Dużo prościej było coś założyć, niż dowiedzieć się jak to było naprawdę, a już na pewno kiedy beczka z prochem miała za moment eksplodować. Sami się jednak wzajemnie napędzali w tej spirali złości i gniewu, nie potrzebowali nikogo więcej do tego. Potrafili się dobrze dogadywać, współpracować ale jak widać byli w stanie też się porządnie pokłócić. Avery miała swój charakterek, który teraz wychodził na wierzch pod wpływem emocji - Borgin też go oczywiście miał, wszak nie był świętym w tym pomieszczeniu, niestety też pozwolić mu wziąć górę nad sobą.
Stanley nie potrafił tego zrobić. Był skłonny na wiele ale nie na to aby się nie martwić. Z drugiej strony, skoro tak bardzo chciała aby tego nie robić, to kim on był by się sprzeciwić? Miał jeden problem - nie wiedział na ile te słowa są teraz prawdą, a na ile zostały wypowiedziane w przypływie chwili. I czy na pewno były tym co chciała?
Borgin mrugnął kilka razy szybciej na to co usłyszał. Lubimy uciekać przed problemami... Zatkało go bo po prostu... miała rację. Zdał sobie sprawę, wręcz uświadomił sobie, że to prawda. Może nie całkowita, ponieważ starał się walczyć i próbować ale częściowa na pewno. Była to jedna z alternatywnych dróg, które był w stanie podjąć aby uniknąć odpowiedzialności - Prawda... To chciałaś usłyszeć? - zgodził się, przytakując głową. Gdyby wąchał kwiatki od dołu to nie byłoby tej sytuacji, kłótni, tych wszystkich złych emocji. Ciężko mu to przeszło przez usta ale skłamałby, nie zgadzając się z jej słowami. To było jak gorzka prawda, której wolał nie poznawać o sobie ale może tak było łatwiej?
On sam nie rozpatrywał tego w kwestii przekroczenia pewnej granicy, a miał jedynie nadzieję, że odwoła swoje słowa, wszak po to też się o to przecież dopytał. Wiedział, że przesadzili - on i ona - w tym naskakiwaniu na siebie. Winnych tej sytuacji była dwójka - Stanley Borgin i Stella Avery. Kiedy tylko odwołała swoje słowa, wiedział, że dostali drugą szansę na wyjaśnienie wszystkiego.
Próbował ją uspokoić, sprawić aby poczuła się choć trochę lepiej i może przestała płakać. Nic się jednak nie nauczył się na przestrzeni tego półtora roku od śmierci Kordelii - zamiast powstrzymać jej łzy to sprawił, że było ich jeszcze więcej. Brawo Stanley, jesteś ekspertem w wywoływaniu płaczu... Gratulował sam sobie, ponieważ nie był to największy powód do dumy aby chwalić się nim na lewo czy prawo. Z tego wszystkiego, patrząc na stan Stelli, obawiał się, że ta nie będzie w stanie się odezwać. Ciężko jednak było prowadzić dyskusję czy rozmowę w pojedynkę, dlatego postanowił dać jej tyle czasu ile tylko będzie potrzebowała - nawet jeżeli mieliby tutaj tak siedzieć, aż do ranka.
Nie wiedział czy się cieszyć czy smucić kiedy na niego spojrzała. Z jednej strony to był dobry znak, z drugiej ten widok powodował ból. Naprawdę widział ją w dużo lepszym stanie, niż dzisiaj... No ale sam, niestety, miał wpływ na ten stan. Nie odezwał się ani słowem, dał swobodę. Jeżeli potrzebowała się jeszcze wypłakać - miała drogę wolną. Na całe szczęście zaczęła mówić i tym samym obawy Stanleya okazały się bezpodstawne.
Wysłuchał uważnie co chciała powiedzieć, a następnie zachęcił ją gestem głowy aby się zbliżyła i przytuliła - Chodź. Weź wdech i wydech... Wszystko będzie dobrze - powiedział, zaczynając trochę od jej ostatnich słów - Nie chciałem aby to tak zabrzmiało przecież... Wiem, że nigdy byś tego nie wykorzystała na mnie aby coś ugrać czy zyskać - dodał, bardzo w to wierząc, tym bardziej, że Avery nigdy mu nie dała podstaw aby twierdzić inaczej - Nic się nie stało... Mnie też trochę poniosło. Nigdy nie powinienem był się odzywać do Ciebie takim tonem po tym wszystkim... Bardzo mi z tym źle, że podniosłem na Ciebie głos. Przepraszam - zapewnił - Co planujesz zrobić... No wiesz... - zapytał, nie chcąc wypowiedzieć tego imienia na głos. Borgin liczył, że dziewczyna domyśli się o co mu chodzi.
Po tym pytaniu zamilkł na dobre dwie, a może nawet trzy minuty. W końcu ciężko westchnął, spuszczając lekko głowę. Bez trudu dało się zauważyć, że coś go ewidentnie trapi - zupełnie jakby odbywał jakąś wewnętrzną walkę z samym sobą o to czy o czymś wspomnieć czy nie - Stella... Ja.. Zrobiłem coś złego. Coś głupiego. Nieodpowiedzialnego. Dałem się wrobić jak małe dziecko - zaczął powoli, zginając lewą dłoń w pięść - Podczas Beltane wypiłem jakąś herbatę od kapłanek i trafiła mi się ta z amortencją... - przyłożył wcześniej zgiętą pięść do czoła, kręcąc przecząco głową - Ruszyłem później w kierunku tych całych pali i zaślepiony tą całą amortencją, zaczepiłem jakąś Merlinowi ducha winną dziewczynę... Wszystko się kurwa zgadzało z tymi całymi losami... Miała mieć wianek z róż, miała... - zamknął oczy - No i ją zaczepiłem... Wiesz jak to jest pod wpływem amortencji, pragnąłem jej towarzystwa i zrozumienia... Z innego losu wynikało, że miała mieć na imię Lucy. Gdyby nie ta cała herbata to nigdy bym nie brał tych losów pod uwagę, wiesz przecież jaką mam opinię o tych wszystkich przepowiedniach i wróżbach... Niestety tym razem dałem się temu ponieść... Zaczepiłem ją i zauważył to jej brat, o mały włos nie doszło do bójki między nami ale rozdzieliła nas moja znajoma z czasów Hogwartu - otworzył oczy, wpatrując się w podłogę, zupełnie tak jak Stella wcześniej w swoje skarpetki. Ta podłoga musiała być bardzo ciekawa, bo za nic w świecie nie chciał się od niej oderwać - Po chwili to wszystko minęło i okazało się, że to nie jest żadna Lucy tylko Jackie... W ramach odkupienia win dostałem jej wianek i miałem go wrzucić na ten przeklęty pal, na co się zgodziłem aby załagodzić sytuację. Zszedłem z niego i dałem nogę z sabatu, uciekłem. Nie chciałem aby doszło do czegoś więcej, chociaż coś mnie pchało w jej kierunku to wiedziałem, że to nie jest to. Że to nic prawdziwego bo mam przecież Ciebie - zacisnął na moment usta aby przełknął ślinę przez wielką gulę, którą miał teraz w gardle - No i tu się pojawia problem... Pierwszy raz ją w życiu widziałem. Nie miałem z nią żadnej styczności, a czuję się dziwnie. Przygnębienie, pustkę... Jakby nie wiem, czegoś mi brakowało w życiu - skończył tłumaczyć, a następnie zamilkł, zwalniając maszynę losując, wszak nie miał pojęcia jak Stella może na to zareagować. Stanley chciał jednak jej o tym powiedzieć od razu po tym kiedy tylko zawiesił ten cholerny wianek na palu. Musiał być chociaż z tą informacją szczery z Avery.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972