Victoria nie była osobą, która będzie mydlić komuś oczy, zwłaszcza, że widziała, że Laurent po prostu nie jest pewien. Wielu ludzi tutaj uśmiechało się sztucznie (te uśmieszki były tak łatwe do przejrzenia…), zapewniało, że nic im nie grozi od strony Czarnego Pana, że są mu winni posłuszeństwo. Część mówiła to z przekonaniem, część z wyczuwalnym strachem… Od Prewetta czuła strach, tak, ale wyczuwała też niepewność kogoś, kto nie jest wprawiony w boju; zwykłego cywila, zadowolonego ze swojego życia z dala od wielkiej polityki. Chyba dlatego zdecydowała się mu zdradzić swoje zdanie, a nie kolejny uśmieszek i kiwanie głową, że tak tak, panie Burke, ma pan całkowitą rację… Musiała uważać jakie opinie wygłasza na głos, ze względu na swoją pracę. Ale opinia, jaką przedstawiła Laurentowi nie zagrażała jej pracy. Co najwyżej opinii wśród innych czystokrwistych – lecz nie była w żaden sposób radykalna. Raczej wielu, gdyby ją usłyszało, wzięłoby ją za wyważoną, za odpowiedź kogoś, kto pracuje w Ministerstwie, w takim Departamencie… A jak brał ją Laurent?
- Są nauczeni do prowadzenia innego rodzaju rozmów – Victoria była zaś kobieta konkretną. Nie bawiącą się w wielkie zawijasy zdaniowe, tylko wychodziła z założenia, że jak ktoś wie, o czym mówi, to przekaże to najprościej, jak tylko się da. Robiła co mogła. - Boją się. To co wyczuwa się na tej sali to w większości strach – i niepewność co dalej. Ale Lestrange nie była żadnym drapieżnikiem karmiącym się strachem. Po prostu widziała to w ich twarzach, w tikach nerwowych. W tych momentami wymuszonych rozmowach – to samo, co zauważył jej towarzysz. Czy sama się bała? O swoich bliskich. O wielką katastrofę. Sam Voldemort… nie przerażał jej, może powinien. Bardziej bała się tego, co przyjdzie do głowy innym. - Pochlebia mi pan – uśmiechnęła się do niego, bo to nie brzmiało jak wymuszony komplement i miło to było usłyszeć. Uroda to jedno, ale to, co naprawdę się liczyło, siedziało w głowie i w sercu. Czy wiedziała czego chce? Wiedziała… w większości wiedziała. Na pewno wiedziała, czego nie chce. A jeśli spojrzeć na to, w jaki sposób toczyła się jej kariera, to można było mieć odrobinę wątpliwości co do tego, czy faktycznie wie jak chciałaby, by wyglądało jej życie. Victoria po prostu nie zamykała się na opcje. Życie było jedno, poznać je od każdej strony – to była wiedza. A wiedza ją napędzała. Więc pod tym względem: tak, wiedziała. Choć nie miała pojęcia, gdzie ją los rzuci za dwa lata, albo za pięć. Póki co nie było z jej strony wyraźnego nakreślenia granic, ni sugestii, by spadał.
- Tak. Teraz już rozumiesz – Laurent prawie nie pił swojej lampki, ale brunetce to nie przeszkadzało, bo swoją właśnie dobiła i spojrzała na puste szkło, lekko mrużąc oczy. Smakowało jej to wino, było lepsze niż sądziła. I zdecydowanie dzisiejszy wieczór nie był tym, w którym miała ochotę na coś słodkiego. - Przejdziemy się? – zaproponowała, kiedy po chwili albo to on znowu napełnił jej kieliszek, albo zrobiła to sama. Choć znając maniery, zrobił to Prewett. - Ta deklaracja tylko postawiła wszystkie służby na nogi. Dorobił nam pracy – odrobinkę zamarudziła, ale to nie był powód, dla którego nie popierała działań Voldemorta. Uważała, że przemocą niczego się w tym względzie nie osiągnie. Potrzebowali kompromisów, nie walki. - Hahaha, dziękuję – zaśmiała się teraz już szczerze, nie prześmiewczo, raczej całkiem miło. Rozbawił ją w ten przyjemny sposób. To było ostatnie, czego spodziewała się po Laurencie Prewettcie, jakiego pamiętała ze szkoły. Ludzie naprawdę się zmieniali. On się zmienił, ona też. - Nie, nie moja – przyznała, westchnąwszy, ale absolutnie nie smutno. Była rozbawiona, że to dostrzegał. - Liderom patrzy się na ręce, przeciwdziała, jeśli ma inne opinie. Wolę stać z boku pod tym względem – spełniała się jako prefekt i prefekt naczelny, oczywiście. Ale gdyby miała stać na czele na przykład organizacji… Ach na co to komu. Więcej dobrego mogła zrobić nie będąc aż tak mocno na świeczniku. Inspirować ludzi można było też w inny sposób – jak widać. - A ty? – zapytała, gdy zatrzymała się przy innym stoliku, tym razem nie z winami, a z wielką paletą serów i wędlin.