• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[15.07.1972] Flying

[15.07.1972] Flying
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
03.09.2023, 16:59  ✶  

Najtrudniej było ugasić pożar. A potem..? Potem już samo to jakoś leciało. Kończyłeś z wypalonymi znakami na skórze, których szkiełkiem i okiem dojrzeć się nie dało. Trzeba było spojrzeć tym, co przecież w klatce piersiowej Philipa biło. A jednak było dysfunkcyjne. Potrzebował przewodnictwa? Z całą pewnością. Miłości? Oj tak. Tej prawdziwej, która miałaby dla niego cierpliwość. Ale Laurent nie był różą do trzymania w dłoni. Wiądł, przymierał, gubił swoje płatki. Każdy kochanek zostawiał za sobą chociaż jedną kroplę krwi przechodząc przez ogród. Ziemia chłonęła krew jak wiosenny deszcz, była ich nawozem, która sprawiała, że płatki stawały się tak soczyście czerwone. Kolor kochania, namiętności, miłości. Ale jeśli krew była czerwona - czemu nie kolor Śmierci?

Przesunął dłońmi po swojej twarzy, teraz brzydkiej, kompletnie brzydkiej. Czerwone oczy, napuchnięte powieki - tak się nie powinno pokazywać przed nikim, nawet przed rodziną się wstydził. Co dopiero przed osobą, z którą teraz nie łączyła go już żadna relacja poza zwykłą znajomością i obrotem pieniądzem. Osobą, która twierdziła, że mogłaby go polubić za bardzo, ale nie miała pojęcia, czym jest miłość i nie miała pojęcia nawet, kim był sam Laurent Prewett. Laurent nie był zaś osobą, która powinna była w takim świecie prowadzić kogokolwiek za rękę. Przecież i dla niego był to świat obcy, nowy i niepoznany. Odetchnął głębiej, trwając tak kilka chwil, kiedy niczego nie widział poza plamkami pod powiekami, faeria barw, odrobina tęczy w tym pojebanie ciemnym świecie. Jak zebrane wszystkie nadzieje i cała siła w tym jednym przebłysku. Musiał cię doładować. Musiał wystarczyć. Zsunął palce po kościach policzkowych, po wargach. Przestał czuć dotyk, kiedy ześlizgnęły się z jego linii szczęki. I przez moment widział morze, ale ten widok został zastąpiony przez przystojną twarz sławnego gracza quidditcha. Co za nonsens - za każdym razem, jak o tym myślał. On, obracający się w takich sferach. To nie była jego bajka. Mimo to grał tam własną, dziwną rolę - dla jednych księcia z bajki, dla innych delikatnej księżniczki.

- Dobrze... już... puść mnie proszę. - Przełamywanie strefy fizyczności w tym momencie, przełamywanie pewnego dystansu, wcale nie było tym, co byłoby przez niego pożądane w tym momencie. Zamrugał parę razy, przeciągnął znów rękoma po twarzy i usiadł na kamieniu wynurzającym się z cienkiej linii piasku. To nie był ten typ plaży, którym zachwycaliby się wszem i wobec. Może i złocisty piasek cieszył oko, ale wrastały w niego trawy, przecinały go kamienie. Laurent nie potrzebował zresztą niczego innego. Dla niego tu było idealnie. - Przepraszam. Nie wiem, co mnie opętało... wstyd mi za samego siebie. - Zawsze to robił. W kółko i w kółko to samo. Ale były różne rodzaje przeprosin w jego ustach. Bo chociażby te, które słał tamtym kobietom nie były wcale szczere. Wiedział, że nie ma ich za co przepraszać, ale to nie było istotne. To nie szczerość chcieli od niego kupować ludzie. A Philipowi naprawdę był winien przeprosiny, bo posunął się trochę za daleko w tym... tym amoku. Odetchnął kolejny raz. Uspokoił się, zbierał powoli w sobie, próbował zebrać te połamane i porozrzucane w chwili kawałki do kupy. Złożyć z tego na nowo siebie samego. A przy tym próbował przyswoić to, co słyszał, co się działo i w ogóle kto tutaj przebywał. Może powinien zamiast histerii płaczu wpaść teraz w histeryczny śmiech? Bo przecież to była jakaś tania opera mydlana. Co to ma być?

- Większość ludzi tak ma, Philipie. Nie chcą prawdy, chcą swoją wizję osoby, na jaką patrzą. - Tłumaczenie tego... takiego ogromu skomplikowania odczuć... och, Boże... czuł się jakby miał przed sobą duże dziecko, które bardzo chciałoby zrozumieć. Przeprosił. Zgrozo, Nott przeprosił. To był taki moment świata, w którym powinien Big Ben się odezwać, wróżki zlecieć i posypać brokatem, poklaskać. Niech zapiszą to w księgach, gazetach! Ciężar tych przeprosin był zadziwiający. Co musiał w ogóle czuć, żeby to słowo tak wypłynęło z jego ust, tak... naturalnie. Jakby zawsze je na tych ustach nosił. A nie nosił. Tak twardo uważając, że za nic przepraszać nie musi. - Ech... - Opuścił na moment głowę i wyciągnął z kieszeni spodni chustkę, żeby otrzeć zlepione przejrzystymi kroplami rzęsy i przetrzeć nos. Jak teraz czyste wydawało mu się powietrze, kiedy nabierał je w płuca... - Philipie... - naprawdę nie miał nawet pojęcia, jak zacząć, od czego zacząć, co mu powiedzieć, jak do niego dotrzeć. Wiedział tylko jedno - naprawdę Nott chciał słuchać. Co samo w sobie było w zasadzie bardzo... dziwne. Ta sytuacja była dziwna, spotkanie na statku było dziwne, czerwiec był dziwny. - Nie jestem taki, jak ty. Nie jestem kochanym synkiem rodziców, jestem solą w ich oczach. Nie obchodzi mnie, co taka Blackówna gada pod nosem i ile razy trzeba ją przeprosić. Ma mi dać to, czego od niej chcę. I mogę zrobić wiele, żeby to od niej dostać. Od niej i od jej podobnym. Może i to boli, może nie jest przyjemne... ale to tylko chwila. Może mnie wyzywać od ladacznic, ale koniec końców to ja zostaję z jej pieniędzmi w kieszeni. I jest mi tylko tej kobiety żal, że ma w sobie tyle jadu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#12
03.09.2023, 19:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2023, 19:47 przez Philip Nott.)  

Stojąc w dalszym ciągu przed tym mężczyzną, z dłońmi opartymi na jego ramionach, przyglądał mu się w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Gdy ta nadeszła, cofnął dłonie z ramion blondyna i cofnął się o krok do tyłu. Philip uwielbiał spędzać czas nad morzem, jednak brakowało mu tutaj złocistego piasku, na którym mógłby się wylegiwać w promieniach słońca niczym lew. Może powinien zaplanować swoją podróż do tego rodzaju raju na ziemi i spędzić tam dwa tygodnie.

— Zebrało Ci się na szczerość. — Philip potrafił bardzo długo nosić w sobie urazę i wybaczanie przychodziło mu z trudem, jednak teraz przyjął te przeprosiny. Zachowanie młodszego mężczyzny wskazywało na to, że widocznie na to wszystko zasłużył. Nie wskazywało za to na istnienie drugiego dna albo to on nie potrafił go dostrzec, jak to bardzo często się zdarzało. Do tego, co go opętało, powinien dojść sam Laurent i być może mu to powiedzieć. On opierał się wyłącznie na tym, co zdążył zaobserwować i usłyszeć.

— Zatem już wiesz dlaczego nie myślę o tym, co czują inni. — Postępując w ten sposób przede wszystkim dbał o swoje samopoczucie, na które tego typu rzeczy miałyby wpływy gdyby na to pozwalał. Oczywiście, to nie zawsze działało idealnie. W ostatnim czasie zdawało się zawodzić go przez cały czas. Zrozumienie tego wszystkiego było naprawdę trudne dla niego.

Wystosowane przez niego po raz pierwszy przeprosiny nie oznaczały tego, że porzuci tę zasadę. W ostatnich miesiącach zaczęło ciążyć mu naprawdę sporo rzeczy, zarówno starych i nowych. To jedno słowo nie przeszło mu tak gładko przez gardło jakby mogło się wydawać. W tym nawet nie pomagała wyuczona do perfekcji umiejętność występowania i odpowiedniej prezencji w świecie showbiznesu.

— Naprawdę masz o mnie takie wyobrażenie? Jeśli prowadzisz interesy z takimi ludźmi musisz postawić pewną granicę, zwłaszcza jeśli chcesz zająć swoje miejsce w tym świecie. Służalcza postawa zagwarantuje Ci jedynie pieniądze, ale skoro tego chcesz to nie mam nic do dodania. — Stojąc przed siedzącym na kamieniu Laurentem, przeczesał swoje targane wiejącym od morza wiatrem złote loki, ostatecznie splatając dłonie na swoim karku. Nawiązywał do tego, co sam Laurent powiedział mu zaledwie przed chwilą. Większość ludzi tak ma, Philipie. Nie chcą prawdy, chcą swoją wizję osoby, na jaką patrzą. Wyjątkowo, jak na siebie, nie szukał kolejnej sposobności do kłótni. Chciał słuchać. Chciał zrozumieć. Nie zdziwiłby się, gdyby Laurent odpowiedział twierdząco na zadane przez niego pytanie.

Prześledzenie całej jego biografii pozwalało namalować naprawdę piękny obraz złotego dziecka: kochanego synka rodziców, opływającego w niebotyczne bogactwa człowieka sukcesu, których dorobił się za sprawą spektakularnej kariery sportowej. Nie dostrzegali tego, co kryło się pod fasadą tego wyobrażenia na jego temat. Rodzice go kochają, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. O tym, że na pewnym etapie życia, jego ojciec zaczął przelewać na niego swoje ambicje niespełnionego sportowca, że ten czarodziej równie mocno, co go, kochał pieniądze, że w początkach kariery swojego syna zdołał podporządkować jej budowaniu życie swojego potomka i to zniszczyło ich relację, nie mówił głośno. Podobnie jak nie wspominał nikomu o korzystaniu z usług terapeuty, do którego drzwi może powinien znowu zapukać, o swoich skomplikowanych relacjach z bratem, z którym żył niczym pies z kotem.

Postępowanie Laurenta nie sprawi, że on zacznie się liczyć w świecie, którym rządziła czysta krew i pieniądze. Ta pierwsza nie płynęła w żyłach tego blondyna i najwyraźniej gonił on za pieniędzmi, jednak pewnych rzeczy nie powinno się wymieniać za galeony. Dotąd nie zamierzał akceptować tak służalczej postawy ze strony człowieka, z którym robił interesy, jednak jego starania okazywały się daremne. Ludzie przecież się nie zmieniają. Od niej i od jej podobnym. Od niego. Spoglądając ku niebu starał się ukryć grymas, który przemknął przez jego twarz. Nie było powodu o to pytać.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
03.09.2023, 20:26  ✶  

Lew. Było to idealne określenie na Philipa. Król zwierząt, jak go niektórzy nazywali, bardzo fałszywie, ale to nie miało znaczenia. To się nazywało: propaganda. Tak i Philip pewnie mógłby siebie samego uważać za króla. Nie, moment... Jego ojciec chciał mieć syna za króla. A syn, jak to bywało w tych czasach, chciał sprostać oczekiwaniom. Czy Laurent był w tym wypadku kimś, kto się wybił? Nie. Jego rodzina też oczekiwała, że zajmie się hodowlą, skoro ich córka wolała inny zawód. Nie wiedział, gdzie w tym wszystkim było jego prawdziwe pragnienie. Zawsze się zastanawiał, czy nie skończyłby zachwycając ludzi swoim głosem, który chciał czasem pokazać światu, ale zwyczajnie się wstydził. Nie czuł, że ma do tego siłę - zaśpiewanie komuś to jedno, ale całym tłumom? Tylko kto wie? Teraz to były tylko gdybania, a przecież czuł się szczęśliwy, kiedy mógł spędzić w samotności czas w tym lesie. Miał te drobne momenty dla siebie. Spojrzenia, które były ufne - a on ufał im.

- Szczerość? Nie. To nie było szczere. To nieprawda, że nic mnie to nie obchodzi. Chciałeś dobrze. Bardzo dobrze. Zrobiłeś dla mnie coś dobrego. To dla ciebie nowe, co próbowałeś zrobić, wiem, po prostu... - Zamknął na moment oczy. - Bardzo dużo się ostatnio działo złych rzeczy w moim życiu. A spotkanie cię przy Black było dla mnie upokarzające. - Więc to nie była szczerość. Za daleko to leżało od szczerości. - Mówienie takich rzeczy pod wpływem emocji, kiedy naprawdę się tak nie myśli, jest zwykłym wyżywaniem się. - Dlatego Philip zasłużył na w pełni szczere przeprosiny. Nie był pewien, do jakiego stopnia Philip to rozumiał, bo jego własna głowa była pełna myśli, emocji, wszystko przeplatało się ze sobą. Teraz nastąpił efekt domina. Black poruszyła kosteczką. Philip swoimi nieuważnymi słowami ją dopchnął. Dobrymi chęciami piekło brukowali - tak się zwykło mówić. Tylko że Laurent, jak to Laurent - był zbyt wyrozumiały.

- Nie potrafię nie myśleć o tym, co czują inni. Człowiek jest złożony z emocji, z potrzeb. Ze swojego bólu, przywar i pozytywnych cech. Blizny na ciele można zagoić, ale to, co masz tutaj... takich blizn zaleczyć się nie da. - Położył dłoń na sercu, spoglądając w oczy Philipa. - Lubiłem ogrzewać się w twojej niewzruszonej pewności siebie. W twojej sile. Czułem się bezpiecznie. - Laurent lubił takich ludzi - mieli to, czego brakowało jemu, ale słyszał wielokrotnie - nie musiał tego mieć. Philip jednak żył mając w uszach zupełnie inną melodię. Inny śpiew wtłoczony w żyły przez rodziców. - Myślisz, że te lata... że to wszystko było przypadkiem? Nasze rozmowy, wybierane tematy, moje gesty, komplementy? Nie, Philipie. Uczyłem się ciebie. Żeby było ci miło. - Opuścił wzrok. To dziwne przywiązanie... to nie była miłość. Ale to nie była też pustka. Gwałtownie ucięta więź sprawiała ból. Rana musiała się zagoić - lecz to była ta blizna, która nie znikała.

- Takie? To znaczy jakie? - Ach... czuły punkt. Trafił w czuły punkt. - Że jesteś kochanym synem swojej rodziny? Tak, Philipie i ośmielę się powiedzieć, że to nie jest tylko moje wyobrażenie. - Choć może było to za mocno ujęte, ale Laurent już tak miał - strzelał. Miał przed sobą tarczę i strzelał. Tutaj nawet ten strzał nie był daleki, tarcza była nieruchoma - tyle lat, nawet jeśli nie dzielili prywatnych, rodzinnych opowieści, robiło swoje. - To nie jest umniejszające ani ubliżające. Jesteś czarodziejem czystej krwi. Ciężko pracowałeś na swój sukces. Nie wiem, co działo się w twoim rodzinnym domu, ale jeśli chcesz wiedzieć, jakie mam wyobrażenie, to uważam, że wykształciłeś w sobie mechanizm samoobrony spowodowany przez rodziców. Uważam, że przez ojca. Słynny gracz, który przekłada na syna ambicje. Rodzicielka nie miała nic do powiedzenia. Brak ciepła i czułości przekładał się na hartowanie twojego charakteru, jak hartuje się stal miecza. Dobrze mi idzie? - Laurent był osobą, która analizowała wszystko, co dostawała od drugiej strony. Empatyczną, niezwykle czujną, zapisującą w pamięci szczegóły. Na przykład drobne niechęci w reakcjach Philipa na swojego ojca, które dopiero potem się trochę wyłagodziły. Czemu - tego nie wiedział. - Wyobrażam sobie dziecko, które nie miało czasu pobiegać z patykiem i poudawać, że to miecz czy różdżka na trawniku. Wiszące od rana do nocy na miotle. Dziecko, które unosiło wysoko głowę na przytyki i wołania innych, żeby z nimi pograł w gargulki, bo przecież "miał ważniejsze rzeczy do roboty", tak mu mówił ojciec. Mam wyobrażenie samotnego, opuszczonego człowieka, który w pogoni za marzeniem, które może nawet nie było jego, nie zdążyło doświadczyć najcenniejszych rzeczy na tym świecie. - Laurent mówił już spokojnie, powoli, nie opuszczając oczu z Philipa. Chyba nawet ten porywisty wiatr się trochę uspokoił. - Wiedziałem doskonale, że nie byłeś zainteresowany mną. Ale chciałem ci dać chociaż trochę ciepła i troski. Bo w moich oczach byłeś zawsze dobrym człowiekiem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#14
03.09.2023, 23:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2023, 02:14 przez Philip Nott.)  

Pod wpływem tak skrajnych emocji ludzie mówią to, co myślą. Przynajmniej tak myślał do tej pory na podstawie swoich doświadczeń (mówienie tego, co myśli w wielu sytuacjach przychodziło mu łatwo... choć potrafił omijać niewygodne dla siebie kwestie; w tym był wręcz mistrzem) i własnych obserwacji poczynionych w swoich kręgach. Miło zostać docenionym, kiedy starało się zrobić coś dobrego samemu z siebie zamiast pod publiczkę. Przynajmniej na moment. Pozwolił sobie na przelotny uśmiech.

— Spełniłem swoją wewnętrzną potrzebę kłótni. — Wypowiadając te właśnie słowa nie chciał przypomnieć Laurentowi, że to właśnie powiedział do niego. To było dla niego nowe i dlatego wolał odwrócić trochę kota ogonem od tego, że ten blondyn miał rację co do niego w tej sprawie. — Nie napisałeś mi o tym. Było minęło. — Co prawda nic się nie układało w ostatnim czasie i pozostawał za bardzo skupiony na siebie, ale też Laurent nie wysłał mu nawet sowy z krótkim listem. Wzruszył ramionami.

— To będziesz chłonąć to jak gąbką wodę. — Zdaniem Philipa bycie nastawionym na odbieranie tego wszystkiego od innych doprowadzi do tego, że po prostu się pęknie. Jeśli komuś to odpowiadało to należało to zaakceptować, ale on nie chciał tego dla siebie. W zupełności wystarczały mu jego własne emocje i potrzeby, własny ból, przywary i zalety. Nie brakowało mu blizn. To był przejaw zdrowego egoizmu, który jedynie został przez niego rozdmuchany.

W następnych chwilach z ust Laurenta padły słowa, pod którymi niemalże ugięły mu się nogi. Philip pozostawał świadom, że potrafił przyciągnąć do siebie ludzi, że do niego lgnęli z różnych powodów. Jeśli wierzyć słowom Laurenta to nie przyciągnęły go, co wszystkich innych. Nie posiadania przez niego sława ani nie pieniądze, tylko charakteryzująca go pewność siebie i siła oraz gwarantowane przez nie poczucie bezpieczeństwa. Jeśli w tamtej chwili stanął na niepewnym gruncie, tak teraz on się gwałtownie poruszył jakby miał się osunąć mu spod nóg. Wszystkie jego myśli w jednej chwili się rozbiegły i nie chciały wrócić na właściwe tory. W tym momencie powróciło wspomnienie ostatniej ich rozmowy na tym statku, uderzające w niego z impetem uderzającego o lodowiec Titanica. Przemknął nerwowo językiem po dolnej wardze. Przez te parę chwil dosłownie nie wiedział, co powiedzieć i o co zapytać. To dopiero klarowało się w jego głowie i docierało do właściwego miejsca, na koniec języka.

— Lubię... lubiłem twoje towarzystwo... to wszystko, o czym mówisz i to naprawdę było miłe... ale to zaprzeczenie tego na, co się umawialiśmy lata temu... jeśli chodzi o to na statku... — Wszystko to, co miało się tak wyklarować w jego głowie, opuściło jego usta w sposób daleki od pożądanego. Wszystko było ze sobą połączone, choć w bardzo skomplikowany sposób. Rozwiązał to po swojemu w najprostszy możliwy sposób, po prostu przecinając te splątane więzy z powodu własnych obaw odnośnie przyszłości i tego, co mogło się pojawić z jego strony pod wpływem zachodzących w jego życiu zmian. Bo zdawał sobie sprawę z tego przywiązania. Z biegiem czasu, w trakcie tego spóźnionego procesu dojrzewania, jego oczekiwania mogą wzrosnąć i mógł zacząć chcieć wszystkiego.

Nie było sensu zaprzeczać i dlatego skinął twierdząco głową. Po pierwszym udanym trafieniu w czuły punkt następowały zawsze kolejne i nie pomylił się. Nie przewidział jedynie tego, jak bardzo Laurent będzie w tym skuteczny. Jesteś lepszy nawet od mojego terapeuty, może powinieneś zmienić branżę? Zbiłbyś prawdziwą fortunę. Teraz to już potrzebował sobie usiąść na jednym z wyrastających na piasku kamieni, tak by nie upaść. Nie musiał odpowiadać. Zdradzały go napięte niczym struna plecy, wyostrzone rysy twarzy przy sporadycznie praktykowanym przez niego unikaniu kontaktu wzrokowego.

— Nie jest to dalekie od prawdy... przed rozpoczęciem nauki w Hogwarcie latałem już na pełnowymiarowej miotle. Chciałem tego. — Musiał przyznać, że Laurent nie był daleki od prawdy. Tutaj nie wszystko się zgadzało - Philip wprost uwielbiał latać na miotle i chciał zostać zawodnikiem Quidditcha. W tym również miał udział jego ojciec, który na pewnym etapie życia stanowił dla niego wzór do naśladowania. Ten sam człowiek niemalże sprawił, że porzuciłby podążanie tą drogą. Philip pragnął również sławy, którą ostatecznie zdobył. Ona miała to do siebie, że jej blask rzucał długie cienie.

Nie spodziewał się takiego wyznania. Wszystko to pogłębiało stan zagubienia, w którym się znajdował od dłuższego czasu. Nie zdarzało się aby coś takiego słyszał od swoich kochanków, z którymi dotąd nie łączyło go coś takiego i nie miało w tych relacjach znaczenia to, jakim jest człowiekiem. Nie za bardzo wiedział, co powiedzieć.

— Czy Ty kiedykolwiek chciałeś...? Chcesz powiedzieć, że...? Mam straszny mętlik w głowie... bo Cię lubię — Zadając te na wpół urwane pytania starał się odnieść do słów Laurenta. wskazujących na coś więcej, na oczekiwania Laurenta odnośnie ich znajomości i posiadane przez niego przeczucia co do zainteresowania kimś. Pomimo tego osobistego dramatu, w którym główną rolę grał on i Loretta, to nie o nią chodziło. Potrzebował zrozumieć kolejną rzecz, nawet jeśli to miało miejsce po tylu latach. Póki co Laurent widział w nim dobrego człowieka, ale może powinien widzieć w nim beznadziejny przypadek idioty.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
04.09.2023, 11:17  ✶  

Oczywiście, że miło. Każdy chciał zostać docenianym. Chciał, żeby jego starania przynosiły jakiś sukces, nawet jeśli nie zawsze się to udawało. Philip był delikatny jak słoń w składzie porcelany. Czyli wcale. Mówił to, o czym myślał i to wcale nie było złe. Nie potrafił też ubierać tego zdania w delikatną woalkę, obszywać ją welurem - Laurent to naprawdę rozumiał i akceptował. Jeśli ktoś się stara, naprawdę próbuje wyjść ze swojej strefy komfortu, wkroczyć w świat duszny, dość nieprzyjazny i niepoznany, a potem dostaje w zamian tylko negatywy to uznaje, że nie ma to sensu. Bo po co się starać, skoro zawsze potem dostaniesz w łeb? Po co się gimnastykować, wysilać? Szczególnie, że taka osobowość jak Philip mogła się do tego zniechęcić bardzo szybko, a Laurent chciał osiągnąć skutek odwrotny. Chciał mu pokazać, że warto. Tylko w sumie... dlaczego? Nie powinno go to w zasadzie obchodzić, skoro układ został zakończony. Układ - tak. Więź? Więzi się nie da przeciąć jednym słowem. Philip się uśmiechnął ulotnie i to samo zrobił Laurent na jego komentarz, że spełnił swoją wewnętrzną potrzebę kłótni. Zgoda, to w zasadzie była prawda. To jest - odarta z tego, że Laurent wiedział, że chciał dobrze, że się za nim wstawił, że normalnie pewnie by przeszedł obojętnie. Albo i nie, bo miałby gorszy dzień i szukałby zaczepki. To, że faktycznie dogadywać innym lubił po prostu jakże wygodnie i gładko się z tym łączyło.

- Przyszedłeś do mnie burząc nasz układ. Potem oświadczyłeś, że odezwiesz się dopiero, jak poukładasz swoje myśli. Naprawdę miałem do ciebie pisać? - Jak on sobie to wyobrażał? Zresztą w tamtym momencie co to w ogóle było między nimi? Miał nagle żebrać o uwagę, której Philip zresztą mu odmówił? Nie. Nie chciał, nie zamierzał i nawet wtedy nie myślał o Philipie, kiedy naprawdę przysłowiowe szambo wybuchło.

- Kiedy ludzie się rodzą mają już swój charakter. - Miał wrażenie, że Philipowi to trzeba było wyjaśnić naprawdę OD PODSTAW. Cisnęło się na język, że z całym szacunkiem, ale jest on ostatnią osobą, która powinna mówić, co będzie się działo z emocjami i co się z nimi dzieje. Laurent jednak nie chciał go kąsać, mimo tego, że był trochę naprężony. Wąż o tęczowych łuskach patrzący na lwa. - On potem kształtuje się zależnie od otoczenia, wydarzeń, poznanych ludzi. Można nad nim pracować. Dopóki jednak nie wydarzy się coś, co łamie charakter danej osoby, nie staną się cuda. Ty nigdy nie staniesz się uwrażliwionym empatą. Ja nigdy nie stanę nie będę niewrażliwy na ludzi. Pracowałem na to, żeby nie chłonąć wszystkiego jak gąbka, jak to określiłeś i nie chłonę wszystkiego. To nie jest jednak tak, że pstryknę palcami i się odłączę. Ludzie są różni, różnie przeżywają świat i mają różnie ułożoną emocjonalność. - Philip naprawdę widział tylko kraniec swojego nosa. Wiedział to, ale słuchanie, jak bardzo nie pojmuje tego, że inni tak nie mają, albo że wybierają sobie chyba, jego zdaniem, własne cierpienie na życzenie było... bardzo absorbujące. Pokazywało to świat w pełni oczami drugiej osoby i przynajmniej Laurentowi mówiło bardzo wiele.

- Nie. To nie jest zaprzeczenie tego, na co się umawialiśmy. Dostawaliśmy dokładnie to, czego od siebie potrzebowaliśmy. Wiem, że lubiłeś moje towarzystwo, bo dawałem ci coś innego. Choć nigdy o tym nie pomyślałeś i nie zastanowiłeś się nad tym, czemu to było inne. - I tutaj też był pewien, że miał rację. - Nie zastanowiłeś się nawet nad tym, dlaczego traktowałeś mnie odrobinę inaczej. A jednak to było gdzieś w twojej głowie. - W podświadomości. Laurent dotknął palcem swojej skroni. Owszem, były na pewno w życiu Philipa osoby, które traktował specjalnie, które cieszyły się jego względami, blondyn nie wnikał, ile ich było, jakie to były względy i jak długo ciągnęły się te znajomości, zanim coś... coś się wydarzyło. Zapewne wychodziło pożądanie tego, by coś od Philipa dostać. Bo chcieli właśnie tego - pieniędzy, sławy, albo jeszcze innego dobra materialnego. Ewentualnie tego, czego Philip dać nie mógł - miłości. Tej prawdziwej.

Laurent zdawał sobie sprawę z tego, że Philipowi nie będzie miło słyszeć tego, co blondyn uważał. Bo nie sądził, żeby miał złe wyobrażenie o przeszłości Philipa. Niedokładne, bo brakowało mu danych, niektóre rzeczy mogły się zmienić - bo może to jednak jego matka tak naciskała? A ojciec jednak był zdania, żeby szedł inną drogą? Mogło tak być. Ale Laurent zawsze strzelał w najbardziej prawdopodobne jego zdaniem wyniki. I wiedział doskonale, że był dobrym strzelcem. Chyba jednak pora była uświadomić Philipowi, z kim miał do czynienia. Dać mu mały teaser tego, co działo się przez te wszystkie lata i że to wszystko Laurent zamieniał w miód dla niego, ale mógł zamienić w broń. Bardzo bolesną dla Philipa broń. Nie przyszło mu to nawet do głowy, bo niby czemu miałby chcieć tego człowieka zranić? Łączyło ich dużo dobrego, kilka zdań tego nie skreślało. Widział, że Philip przeżywa to mocno, głęboko i nie przerywał tego. Dał mu dokładnie tyle czasu, ile potrzebował.

- Pytasz, czy chciałem powiedzieć, że cię kocham? Nie, Philipie. - Mógł to ubierać w różne słowa, ale to, czego potrzebował Philip teraz to konkrety. Nie chciał i nie zamierzał tworzyć mętliku w jego głowie. - Nie trzeba od razu mówić o wielkiej miłości, by być w kimś zauroczony, czy żeby kogoś lubić. - Laurent zakochiwał się każdej nocy, by odkochać się o poranku, kiedy opuszczał jego dom. I nie przestawał przez to go lubić. - Nie będę oceniał twoich odczuć względem mojej osoby, bo wierzę, że mnie lubisz. Możesz się ewentualnie zastanowić, kogo właściwie lubisz. Mówiłeś mi, że ludzie patrząc na ciebie przez określone pryzmaty i nie ma znaczenia, kim jesteś naprawdę. Nie ująłeś tak tego, ale wiem, że w gruncie rzeczy to miałeś na myśli. Ale ty, Philipie, robiłeś to samo. Więc patrząc na mnie zastanów się, kogo widzisz. Bo ja znam ciebie. Ty mnie nie. - I może to była kolejna bardzo bolesna prawda, ale skoro sam chciał wiedzieć, skoro teraz chciał naprawdę słuchać, zastanawiać się nad tym, badać samego siebie i... poznawać w zasadzie Laurenta to selkie nie miał powodów, żeby mu tego odmawiać. Mógł pomóc mu otworzyć oczy - jeśli Philip naprawdę tego pragnął. Natomiast wolał obserwować pilnie, żeby się nie okazało, że to wcale nie było dla Philipa takie dobre. To, co się z nim działo od miesiąca mogło mieć bardzo różne skutki. - Niewiele brakowało, a nie miałbyś okazji mnie poznać. - Dodał ciszej. - Miesiąc temu prawie zmarłem. Ktoś próbował mnie zabić we śnie. Mówisz, że powinienem nie dawać się tak traktować jak potraktowała mnie Black. Wiesz, co jest cenniejsze od chwili upokorzenia i pieniądza? Spokój. Żyjemy w mrocznych czasach. Patrząc na ludzi, którzy do mnie przychodzą zastanawiam się, który z nich pojawi się tutaj kiedyś w masce i będzie chciał skończyć mój plamiący rodowód czystej krwi żywot. Moje... nic nie warte, słabe, kruche życie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#16
04.09.2023, 17:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2023, 22:11 przez Philip Nott.)  

Należało oddać Laurentowi to, że miał rację. Wypowiedziane przez niego słowa były dla niego niemiłym przypomnieniem podjętych w ostatnim czasie decyzji, z czego większość z nich była błędna. Nie powinien był w ogóle przychodzić i tym samym burzyć tego układu. Może nie powinien się tak odcinać, nawet jak chciał poukładać swoje myśli. Po prawdzie na wiele się to nie zdało. Laurent uszanował jego wolę i przestrzegał tego układu, jaki ich wówczas łączył.

— Nie powinienem był przychodzić. Dostosowałeś się do tego, czego chciałem. Jak spojrzeć na to w ten sposób to nie. — To było coś, co musiał przyznać. Sam postanowił zwierzyć się z tego, co go męczyło i to mogło działać w dwie strony. Przynajmniej w teorii. Wiele oddałby za to aby przestać być bohaterem tego osobistego dramatu. Jego udział w nim stanowił doskonały sposób na zrujnowanie swojego dotąd poukładanego życia. Na razie nie stała się żadna z tych dobrych rzeczy, które mogły na niego czekać w niedalekiej przyszłości.

— Wydaje mi się, że wiem do czego zmierzasz. Masz rację, nie stanę się... ale chcesz powiedzieć, że mógłbym nad tym trochę popracować. To było tylko moje wrażenie. — Wydawało mu się, że dobrze zrozumiał co Laurent chciał mu przekazać na podstawie tego, że naprawdę widział koniec własnego nosa. Dojście do takiego wniosku przez niego to już coś, ale wprowadzenie tego w życie i rozpoczęcie faktycznej pracy nad sobą to dwie różne rzeczy. Zwłaszcza w jego przypadku.

— Nie ma sensu zaprzeczać. — W tym momencie ich rozmowa weszła na takie tory, że w pierwszej chwili chciał ją uciąć. Przez to, że Laurent miał rację. Wchodząc w ten układ chodziło mu o seks... ale tak, polubił towarzystwo Laurenta, bo dawał mu coś innego i było to miłe, było to inne. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, pozwalał temu trwać tak długo jak to było możliwe. Do momentu, w którym to zakończył na swoich zasadach. Pewnych rzeczy nie dawało się cofnąć, nawet jeśli by się tego chciało po uświadomieniu sobie, że podjęcie tak poważnej decyzji jest nieodwracalne. Pozostawały tylko konsekwencje.

— Doceniam szczerość. — Może powinien poczuć się zawiedziony z tego powodu, jednak tak nie było. Dzięki temu ten układ mógł trwać przez ten cały czas, zanim to spieprzył. Pozostaną mu miłe wspomnienia. Teraz musiał znaleźć własną drogę, która mogłaby się okazać tą właściwą dla niego. Otworzyć się na nowe doświadczenia. Przez lata trwania tego układu zdołał się przyzwyczaić, polubić jego elementy, o których wcześniej wspomniał Laurent, którego traktował zgoła inaczej, niż większość swoich kochanków. Było to coś niespotykanego. Jedna rzecz nie dawała mu spokoju, jednak o to nie zapytał. Pomijając to, że zdarzało się robić im interesy, to czy i tak liczył na dodatkowe materialne korzyści?

— Widzę w tobie dobrego, miłego człowieka, z którym podzielałem pewne pasje, mającego rękę do magicznych zwierząt jednak za bardzo goniącego za pieniędzmi kosztem własnej godności. Widziałem za to kogoś, kto miał pewną wizję stworzenia tego miejsca, którą postanowiłem wesprzeć. — Uświadomił sobie to, że tak naprawdę... nie wie kogo lubi, kogo tak naprawdę widzi, że tak naprawdę nie zna Laurenta. Mógł lubić swoje wyobrażenie na jego temat, powstałe na podstawie tego, że łączyły ich podobne zainteresowania i bardzo odpowiadały mu ich schadzki. To samo mógł powiedzieć o wielu innych osobach, które spotykał na swojej drodze. Z tą różnicą, że Laurent zdawał się znać go naprawdę. Mógł spróbować choć nie zakładał sukcesu. Nie była to tak wnikliwa analiza, jakiej dopuścił się Laurent względem niego. Pomimo własnej spostrzegawczości widział to, co chciał widzieć.

— W co Ty się wpakowałeś, że ktoś próbował zabić Cię we śnie?! — W pierwszej chwili miał wrażenie, że się przesłyszał. Pobladł gwałtownie, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Zrozumiał to w taki sposób jak wszyscy: Laurent podpadł jakimś ludziom, którzy zamierzali go zabić w środku nocy, podczas snu. Zaniepokoiło go to. — Spokój jest ważny, ale niezależnie od tego jak bardzo byś się płaszczył przed tymi ludźmi, to nie powstrzyma ich od tego. Możesz jedynie stanąć naprzeciw im. Twoje życie nie jest nic nie warte. — Sam cenił sobie spokojne i poukładane życie w swoich standardach. Przy takich ludziach należało być gotowym do walki zamiast kierować pobożne życzenia i liczyć, że nie przyjdą kogoś zabić.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
05.09.2023, 11:00  ✶  

Problem Philipa nie polegał na tym, że miał dramat. Polegał na tym, że on sam tworzył z siebie tego głównego bohatera. Laurent nie spodziewał się po nim niczego innego - taki był. Ale to, jak to wszystko zostało rozegrane, że w ogóle do niego przyszedł tamtego dnia, ulżył sobie i potem rzucił... może Laurent powinien nazywać rzeczy po imieniu - że poczuł się zwyczajnie wykorzystany. Sądząc po minie i słowach Notta chyba sam jednak dotarł do takich wniosków. Albo i nie. W tym momencie nie potrafiłeś już powiedzieć, co mu po głowie chodzi i w jakich kierunkach jego myśli wędrują, bo stworzony chaos z tego, jak sam przełamywał swoją ścianę ego był bardzo konfundujący. Zapewne zresztą dla nich obu. Mleko się rozlało więc już nie było sensu nad tym rozpaczać i płakać. Lepiej poświęcić te siły, żeby kuć z tego, co się ma. A przecież nie mieli wobec siebie złych intencji, wręcz przeciwnie. Nie zamierzał go teraz tym katować, chyba nawet by o tym nie wspomniał, gdyby Nott sam nie stanął na tym temacie nie zastanawiając się nawet nad tym, do jakiej sytuacji sam doprowadził.

- Zgadza się, gdybyś chciał - mógłbyś. Ale przede wszystkim chodzi o to, że jeśli będziesz mierzył wszystkich ludzi miarą siebie samego to ciężko ci będzie o porozumienie. - Ciężko, żeby ich nie odtrącał, bo jednak niewiele osób było tak wyrozumiałych i tolerancyjnych jak Laurent. Starał się racjonalizować wszystko i tłumaczyć nawet to, kiedy ktoś cię krzywdził i mówił coś przykrego. Do pewnego stopnia, rzecz jasna, ale to i tak nie było w żadnym razie dla niego samego dobre i zdrowe. Laurent też miał w tym swoją przesadę, tylko w zupełnie innym odcieniu niż Philip. Stanowili dwa krańce tego samego w zasadzie problemu, prezentowali dwie skrajności. Laurent starał się nad tym pracować i mieć wyczucie, kontrolować się w pewnych wypadkach. Byli jednak ludzie, do których po prostu miał słabość.

Rozłożył lekko ręce na boki, jakby chciał pokazać całego siebie. Kompletnie zmęczoną teraz wersję siebie, zresztą wyglądającą byle lat z tą nieco rozpiętą koszulą i pogubionymi częściami garderoby po drodze. Oczywiście - powiedział wszystko dobrze. Powiedział dokładnie to, co widzieli wszyscy, którzy go znali - tak po prostu. Ludzie, z którymi nie utrzymywał kontaktu, ale z którymi się spotykał na bankietach, albo przychodzili, żeby pojeździć konno czy na abraksanach. Mało to było odkrywcze. I to nie chodziło nawet o to, że Laurent go oszukiwał, że się krył. Philip po prostu nigdy nie był uważny i nigdy nie był zanadto zainteresowany. Co mu zresztą nie przeszkadzało, był tego świadom. Teraz też nie miał żadnego żalu wobec niego - powiedział to tylko po to, żeby pomóc mu uświadomić sobie, co robił nie tak w swoim życiu, że doprowadziło go to do obudzenia się z marazmu i odkrycia, że nigdy nie doświadczył czegoś głębszego. Że nie ma przy nim... w zasadzie nikogo.

- W nic się nie wpakowałem. Najwyraźniej miałem pecha. - Człowiekowi jakoś było lepiej, kiedy znajdował powód tego, co się działo. Kiedy miało to logikę, było poukładane. Gdy coś działo się tak po prostu, tak bez powodu, to chciało się ciągle znaleźć tą odpowiedź na pytanie: dlaczego? Laurent też próbował szukać - bezskutecznie. Po prostu miał pecha. Nie było powiązania, miał pecha. Uśmiechnął się delikatnie na jego ostatnie słowa, a konkretniej - na jego ostatnie zdanie. Opuścił na moment wzrok na piasek pod nogami, zanim go podniósł z powrotem. - Dziękuję. Zawsze lubiłem twoje zapewnienia, komplementy. Jakby były jedyną możliwą prawdą do przyjęcia w tym świecie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#18
05.09.2023, 18:21  ✶  

Podejmowanie przez niego szeregu złych decyzji w końcu zadziałało niczym efekt domina, które nie było tak łatwo pozbierać i ułożyć na nowo, co nie znaczy, że się nie starał. Dzisiaj zyskał nieco odświeżoną perspektywę, którą mógł spróbować wykorzystać.
— W twoich ustach brzmi nad wyraz prosto... jednak takie nie jest w rzeczywiści. Przestać mierzyć ludzi swoją miarą. — Philip naprawdę chciałby tak wiele rzeczy było naprawdę prostych. Zmiana wszystkich swoich przyzwyczajeń i sposobu postrzegania drugiego człowieka do nich się nie zaliczała. Jego zdaniem Laurent powinien dostać jakiś medal za to za swoje postępowanie, bo tak wyrozumiali i tolerancyjni ludzie nie zdarzali się często, choć dzisiaj przekonał się, gdzie leży jego granica. Nie zdołałby czegoś takiego osiągnąć niezależnie od ogromu pracy w to włożonej.

Nie takim chciał oglądać Laurenta, jednak teraz nie patrzył na swoje wyobrażenie tego człowieka. Ono było idealne. Nie zmieniało to faktu, że naprawdę go nie znał jak powinien był znać i nie zadał sobie trudu aby wykazać się faktycznym zainteresowaniem. Dokonane spostrzeżenie tego rodzaju nie należało do przyjemnych doświadczeń, ale w tym nie ma dziwnego jak przez całe lata utrzymywało się jedynie powierzchowne znajomości i wchodziło się w przelotne, trwające jedną noc związki zamiast zbudowania jednego trwałego z kimś wyjątkowym. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.

— Jak sobie z tym radzisz? — Początkowo chciał zapytać jak do tego doszło, jednak był świadom, że niektórzy ludzie są zdolni do popełnienia morderstwa z różnych pobudek. Skoro rozmawiają to niedoszły morderca został powstrzymany, a przynajmniej tak sądził. Ważniejsze było, jak Laurent sobie z tym radził. Postanowił go teraz wysłuchać i to sprawiało, że z jego ust musiało paść takie a nie inne pytanie. Gdyby go ktoś próbował zabić w środku nocy, we własnym łóżku, chyba by mu odwaliło.

— A nie są? — Zapytał w odpowiedzi na słowa tego mężczyzny, uśmiechając się przy tym zaskakująco ciepło. Miło było usłyszeć coś takiego z ust swojego byłego kochanka, o którym pod tym względem nie zmienił zdania i już raczej nie zmieni.

— Opowiem Ci o czymś, co mnie spotkało w marcu. A mianowicie... od rodziny zmarłej w tym miesiącu czarownicy nabyłem podczas organizowanej przez jej krewnych aukcji posążek. Spodobał mi się. Postanowiłem go pokazać swojemu kuzynowi, Kaydenowi, który interesuje się takimi bibelotami. Okazało się, że posążek został przeklęty... nie była to jakaś poważna klątwa, bardziej można było ją przyrównać do szczeniackiego żartu jakie robiłem w Hogwarcie... bo moja skóra zaczęła zmieniać niekontrolowanie kolor. Musiałem wezwać uzdrowiciela na prywatną wizytę. Nie mogłem się tak pokazać na Ulicy Pokątnej. — Zaczął snuć tę jakże fascynującą i zarazem niezwykle zabawną opowieść o tym, co go spotkało. Mogło to pomóc rozładować atmosferę po tym wszystkim, o czym rozmawiali do tej pory. Chociaż w tamtym momencie nie było mu do śmiechu, ale w tym nie ma nic dziwnego. W momencie, w którym przyszedł Kayden, jego skóra jego rąk przybrała odcień dojrzałych jagód, natomiast twarz i szyję miał szmaragdowozieloną. Uzdrowicielka wystawiła mu niebotycznie wysoki rachunek, jednak liczył się z takimi kosztami, bo ta klątwa mogła wpłynąć na jego wizerunek.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#19
05.09.2023, 21:43  ✶  

- To prawda. Nie jest to proste. I jest związane z tym, do jakich sam też wniosków dotarłeś. - Tego, że nie na wszystkich opłacało się uważać i nie wszystkimi warto było sobie zawracać głowę nie trzeba było mówić. Nie Philipowi. Sam to wiedział i Laurent był więcej niż pewien, że nie będzie poświęcał swojego umysłu ludziom, którzy nie mieli dla niego żadnej wartości, a nawet prezentowali sobą wartość rynsztoka. Bo takich nie brakowało. Świat był jednak szeroki i obowiązywało dokładnie to, co mu już powiedział - żeby trafić na odpowiednią osobę trzeba było się dobrze rozejrzeć. I przede wszystkim szeroko otworzyć swoje oczy. Najłatwiej było przegapić to, co miało się pod nosem od lat... prawda, panie Nott?

Podniósł się powoli, otrzepując wolnym ruchem spodnie. Kolejne odetchnięcie i kolejny atak dreszczy - ale te już były przyjemne. Mówiły o spokoju. O tym, że te emocje uszły, że zostały wypłakane. Wykrzyczane. Nie był to najbardziej dostojny sposób na to, żeby poradzić sobie z własnym bałaganem, ale trudno - stało się. A Philip nie wydawał się wcale tym zrażony. Z jakiegoś niezrozumiałego zresztą dla Laurenta powodu. Oczywiście, powiedział już kilka nawet razy (!), że go "lubi". Bardzo... mistyczne znaczenie. Chyba nie chodziło mu o zwykłe "lubienie". Nie bardzo tylko jednak wiedział, do jakiego stopnia powinien się przychylać i czy powinien obawiać się tego, jak teraz mogło bić serce Philipa. Nie zamierzał za to dać się zwariować (łatwo powiedzieć) i dopisywać rzeczy niestworzonych. Nie oszukujmy się - miał do tego tendencje. Kolejna rzecz, jaką starał się w sobie kontrolować i wyprowadzać ją do jakiegokolwiek pojęcia "zdrowia".

- Cóż... jest jakaś skala radzenia sobie dobrze z takimi problemami? - Uśmiechnął się, prostując i zapiął na nowo guziki koszuli, poprawiając kołnierzyk, żeby odpowiednio układał się wokół szyi. - Widziałem osoby, które radzą sobie lepiej. Mam napady paniki. Czasem ciężko mi złapać oddech... jak dzisiaj, przed chwilą. - Nie tak bez powodu, ale kiedy pojawiały się mocne emocje, gdy przestawał czuć się bezpiecznie to ciągnęło się to trochę za nim. Tak, to zdecydowanie nie było proste radzić sobie z tym, że ktoś próbował cię zabić. Jeszcze mniej proste było radzić sobie z tym, że ktoś próbował cię zabić we własnym łóżku. A nawet dalej - we śnie. Nie było włamania, nie było alarmu, niczego nie było. Nikt go nie mógł przed tym obronić. A jednak Brenna się w tym śnie pojawiła. Ze wszystkich osób - właśnie ona. - Uważam, że radzę sobie... całkiem dobrze. - Jak ze wszystkim. Laurent właściwie uważał, że prawie ze wszystkim sobie radził dobrze, kiedy o tym mówił. Bo kiedy zostawał sam to nagle śpiewka się zmieniała.

Nie odpowiedział na jego pytanie, retoryczne w jego mniemaniu, dotyczące tego, czy nie były. W chwili wypowiadanej - tak. Czego jak czego, ale jak już ustaliliśmy - pewności siebie akurat nie brakowało temu mężczyźnie. Laurent przeczesał palcami włosy i ruszył z powrotem w kierunku stajni. Mimo wszystko nie sądził, żeby Philip przybył tutaj przypadkiem... a zresztą dotarło do niego, że zapewne jest tutaj w zastępstwie dla swojego ojca. Ucieszyła go taka mała rzecz, że blondyn przeszedł do opowiadania o tym, co go ostatnio spotkało. To było takie... normalne. Przyjemne. Tylko niekoniecznie spodziewał się tam usłyszeć o Kaydenie. Bo jakoś wątpił, że chodzi o innego Kaydena, który akurat interesuje się posążkami.

- Kayden Delacour to twój kuzyn? - Zapytał mimo to, żeby się upewnić. Och... coś takiego mu się chyba jeszcze nie przytrafiło, to było wręcz odrobinę... niezręczne? Jakby jednak... niepoprawne? Może to było jakieś dalsze pokrewieństwo? Nawet nie był pewien, czy chciał to wiedzieć w tym momencie. Ta nowinka troszkę mu przyćmiła całą opowieść. - Musiałeś wyglądać przeuroczo. - Zażartował delikatnie. - Masz szczęście, że to się pokazało już w domu, nie na samej aukcji... - I całkowicie miał na myśli to, co powiedział. W końcu Philip by chyba powyrywał sobie włosy, gdyby prasa zaczęła się z niego nabijać. - Swoją drogą... słyszałem, kto zaplótł dla ciebie wianek. - Zerknął na Philipa niepewny jak zareaguje na to "odkrycie". I czy się dogadał z tą kobietą, którą nazywał tentaculą. - Przyznaję, że tego się nie spodziewałem. Że ze wszystkich osób weźmiesz wianek od niej. - Czy to coś znaczyło? Ten wianek? Laurent zrobił go dla Philipa naprawdę z czystej sympatii... ale to nie było to samo, co na Beltane. I dzięki bogom, bo byłoby straszne zamieszanie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Lew Salonowy
Seeking to be whole
Driven by passion
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Philip to mierzący 173 cm wzrostu wysportowany mężczyzna. Niebieskooki blondyn, którego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach i promienny uśmiech. Jego znakiem szczególnym są dołeczki w policzkach oraz promienny uśmiech. Przywiązuje dużą uwagę do swojego wizerunku, dopasowując swój ubiór do każdej sytuacji. Roztacza wokół siebie aurę niezachwianej pewności siebie.

Philip Nott
#20
05.09.2023, 23:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.09.2023, 23:20 przez Philip Nott.)  

— To również muszę sobie poukładać. Będzie to znacznie prostsze, jak tak myślę. — Podczas prowadzonej przez nich rozmowy dołożył kolejną pozycję na liście rzeczy do poukładania sobie. W przypadku połowicznie, bo chodziło o osoby, którym mógł świadomie okazywać więcej swojego zainteresowania i uwagi. Może w ten sposób dać się zaskoczyć tym, co odkryje na temat osób, które darzy swoją przyjaźnią. Nie chodziło teraz wyłącznie o Laurenta, ale o pozostałych ludzi ze swojego otoczenia, z którymi lubi się spotykać.

Widząc, że Laurent się podnosi, sam postanowił się podnieść. Ten kamień nie był tak wygodny, jakby chciał. Również otrzepał swoje spodnie. Wypadałoby wracać i zająć się tym, po co tak naprawdę tutaj przyszedł. Nie planował tego wszystkiego, co miało miejsce - kłótni z obiema Blackównami i całego zajścia z Laurentem. Stało się i minęło, choć wyniknęło z tego coś dobrego jak teraz o tym myślał. To, co spotykało od czasu Beltane, nie pozostawało bez wpływu na niego i nie tylko on to zauważał.

— Ciężko mi to powiedzieć, bo jak dotąd nikt nie próbował mnie wykończyć. — Odpowiedział całkowicie poważnie. Prawda była taka, że każdy kto go lepiej zna, może temu nie dawać wiary, że nie napotkał kogoś na swojej drodze, kto próbował go pozbawić życia. — Rozważałeś terapię? Ostatnio to staje się coraz popularniejsze. — Zawahał się przed zadaniem tego pytania. Ostatnie czego potrzebował to Laurent uznający, że ma go za wariata. Jednak mówił z własnego doświadczenia, tylko się nie przyznawał do tego. To rozmowa na inny moment.

— Polemizowałbym skoro masz napady paniki. — Zauważył w swoim mniemaniu całkiem słusznie. Philip dobrze znał tego typu sformułowania, bo sam często je stosował. Stanowiło to iluzję prawdy, którą można usłyszeć wyłącznie od kogoś. Podążył za Laurentem, zmierzając również stronę stajni. Nie przerywał swojej opowieści o tym, co go spotkało w marcu. Co prawda, teraz był lipiec, ale to nie zmieniało faktu, że warto było o tym opowiedzieć.

— Tak, od strony mojej matki... Arethy Selwyn. Na pewno o niej słyszałeś. Znacie się? — Opowiadając o tym, co go spotkało, nie wspomniał nazwiska kuzyna. Zrobił to dopiero sam Laurent, czym bardzo go zaskoczył i tego w żaden sposób nie był w stanie ukryć. Zadane przez niego pytanie można uznać za retoryczne, skoro młodszy mężczyzna podał nazwisko jego kuzyna. Oczywiście, że się znali. Nie zamierzał dociekać odnośnie charakteru znajomości Laurenta z jego kuzynem.

— Tak się nie czułem, uwierz mi. — Odparł ze szczerym uśmiechem, podkreślającym znów dołeczki w jego policzkach. Bo jednak usłyszał komplement. — Szczęście w nieszczęściu, choć uzdrowicielka która uwolniła mnie od tej klątwy powiedziała, że właściwy kolor mojej skóry wróci po dwudziestu czterech godzinach. — Dodał z westchnięciem.

— Nie jestem tym zaskoczony, chyba wszyscy słyszeli. Nie traktowałem tego poważnie, chciałem się z nią przespać. Gdybym wiedział, jak to się skończy to bym go nie przyjął. — Odpowiedział z przekąsem na wspomnienie o tej plotce, która obiegła świat czarodziejów. Tyle, że to nie była plotka. Jego romans z Lorettą należał już do przeszłości, jednak traktował to jako swoistą okazję i to właśnie go zgubiło. Wszystko to, co odczuwał było właśnie przez Lorettę. Wianek, który zrobił dla niego Laurent, znacznie bardziej mu się podobał, niezależnie od powodów, przez które go otrzymał.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (8522), Philip Nott (6845)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa