31.05.2023, 04:32 ✶
Gdy łokieć Oleandra dotknął jego łokcia, nie odsunął się. Starał się przedłużać kontakt, niósł za sobą za dużo informacji, żeby mógł z niego zrezygnować bez poczucia frustracji, której już w tym momencie miał w sobie za dużo. Bo mu nie odpowiedział.
Widział, jak się uśmiechał i jak się przez to krzywił z bólu. Przez ostre cienie żółtawego światła lamp obie te rzeczy wydawały się znacznie bardziej intensywne, znacznie bardziej niepokojące.
Czuł niedorzeczną ekscytację, kiedy myślał o tym, że to przez niego. Że to jego czysta, brutalna siła przytemperowała wieczne samozadowolenie Oleandra, że zmusiła go do racjonowania poczucia triumfu. Mógłby mocniej, mógłby bardziej. Chciał więcej.
- Tak - odpowiedział lakonicznie, jakby w zemście.
Przecież to było zupełnie nieistotne. Czyż nie każdy ma swoje sekrety?
Patrzył na niego w milczeniu przez kilkanaście sekund. Z początku można by było pomyśleć, że chciał dobrze obejrzeć jego reakcję, ale tym razem nie była to prawda - wstrzymywał oddech, prostował się, przygotowywał się do ataku.
Szybko złapał go za nadgarstek i siłą ściągnął z parapetu. Sam stał chwiejnie, po części opierał się na chłopaku, ale nie tracił pewności siebie; lewą rękę wyciągał po jego drugi nadgarstek. Odstąpił krok od okna, ustawiał przyjaciela (albo zdrajcę) na wprost siebie, zmusił go do patrzenia mu w twarz. W oczy.
- Chcę żebyś mnie dotknął - powtórzył znowu, tym razem w formie niejasnego pytania. Albo ponaglenia.
Ręce miał ciepłe i lepkie od zaschniętego wina, ale zaskakująco spokojne. Był zbyt skupiony na straszeniu Oleandra, żeby trząść się w jakikolwiek sposób, choć nawet mimo chłodnej determinacji nie mógł nie zauważyć, że zaczynał cuchnąć potem; znowu się czegoś bał. Czego?
Widział, jak się uśmiechał i jak się przez to krzywił z bólu. Przez ostre cienie żółtawego światła lamp obie te rzeczy wydawały się znacznie bardziej intensywne, znacznie bardziej niepokojące.
Czuł niedorzeczną ekscytację, kiedy myślał o tym, że to przez niego. Że to jego czysta, brutalna siła przytemperowała wieczne samozadowolenie Oleandra, że zmusiła go do racjonowania poczucia triumfu. Mógłby mocniej, mógłby bardziej. Chciał więcej.
- Tak - odpowiedział lakonicznie, jakby w zemście.
Przecież to było zupełnie nieistotne. Czyż nie każdy ma swoje sekrety?
Patrzył na niego w milczeniu przez kilkanaście sekund. Z początku można by było pomyśleć, że chciał dobrze obejrzeć jego reakcję, ale tym razem nie była to prawda - wstrzymywał oddech, prostował się, przygotowywał się do ataku.
Szybko złapał go za nadgarstek i siłą ściągnął z parapetu. Sam stał chwiejnie, po części opierał się na chłopaku, ale nie tracił pewności siebie; lewą rękę wyciągał po jego drugi nadgarstek. Odstąpił krok od okna, ustawiał przyjaciela (albo zdrajcę) na wprost siebie, zmusił go do patrzenia mu w twarz. W oczy.
- Chcę żebyś mnie dotknął - powtórzył znowu, tym razem w formie niejasnego pytania. Albo ponaglenia.
Ręce miał ciepłe i lepkie od zaschniętego wina, ale zaskakująco spokojne. Był zbyt skupiony na straszeniu Oleandra, żeby trząść się w jakikolwiek sposób, choć nawet mimo chłodnej determinacji nie mógł nie zauważyć, że zaczynał cuchnąć potem; znowu się czegoś bał. Czego?