Lato nie zapowiadało się upalnie, ale podobno tak to już było na wyspach. Nie przeszkadzało mi to, przynajmniej nie muszę się martwić, że się spalę. Nie, żebym była za mało spalona...
Przez Beltane wszystko robiło się... dziwne. I to w najdziwniejszym tego słowa znaczeniu. Na początku była to oczywiście wielka tragedia... i wciąż jest! Wiele osób straciło życie lub zostało rannych. Nie wspominając o zbiorowej traumie, jaka dotknęła społeczeństwo. Nawet osoby, które nie brały bezpośrednio udziału w wydarzeniach, miały koszmary. No i zagrożenie wciąż trwa, bo potwory krążą po Kniei. Absolutnie nie mam zamiaru się tam zbliżać. Tak się cieszę, że Ariel nie mieszka aż tak blisko lasu.
Mieszkam na uboczu, ale nie przeszkadza mi to zaznajomić się z okoliczną społecznością. Absolutnie nie jestem dobra w poszerzaniu listy kontaktów. Tym razem był to czysty przypadek, który spowodował reakcję łańcuchową.
Rysowałam sobie w ogrodzie, gdy zaobserwowałam pewną staruszkę zbierającą truskawki. Tak, staruszkę! Wiem, na ile mogą sobie pozwolić takie panie, ale zawsze nieprzyjemnie się na to patrzy. Czyżby nie miała nikogo do pomocy? Po kilku minutach zebrałam się w sobie i nieśmiało podbiegłam te kilkanaście (kilkadziesiąt?) metrów do jej ogrodu. Szybciutko pomogłam z truskawkami, potem z czymś jeszcze... A potem przez kolejny tydzień wynajmowali mnie wszyscy jej znajomi. Okazało się, że w okolicy jest całkiem sporo starszych mugoli, których dzieci i wnuki wyprowadziły się do dużych miast i przed wakacjami nie mieli co liczyć na ich pomoc.
Dwudziestego czerwca jechałam traktorem. Jakże cudownie było poczuć to przyjemne turkotanie. Olbrzymie koła zostawiały za sobą głębokie ślady w ziemi. Czułam jej zapach. Byłam w swoim żywiole. Przypadkowa koszulka, przypadkowe spodnie i byle jakie buty — typowy ubiór rolnika. Miało być przewiewnie i wygodnie. Włosy związałam w dwa warkocze i schowałam pod słomkowym kapeluszem. Na nosie standardowo duże okulary. Latem trudniej było mi zasłonić całe ciało, ale teraz przynajmniej mogłam nosić robocze rękawiczki i nikt nie posyłał mi dziwnych spojrzeń. Odkryte miałam tylko przedramiona — nawet kark osłoniłam chustką, co było moją standardową praktyką, by uniknąć spalonego karku.
Przejeżdżałam właśnie obok jakiegoś gospodarstwa, które z jakiegoś powodu, nie wydawało mi się być mugolskie.