cynthia dostała sowę od swojego ojca z prośbą o przekazanie dokumentów do jednego z pracowników Ministerstwa. Niefortunnie, Nicholas Yaxley nie piastował swojego stanowiska w departamencie, w którym tkwiła jasnowłosa i przez to była przekonana, że zajmie jej to więcej czasu, niż mogła pomiędzy sekcjami przeznaczyć. Dobrze się więc złożyło, że akurat uwinęła się ze zszywaniem ofiary zatrucia, a do tego zbliżała się przerwa na lunch i mogła załatwić to sprawę, nie naruszając przygotowanego wcześniej harmonogramu zajęć. Trupów nadal było dużo, większość z nich zrzucano na ofiary samozwańczego Lorda Voldemorta, którego monologi i konserwatywne podejście do życia zdawało się przekonywać coraz więcej osób. Owszem, były jednostki spoglądające krzywo w stronę gazet, gdzie czarnowłosy mężczyzna zajmował pierwsze strony, ale również te, którym błyszczały oczy, a kąciki ust kierowały się subtelnie ku górze. Miała wrodzony talent do obserwowania ludzi, jako kobieta po przeszkoleniu medycznym, jak i dużym doświadczeniu zarówno przy zwłokach, jak i przy leczeniu, a przede wszystkim ktoś, kto miał pojęcie o nekromancji, umiała dostrzec ekscytację, kłamstwo, a także drobne zmiany na ciele lub w spojrzeniu, które świadczyły o szybszym biciu serca. Doprowadziła się do porządku, zsunęła biały fartuch i odwiesiła na haczyku, a następnie wzięła szarą kopertę i opuściła prosektorium, mówiąc współpracownikom, że niedługo wrócił.
Flintówna cieszyła się sympatią wśród ludzi, zawsze dostosowywała się do sytuacji i obdarzała krótkim uśmiechem, którego w gruncie rzeczy wcale nie lubiła, ale przynosił wiele korzyści. Nic więc dziwnego, że droga do gabinetu Nicholasa Yaxleya w Departamencie Tajemnic, dokładniej w komnacie śmierc (nie byłaby to doskonała nazwa na prosektorium?)i jej się tak dłużyła, gdy czarodzieje, których imion nie pamiętała, zaczepiali ją na krótką pogawędkę. Ich też nie lubiła - wyuczone, sztuczne, pełne maniery i pytań, na które odpowiedzi żadnej ze stron tak naprawdę nie obchodziły. Gdy wreszcie udało się jej dotrzeć do odpowiednich drzwi z plakietką, na której wygrawerowane było interesujące ją nazwisko, zastukała trzy razy, czekając na jakikolwiek odzew ze środka i dopiero po jego usłyszeniu weszła, zamykając za sobą drzwi. Obdarzyła wnętrze krótkim spojrzeniem, zanim stalowe tęczówki zatrzymały się na siedzącej za biurkiem postaci, w której stronę Cyna zrobiła kilka kroków. Uniosła subtelnie kąciki ust ku górze, w wyuczonym oraz zwykle oczekiwanym przez rozmówce geście.
- Dzień dobry. Proszę mi wybaczyć, że zajmuje Panu czas, Panie Yaxley i przychodzę bez zapowiedzi. - zaczęła spokojnym głosem, prostując głowę, co wprawiło w ruch puszczone luzem, jasne pasma włosów, które na boku miały ozdobną spinkę. - Mój ojciec, Wiliam Flint, prosił, abym dostarczyła Panu dokumenty w związku z łodzią. - wyjaśniła jeszcze cel swojej wizyty, wyciągając smukłą dłoń o maźniętych czerwienią paznokciach w jego stronę, zaciskając je na szarej kopercie z papierami wewnątrz. Była wciąż zapieczętowana woskowym stemplem z odpowiednim dla jej ojca grawerem, miał więc pewność, że nie zaglądała do środka. Nie spuszczała też z niego wzroku - nie był aż tak podobny do Theona, którego przecież znała od dłuższego czasu, a wiedziała, że byli rodzeństwem. Nie skomentowała tego jednak głośno. Gdy odebrał od niej przesyłkę, cofnęła dłoń, pozwalając jej opaść luźno wzdłuż ciała. Nie była pewna, czy powinna zaczekać na uzupełnienie przez niego papierów i odesłać je ojcu, czy może sam zechce to zrobić. Widzieli się wcześniej na jakichś przyjęciach, jednak nie mieli okazji dłużej ze sobą rozmawiać, głównie przez różnicę wieku. Wówczas Cyna musiała wydawać mu się bardzo młodziutka.