Ostatniej nocy nie spałem za dobrze. Dręczyły mnie wstrętne koszmary, więc nie dość, że zgodnie z Rookwoodowską tradycją położyłem się bardzo późno, gubiąc czas wśród literatury, to na dodatek pot zalewał mi koszulę nocną i dziś byłem w pełni nie do życia. Skupienie przychodziło mi z trudem, w księgach tuszem zapisane znaki się mazały i jakoś ciężko było złapać oddech. Chcąc nie chcąc, wyjąłem z torby ostatnią fiolkę eliksiru na skupienie, wypiłem do dna, po czym postanowiłem się przejść, wyjść stąd na drobną chwilę, zanim eliksir zacznie działać.
Tak stąpałem, stąpałem i stąpałem, aż znalazłem się przed budynkiem Ministerstwa Magii, łapiąc świeżego powietrza, a było go w nadmiarze, bo ostatnimi dniami panowały klimaty niezwykle deszczowo-wichurtowe. Wiatr porywał wszystko, co komuś śmiało się wyrwać spomiędzy palców, a ja, cóż, na to wszystko postanowiłem wyciągnąć papierośnicę i zapalić nieco dla odstresowania.
Z ulgą przyjąłem, że nieopodal stała Lycoris, więc nie musiałem się skupiać z losową osobą, która czułaby się w obowiązku dotrzymywać mi towarzystwa. Czym prędzej pognałem w jej stronę. Miała niezadowoloną minę, ale to było u niej wrodzone.
- Zapytałbym, co ci zdechło, ale odpowiedź bywa niezmienna - zażartowałem w ten jakże suchy sposób. Żart koronerów. - Nasi interesanci - uzupełniłem myśl, po czym wyciągnąłem papierośnicę w jej kierunku. Nie pamiętałem, czy pali, ale znając jej podejście do życia, zapewne dmuchała dymem prosto w twarze niczemu winnym dzieciom. W pewien popaprany sposób czułem się przy niej swobodnie, choć niekiedy potrafiła doprowadzić do szału. Ale taka natura kobiety, czyż nie?