31.10.2023, 01:52 ✶
Septima nieswojo stała w kołtunach suchej wiechlizny i nerwowo obgryzała paznokcie.
Wiosenna paleta niebywale nieśmiało wkraczała na płótno wiejskiego krajobrazu. Zima oficjalnie miała odejść, acz powietrze wciąż potrafiło pozostawić na ciele pąsowe ślady, a chłód zaszywał się głęboko pod skórą, zmywalny jedynie pod chmurką gorącego prysznicu, albo gorącej kąpieli. Gdyby nie stała jak kłoda, to by tak nie zmarzła – dla logicznie rozumującej Timmy, wydawało się to dosyć oczywiste. Ale mimo tego, nie była w stanie odkleić się od przylubionego sobie miejsca i obserwować.
Oraz modlić się w duchu, aby nikt niczego od niej nie chciał, bo prawda była taka, że z Septimy pomocnik był żaden.
Do kowenu Witchcroft matka zabierała ją od malutkiego dziecięcia, a gdy jeszcze jej babka żyła, dziewczyna starała się składać wizyty każdego sabatu oraz co drugą niedzielę miesiąca. Po ich śmierci, kontakt z resztą rodziny Macmillanów nieco się osłabił, ale przyznać się tego przed samą sobą nie potrafiła. Chciała pielęgnować więzy krwi i swoje dziedzictwo, choć po prawdzie, nie do końca rodzinę matki rozumiała, a oni najpewniej nie do końca rozumieli ją.
— Cześć Septima, co u ciebie? Zostaniesz w końcu na dzisiejszej orgii?— Tych błysków w oku i drgających kącików warg na początku nie rozumiała, tak po prostu, z naiwności i czystej niewinności. Jeszcze do całkiem niedawna wydawało jej się, że dziewczęta najzwyczajniej w świecie próbują być miłe i uprzejme, zupełnie jak Ollivanderówna za ladą, w rodzinnym sklepie.
Błąd.
Naśmiewały się z niej, jawnie (!!!) od parunastu lat. Sięgając pamięcią, była w stanie wyłuskać z niej kilka, o ile nie kilkanaście przypadków nikczemnych psikusów, które jej ta podła, wyrachowana młodzież sprawiła. Chociażby, podczas jednego z wcześniejszych Beltane, wmówiły jej, że niektóre przekąski nasączane są amortencją i że jeśli nie jest się gotowym na późniejsze wybryki z losowymi zbirami w sianie, to lepiej tego nie tykać. Przerażona Septima od tego czasu zaczęła przychodzić absolutnie w pełni przygotowana do Macmillanów - z siateczką kanapeczek z pasztetem, szczelnie zapieczętowanych, tak aby nikogo nie podkusiło, żeby przy nich majstrować. Innego razu, podczas hulaszczych zabaw w butelkę, zaczarowały szkło tak, że co chwila wypadała jej kolej, a przytłoczona niezręcznością sytuacji, spowiadała im się jak przed konfesjonałem i to z najbardziej intymnych szczegółów jej panieńskiego życia.
Teraz wszyscy wiedzieli, że tego jednego lata prawie całowała się w publicznej bibliotece.
Na te wszystkie nużące zaczepki, nie pozostawało jej nic innego jak zacisnąć piąstkę i spuścić wzrok — nie miała ochoty być już niczyją radosną pożywką.
Wspomnienia tych dokuczań trochę ją nawet rozpaliły, ale stagnacja naprawdę nie wpływała dobrze na kostniejące palce. Rozejrzała się po grupce uwijających się jak zniewolone pszczoły w ulu, kobiet, wzrokiem wyławiając najmniej uprzykrzającą jej życie kuzynkę, Sarah. Jej mleczna postać wybijała się na tle reszty, za co w duchu Septima była wdzięczna. Mogła od razu ją zaatakować i zapytać w czym pomóc.
Pal licho, że do Kowenu przychodziła od dziecka. Dwadzieścia osiem lat, a ona wciąż nie była do końca pewna jak to wszystko właściwie działało.
Wiosenna paleta niebywale nieśmiało wkraczała na płótno wiejskiego krajobrazu. Zima oficjalnie miała odejść, acz powietrze wciąż potrafiło pozostawić na ciele pąsowe ślady, a chłód zaszywał się głęboko pod skórą, zmywalny jedynie pod chmurką gorącego prysznicu, albo gorącej kąpieli. Gdyby nie stała jak kłoda, to by tak nie zmarzła – dla logicznie rozumującej Timmy, wydawało się to dosyć oczywiste. Ale mimo tego, nie była w stanie odkleić się od przylubionego sobie miejsca i obserwować.
Oraz modlić się w duchu, aby nikt niczego od niej nie chciał, bo prawda była taka, że z Septimy pomocnik był żaden.
Do kowenu Witchcroft matka zabierała ją od malutkiego dziecięcia, a gdy jeszcze jej babka żyła, dziewczyna starała się składać wizyty każdego sabatu oraz co drugą niedzielę miesiąca. Po ich śmierci, kontakt z resztą rodziny Macmillanów nieco się osłabił, ale przyznać się tego przed samą sobą nie potrafiła. Chciała pielęgnować więzy krwi i swoje dziedzictwo, choć po prawdzie, nie do końca rodzinę matki rozumiała, a oni najpewniej nie do końca rozumieli ją.
— Cześć Septima, co u ciebie? Zostaniesz w końcu na dzisiejszej orgii?— Tych błysków w oku i drgających kącików warg na początku nie rozumiała, tak po prostu, z naiwności i czystej niewinności. Jeszcze do całkiem niedawna wydawało jej się, że dziewczęta najzwyczajniej w świecie próbują być miłe i uprzejme, zupełnie jak Ollivanderówna za ladą, w rodzinnym sklepie.
Błąd.
Naśmiewały się z niej, jawnie (!!!) od parunastu lat. Sięgając pamięcią, była w stanie wyłuskać z niej kilka, o ile nie kilkanaście przypadków nikczemnych psikusów, które jej ta podła, wyrachowana młodzież sprawiła. Chociażby, podczas jednego z wcześniejszych Beltane, wmówiły jej, że niektóre przekąski nasączane są amortencją i że jeśli nie jest się gotowym na późniejsze wybryki z losowymi zbirami w sianie, to lepiej tego nie tykać. Przerażona Septima od tego czasu zaczęła przychodzić absolutnie w pełni przygotowana do Macmillanów - z siateczką kanapeczek z pasztetem, szczelnie zapieczętowanych, tak aby nikogo nie podkusiło, żeby przy nich majstrować. Innego razu, podczas hulaszczych zabaw w butelkę, zaczarowały szkło tak, że co chwila wypadała jej kolej, a przytłoczona niezręcznością sytuacji, spowiadała im się jak przed konfesjonałem i to z najbardziej intymnych szczegółów jej panieńskiego życia.
Teraz wszyscy wiedzieli, że tego jednego lata prawie całowała się w publicznej bibliotece.
Na te wszystkie nużące zaczepki, nie pozostawało jej nic innego jak zacisnąć piąstkę i spuścić wzrok — nie miała ochoty być już niczyją radosną pożywką.
Wspomnienia tych dokuczań trochę ją nawet rozpaliły, ale stagnacja naprawdę nie wpływała dobrze na kostniejące palce. Rozejrzała się po grupce uwijających się jak zniewolone pszczoły w ulu, kobiet, wzrokiem wyławiając najmniej uprzykrzającą jej życie kuzynkę, Sarah. Jej mleczna postać wybijała się na tle reszty, za co w duchu Septima była wdzięczna. Mogła od razu ją zaatakować i zapytać w czym pomóc.
Pal licho, że do Kowenu przychodziła od dziecka. Dwadzieścia osiem lat, a ona wciąż nie była do końca pewna jak to wszystko właściwie działało.