16.09.2023, 17:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:46 przez Lorraine Malfoy.)
TRIGGER WARNINGS (do całej sesji): przypadkowe samobójstwo przez powieszenie się, implikowana przemoc wobec zwierząt. Raczej brak drastycznych opisów, a w miejscach, w których się pojawiają, są ukryte w spoilerach. Większość ważnych treści jest podkreślona (pierwszy i ostatni mój post).
Necronomicon
Wszystko zaczęło się od tego, że pijany żałobnik (chyba w geście mocno spóźnionego sati), rozbił urnę pogrzebową swojej żony o kant biurka Lorraine. Rozsypane prochy zmarłej – zanim zostały zebrane przez zaklętą zmiotkę – zdążyły dopuścić się aktu nekrofilii ze stosem starannie uporządkowanych dokumentów, butami Malfoy, zimną kawą w jej kubku i, w gruncie rzeczy, resztą powierzchni ciasnego zakładu pogrzebowego, a ostatecznie – zamiast w kupkę popiołu – ułożyły się na szufelce w złowieszczy omen: prochy zmarłej utworzyły bowiem liczbę 666. Już wtedy wiedziała, że będzie ją dziś prześladować pech. Potem było już tylko gorzej. Akurat dzisiaj, pomyślała ze złością, zirytowana, że nikt nie zostawił na kontuarze porannego wydania Proroka i nie mogła przeczytać codziennego horoskopu, dzisiaj, kiedy wszystko miało pójść gładko.
Dzisiaj, kiedy mieli okraść człowieka, który żył z okradania innych.
Chociaż zakłady stanowiły tylko część jego działalności, w rozmowach z Desmondem nazywała mężczyznę bukmacherem, a w myślach – śmieciem. Inaczej musiałaby używać jego prawdziwego imienia, a nie chciała tego robić przy kuzynie – dla którego lepiej było, im mniej wiedział na temat całej operacji. Więcej: nie chciała używać prawdziwego imienia mężczyzny, bo nie chciała już myśleć o bukmacherze jak o człowieku – a jedynie jak o przeszkodzie w drodze do celu. Nie chciała używać jego prawdziwego imienia, bo nie czuła się zbyt komfortowo że świadomością, że w wyniku jej machinacji prędzej czy później przyjdzie mu zapewne pożegnać się z życiem. Nie chciała jego śmierci dlatego, że w żyłach czarodzieja mugolskiego pochodzenia płynęła brudna krew, choć niewątpliwie stanowiło to motywację dla Desmonda, zafascynowanego ideami czystości krwi głoszonymi przez zwolenników Voldemorta. Lorraine nie działała z magirasistowskich pobudek – nie, ona była o wiele bardziej małostkowa: nie motywowała ją nienawiść, lecz konieczność – Lorraine po prostu chciała się zemścić.
Wspomniany bukmacher był jednym z licznych informatorów Lorraine, a zarazem przywódcą większej komórki informacyjnej w skomplikowanej sieci szpiegowskiej, skupionej wokół jej osoby: pracował dla niej od kilku lat i do tej pory nigdy nie zawiódł – przynajmniej dopóki nie spróbował wykorzystać struktur siatki informacyjnej Malfoy do własnych celów. Mężczyzna chciał zorganizować szybki transport za granice kraju ludziom, którzy – z takiego czy innego powodu – pozostawali na celowniku Śmierciożerców: mugolacy, zdrajcy krwi, społecznicy, bliscy ofiar przeprowadzonych w ostatnim czasie zamachów... Organizował im schronienie, fałszywe dokumenty i – jeżeli wymagały tego okoliczności – fabrykował ich śmierć, by mogli rozpocząć nowe życie z czystą kartą. Oczywiście, nie robił tego z czystej dobroci serca – na Nokturnie nie prowadziło się działalności charytatywnej – zarabiał na tym procederze spore pieniądze, które prał potem w swoim zakładzie bukmacherskim. Od samego początku była świadoma, czym mężczyzna zajmuje się po godzinach, ale jako że miała twarde postanowienie, by nie mieszać się do rozdzierającej świat magiczny ideologicznej wojny, ignorowała to – zadowalając się powierzchownymi informacjami na temat jego pokątnej działalności dostarczanymi przez informatorów.
Lorraine nie miała nic przeciwko jego malutkiemu hobby, nie, Lorraine naprawdę nie miała nic przeciwko, dopóki mężczyzna nie zdecydował się posłużyć jej prywatnymi kanałami komunikacyjnymi, by wysłać wiadomość jednemu z ukrywających się uchodźców. Myślał, że nie zauważy? Że jej wierne pajączki, tkające informacyjną sieć, nie doniosą natychmiast pajęczycy, że któryś z nich przędzie wadliwą nić? Nie obchodziło ją, że uratował tym komuś życie. Zdradzając jej zaufanie, nie pozostawił jej innego wyboru. Zdrada bukmachera była nie tylko osobistą zniewagą, ale i realnym zagrożeniem dla jej neutralności. Lorraine musiała dbać o swoją reputację. Wiedziała, że kiedyś przyjdzie jej zapłacić cenę za swoją neutralność. Teraz balansowała na granicy między dwiema potężnymi siłami. Jeżeli się zachwieje, spadnie. Musiała patrzyć prosto przed siebie i pewnie iść naprzód. Wierzyła, że jej się uda.
Chciała doprowadzić do tego, by bukmacher był zdany wyłącznie na jej łaskę i niełaskę. Postanowiła wykraść informacje na temat działalności mężczyzny. Musi się nauczyć, że nie dotyka się bez pozwolenia cudzych zabawek, pomyślała cierpko. Gdyby miała w garści tożsamość jego klientów i członków ich rodzin, dostęp do danych najbliższych współpracowników mężczyzny oraz informacje o lokalizacji kryjówek i tras transportowych, mogłaby przekazać je w odpowiednie ręce: część dokumentacji ujawniłaby mugolakom organizującym się w spontaniczne oddziały ruchu oporu, część zaś – poplecznikom Voldemorta, tak, by nikt nie mógł jej zarzucić sympatyzowania z żadną ze stron konfliktu.
Chciała, żeby bukmacher przyszedł do niej wtedy, przyznał się do błędu, i padł na kolana, błagając o ratunek: nie będzie miał innego wyjścia, kalkulowała Lorraine, wtedy będą go przecież ścigali i jedni, i drudzy. Oczami wyobraźni widziała, jak korzy się przed nią – prosząc o pomoc, o wyrozumiałość, o łaskę – a ona tylko uśmiechnie się współczująco i słodkim głosem oznajmi, że rzeczywiście, może bardzo wiele, ale nie może przecież zmienić wyroków bogini Matki, zajmując, jak zawsze, uprzywilejowane, neutralne stanowisko. Oczywiście, zamierzała zatuszować swój udział w sprawie, ale chciała, by bukmachera do końca życia dręczyła niepewność kto zdradził. Chciała, żeby trwał w przekonaniu, że to ona stoi za jego upadkiem, choć wszystkie dowody wskazywałyby na coś innego. Chciała, żeby wiedział, ale nie mógł niczego udowodnić. Chciała, żeby oszalał, zanim go dopadną.
Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Nie mogła powierzyć tak odpowiedzialnej misji byle komu. Musiała zaplanować wszystko sama. Kradzież dokumentów z pustego mieszkania byłaby zbyt prosta, szybko wymyśliła jednak, jak odwrócić od siebie podejrzenia. Postanowiła upozorować atak Śmierciożerców.
Nie wiedzieć dlaczego, pomyślała o Desmondzie. Mam dla ciebie prezent, wyszeptała mu nad uchem podczas rodzinnej wieczerzy z okazji święta Yule. Pomysł. Pomysł na nowy obraz. Na arcydzieło.
Martwiła się o niego, kiedy patrzyła na rozstawioną w śmierdzącym werniksem mieszkaniu sztalugę, na płótna tchnące emocjami, których nie potrafił pokazać: Desmond był precyzją akademistów chwalących się swymi dziełami na światowej wystawie, Desmond był też Czarnymi malowidłami Goyi na ścianach podupadającego Quinta del Sordo.
Martwiła się o niego, kiedy patrzyła jak spija z ust wuja Abraxasa ideologiczne retorty, widziała jego fascynację ideami czystości krwi głoszonymi przez zwolenników Voldemorta, obserwowała, po jakie książki sięga w bibliotece i jak wiele alkoholu wlewa w siebie po obiedzie. Martwiła się, bo nikt inny się o niego nie martwił. Odbyła nawet poważną rozmowę z Elliottem, czy rozsądnym byłoby wprowadzić kuzyna w świat intryg i tajemnic, w którym zmuszeni byli lawirować inni członkowie rodziny Malfoy: niektórzy na scenie politycznej, w świetle fleszy – tak jak Elliott – inni – tak jak Lorraine – za kulisami, nieoficjalnie, w ciemnościach półświatka. Nie podoba mi się to, co w nim widzę, skonstatowała cierpko. Zaczął od zabijania kotów, dodała, potem będą mugole, a na koniec własnej matce zaserwuje głowę ojca na talerzu. Być może miała paranoję, ale ostatnio zerwała stosunki z Murtaghiem, przepełniona zgrozą na widok tego, co znalazła w jego głowie. Nie chciała, by głupi dzieciak wpadł w sidła ekstremistów. Misja Lorraine była idealną okazją, na pokazanie Desmondowi konsekwencji ślepego podążania za ideologią i nauczenie go, że jedyną wartością, za jaką warto walczyć i ginąć, jest rodzina. Oczywiście, nie mogła powiedzieć mu tego wprost. Bachor był tak samo uparty, jak i głupi. Zamierzała go bezczelnie zmanipulować.
Odmalowała przed Desmondem wizję zniszczonego domu, miejsca egzekucji spływającego brudną posoką zdrajcy, pomazanego emblematami śmierciożerców, sugerując mu, że powinien zacząć od małych rzeczy, jeżeli chce się zaangażować Mógłbyś to namalować, dodała z drwiną, ale i uśmiechem w głosie, musisz przestać marnować swoje talenty. Do talentów, które w mniemaniu Lorraine powinien przestać marnować Desmond, należało między innymi upewnienie się, że żółtodzioby stażysta z jego departamentu akurat dziś uszkodzi przyłączenie do sieci fiuu akurat tej ulicy w niemagicznym Londynie, którą zamieszkiwał ich cel. Wedle informacji, które otrzymała Lorraine, mężczyzna prowadził bardzo usystematyzowane życie: dzięki temu mogła z łatwością zaplanować akcję co do minuty, przekonana, że teleportując się na miejsce, zastaną puste mieszkanie. Nie zamierzała jednak dać się zaskoczyć: zadbała dlatego o to, by obstawić inne, potencjalne wejścia do budynku. Ciesząc się, że bukmacher nigdy nie nauczył się teleportować, jako środek transportu preferując niedorzecznie drogie auta: dzięki niech będą Matce za te mugolskie fanaberie, pomyślała Malfoy.
Aleja Horyzontalna
Plan był znany im obojgu, pozostało tylko czekać na umówioną godzinę. Lorraine stała więc teraz na mrozie w siedlisku chorób, nędzy i rozpaczy, popularnie zwanego przez otaczający ją zewsząd proletariat Aleją Horyzontalną w zbyt cienkim płaszczu i butach, które dostała od kuzynki na urodziny kilka lat temu. Krytycznie oglądała podniszczony zamsz nieco rozklekotanych, zdecydowanie zbyt zimnych jak na tę porę roku pantofelków, czytając nudny pamflet przed małą galerią obrazów, którą podała Desmondowi jako miejsce spotkania. Pasowało to do jego zwyczajowych zainteresowań, więc nie powinno się wydać nikomu podejrzane. Pogoda była okropna, ale wyszła wcześniej, bo chłopak nie miał w zwyczaju się spóźniać. Miała nadzieję, że żaden nieszczęśliwy zbieg okoliczności nie zmieni ich planu, dalej martwiła się bowiem niepomyślną wróżbą, wyrzucając sobie, że nie zdążyła przeczytać dzisiejszego horoskopu. Desmond... No cóż, przynajmniej nie musiała się martwić o to, że jakiś czarny kot przestąpi im drogę, bo ten mały psychopata zapewne by go zjadł, zanim kot zdążyłby sprowadzić więcej pecha – a potem zagrał Mazurek do czystości krwi na cymbałkach z kości zwierzaka. O ile podołałby cymbałkom, patrząc na jego mierne postępy podczas lekcji fortepianu, których udzielała mu w dzieciństwie. To, że zawsze groziła mu zmiażdżeniem palców klapą instrumentu nie traktowała jako okoliczności łagodzącej. Wreszcie jednak doczekała się momentu, w którym kuzyn zstąpił z najwyższego, szczerozłotego szczebelka drabiny feudalnej i dołączył do niej przed szyldem galerii.
– Desmond, kochany – rzuciła na przywitanie tonem przesyconym sztuczną słodyczą, posyłając mu pełen ciepła uśmiech, który roztapiał śnieg oraz zimne spojrzenie, które skuwało lodem każdego, kto odważył się obok nich przepychać na wciąż tłocznej jak na tę porę ulicy. W tłumie zawsze najłatwisiębyło się schować. – Wyglądasz jakbyś nie spał pół nocy, a drugie pół topił smutki w laudanum. – Czy cokolwiek tam pachnącego opium lubisz, pomyślała z rezygnacją, mimowolnie wracając myślami do Mayi Chang, nie wiem, wybierz, co najlepiej zabija. Drobne złośliwości i mikroagresje zawsze były fundamentem ich relacji, i nawet znaczna poprawa ich wzajemnych stosunków w ostatnich latach nie zmieniła tego, że bywali dla siebie po prostu wredni. A Lorraine dogłębnie poznała jeden z czułych punktów Desmonda. Ironiczne, że jej słaby punkt również nosił nazwisko Chang.
– Dasz radę? – spytała głosem pozbawionym wyrazu. Rzadko demonstrowała publicznie ten zimny ton, ale był on wyraźnym sygnałem, że jest absolutnie poważna. Dawała Desmondowi możliwość wycofania się nie dlatego, że troszczyła się o niego z czystej dobroci serca – choć nie pozwoliłaby przecież, by włos mu spadł z głowy – ale dlatego, że była profesjonalistką. Praca Lorraine – jej prawdziwa praca – wiązała się z ryzykiem, a dzisiaj to ryzyko było większe niż zazwyczaj. Może chciała mu trochę wejść na ambicję, bo czemu i nie: skoro miała mu ufać, musiała mieć pewność, że jest zdeterminowany.
– Jeszcze jedno. Czy masz może przypadkiem dzisiejszą gazet- Na łono Matki!!! – wydarła się, przestraszona, bo jakiś czarodziej poślizgnął się obok nich na chodniku, popychając oboje w zaspę. Choć udało im się utrzymać równowagę, Lorraine poczuła, że jej buty są całkowicie przemoczone.
Pech jej nie opuszczał.
opis martwego ciała