20.11.1970
Sklep miotlarski na Ulicy Pokątnej, magiczny Londyn
Chester, Theon, Deborah + Heather i Octavia
Rookwood wyczekiwał nadejścia tego dnia od bardzo dawna. Zgodnie z wolą Czarnego Pana zmienią oblicze świata, otwarcie sprzeciwiając się dotychczasowej formie koegzystowania z podludźmi – mugolami i szlamami, błędnie postrzeganych jak kogoś równego czystokrwistym czarodziejom. Wszystkim Śmierciożercom przyświecała idea stworzenia czystego świata. Jako wierny sługa Tego, Którego Imienia Zaczną Bać Się Wymawiać, jego Prawa Ręka pozostawał odpowiedzialny za realizację zamierzeń Lorda Voldemorta oraz planowanie kolejnych działań organizacji, która z czasem miała urosnąć w siłę. Przygotowanie odpowiednich planów wymagało czasu. Którego nie miał wystarczająco dużo, aby skrupulatnie zaplanować wielki plan. Dołożył jednak wszelkich starań, aby przedstawione przez niego plany na realizację tego przedsięwzięcia spotkały się aprobatą ze strony Czarnego Pana. Świadom tego, że wszelkie niepowodzenie spotkają się z gniewem tego czarnoksiężnika, który z kolei skoncentruje się na jego osobie. Zdałby się na jego łaskę. Nie ze strachu przed Jego gniewem. Gdyby zawiódł to wymierzona mu kara byłaby słuszna i przyjąłby ją z pokorą.
Pełnienie zaszczytnej funkcji Prawicy Lorda Voldemorta pozwoliło mu na wyłonienie z jego oddanych popleczników tych kilku, których obowiązkiem było odpowiedzenie na wezwanie w postaci górującego ponad ulicami magicznego Londynu Mrocznego Znaku. Mieli za zadanie zgromadzić się na Ulicy Pokątnej, przemaszerować przez nią po to, by podczas tego pochodu dokonać serii ataków na budynki, w których mieściły się lokale prowadzone przez mugolaków, te obsługujące szlamy i każdego, na kogo padnie choć cień podejrzeń o sympatyzowanie z tymi pierwszymi.
Chester stał w cieniu jednego z budynków stojącego na jednej zwykle z najbardziej zatłoczonych arterii magicznego Londynu. Przynajmniej w dzień. Pod wieczór Ulica Pokątna zaczynała się nieśpiesznie wyludniać, choć niektóre sklepy nadal pozostawały otwarte. Dostrzegał w polu widzenia nielicznych przechodniów. Swoją prawdziwą tożsamość, twarz doświadczonego i szanowanego Aurora ukrywał pod kunsztownie wykonaną, bogato zdobioną maską oraz pod narzuconym na głowę kapturem czarnej szaty. W prawej dłoni dzierżył swoją różdżkę, którą niebawem dokona wielu chwalebnych czynów. Takich, które naprawdę zmienią oblicze świata czarodziejów i zagwarantują im wszystkim lepszą przyszłość. Spełnienie wizji ich przywódcy, w której to czystokrwiści panują nad mugolami i mugolakami.
— Morsmordre! — Zawołał wnosząc ku górze prawą dłoń, w której dzierżył swoją różdżkę tuż po tym jak wynurzył się ze swojej kryjówki. Wiązka rzuconego przez niego zaklęcia sięgnęła nieboskłonu, na którym zaczęła tworzyć się z gęstych, nocnych chmur wielka czaszka. To ona miała przywołać ku niemu wszystkich tych, których przybycia oczekiwał. Początkowo mieli kroczyć zjednoczeni w zwartym korowodzie, dopiero z czasem się rozdzielić. Podzielił ich szeregi na mniejsze grupy, wskazując im odrębne cele ataku. Do niego miało dołączyć dwóch lojalistów, o ile w ogóle przybędą. Za cel obrał sklep z miotłami należący do rodziny Wood. Uderzenie w ten lokal będzie czymś więcej, niż zwyczajnym aktem wandalizmu. Wiadomością dla szlam i ich sympatyków oraz manifestem woli ich przywódcy. Niewątpliwie przyjdzie im zmierzyć się z wezwanymi na miejsce zdarzenia Brygadzistami.
Słowa: 456